Reklama

Powstrzymać przemoc, słuchając ludzi

Powstrzymać przemoc, słuchając ludzi

11.10.2021
Czyta się kilka minut
Istota dziennikarskiej działalności Alexa Kotlowitza polega na udzielaniu głosu tym, którzy inaczej nie mieliby szans zostać usłyszani. Tylko tak można przerwać zaklęty krąg przemocy trawiącej amerykańskie społeczeństwo.
KATHY RICHLAND / MATERIAŁY PRASOWE
W

W 2020 r. w USA zamordowanych zostało blisko 20 tysięcy osób. Uśredniając, przekłada się to na 56 osób dziennie. To więcej niż liczba żołnierzy poległych w Iraku i Afganistanie przez wszystkie lata wojny. Siedem razy więcej niż w jakimkolwiek innym tzw. rozwiniętym kraju na świecie. Jeżeli wziąć pod uwagę liczbę osób ciężko rannych w wyniku napadów, wynik należy pomnożyć kilkukrotnie.

Można też inaczej. Każde zabójstwo to strata od 10 do 20 milionów dolarów (uwzględniając zarówno koszty administracyjne i medyczne, ceny zniszczonej własności, jak również utracony potencjał zarobków zamordowanego, a więc i odliczanych od nich podatków). Dodatkowo władze amerykańskich miast wydają średnio 1 proc. rocznego budżetu na zapobieganie morderstwom.

Albo jeszcze dosadniej – w ostatnim półwieczu w Stanach od broni palnej zginęło ponad milion ludzi.

Statystyki związane ze śmiercią – szczególnie tą wynikającą z przemocy – to chwytliwy temat. Liczby można sumować, mnożyć, uśredniać, a potem zestawiać na różne, coraz bardziej spektakularne sposoby. Jednak o ile w Polsce czy Europie dane te wciąż budzą podszyte zgrozą zdumienie, o tyle w USA spowszedniały. Choć precyzyjniej byłoby powiedzieć, że dzisiejszym obywatelom tego kraju towarzyszą od zawsze, stanowią więc naturalny element rzeczywistości, kolejny suchy wskaźnik niczym stopa bezrobocia, poziom inflacji czy straty spowodowane sezonowymi huraganami.

Nie ma w tym nic dziwnego. Od pewnego progu ilościowego statystyki śmierci zamiast wzbudzać współczucie i motywować do działania, robią z naszą wyobraźnią coś dokładnie odwrotnego – wprowadzają ją w stan zobojętnienia. To kalectwo empatii daje o sobie znać na każdym kroku: masowe zgony z powodu pandemii, krwawe żniwo drogowych zbrodniarzy podliczane przez policję po każdym weekendzie czy właśnie codzienne strzelaniny w „złych” dzielnicach największych amerykańskich miast. Zatrzymujemy się na chwilę przy tych doniesieniach, potem przewijamy nasz strumień wiadomości dalej. Czy można coś z tym zrobić?

Tu nie ma dzieci

Alex Kotlowitz, amerykański dziennikarz i aktywista, świadomie unika odpowiedzi na to pytanie. Tym samym omija szerokim łukiem koleiny, którymi zazwyczaj przy takich okazjach pędzą na złamanie karku różnej maści populiści i demagodzy, licytujący się na efektowne, ale nieskuteczne rozwiązania. W swojej najnowszej książce „Amerykańskie lato. Depesze z ulic Chicago” wybiera trudniejszą drogę: zamiast mędrkować, opowiada historie pojedynczych ludzi, którzy na różne sposoby stali się ofiarami wszechobecnej w ich świecie przemocy. Bez gotowych tez i stawiania diagnoz – po prostu słucha, a potem pisze.

Kotlowitz karierę dziennikarską zaczął od małego, niezależnego tygodnika w Michigan, później przeniósł się do Chicago i rozpoczął współpracę z najważniejszymi gazetami w kraju, jak „Wall Street Journal”, „The New York Times Magazine” czy „The New Yorker”, a także z Public Radio International. Od samego początku, czyli od drugiej połowy lat 80., koncentruje się na jednym temacie: pladze przemocy wśród biednych i wykluczonych społeczności, przede wszystkim w Chicago, ale też w innych miastach regionu.

Rozpoznawalność przyniosła mu wydana w 1992 r. książka „There Are No Children Here: The Story of Two Boys Growing Up in the Other America” („Nie ma tu dzieci: historia dwóch chłopców dorastających w innej Ameryce”), w której opowiedział historię dwóch braci mieszkających w Henry Horner Homes, jednym z wielu nieudanych eksperymentalnych osiedli w Chicago, które szybko zyskało niechlubną sławę inkubatora przestępczości i patologii. To wnikliwa i jednocześnie napisana z niezwykłą empatią biografia dwóch młodych ludzi, których losy, choć wyrastali w tym samym środowisku, potoczyły się zupełnie inaczej. Starszy z nich, jak większość jego rówieśników, został członkiem ulicznego gangu, co błyskawicznie przekreśliło jego szanse na normalne życie. Młodszemu z kolei, wyjątkowo wrażliwemu i inteligentnemu, udało się wyrwać z tej pułapki, w dużej mierze za sprawą samego dziennikarza, który nieformalnie adoptował chłopca i pomógł mu zdobyć wykształcenie i pracę.

Książka odbiła się w całym kraju szerokim echem. Szybko na jej podstawie powstał film; wystąpiła w nim Oprah Winfrey, która wcieliła się w matkę głównych bohaterów. A to właśnie jej słowa stały się tytułem książki (potem filmu). „Tu nie ma dzieci”, bo nie można pozostać dzieckiem, gdy żyje się w takim miejscu. Ta prosta formalnie i oszczędna w środkach, a zarazem poruszająca historia stała się jednym z zaczątków debaty na temat prawdziwych źródeł wszechobecnej na amerykańskich ulicach przemocy.

Dobre i złe adresy

Od tego czasu minęło 30 lat i wydawać by się mogło, patrząc choćby na same statystyki, że niewiele się poprawiło. Jednak w ostatnim czasie, co zresztą podkreślał Kotlowitz w licznych wywiadach towarzyszących premierze „Amerykańskiego lata”, pojawiło się wiele sygnałów dających nadzieję na zmianę, przede wszystkim w powszechnej świadomości samych Amerykanów. Udało się wykonać pierwszy i chyba najtrudniejszy krok na drodze do właściwego zaadresowania problemu: zaczęto uwzględniać kontekst strukturalnego wykluczenia, zarówno ekonomicznego, jak i rasowego. Przykładem tego mogą być choćby liczne i masowe protesty przeciwko brutalności policji, w których postulaty wyrównywania szans i sprawiedliwości społecznej odgrywają kluczową rolę.

Pozornie to sprawa oczywista – wszystkie liczby i inne dane statystyczne są od dawna na stole, wystarczyło odpowiednio połączyć ze sobą fakty. Należy jednak pamiętać, że przyznanie się do strukturalnych nierówności społecznych i wynikających z nich patologii to potężny cios dla liberalnej ideologii, na której zbudowano amerykańskie państwo, a która w ostatnim półwieczu wyniesiona została niemalże do rangi religii. Jednym z jej podstawowych dogmatów jest bowiem wolność jednostki, założenie szlachetne i słuszne, jednakże implikujące, szczególnie w tak ekstremalnym wydaniu, wyłącznie indywidualną odpowiedzialność zarówno za życiowy sukces, jak i porażkę. Jak sugeruje Kotlowitz – a z nim wielu dzisiejszych polityków, publicystów, ekspertów i pisarzy – rodzi się z tego zupełnie fikcyjne założenie o równości życiowych szans wszystkich obywateli. Dzięki niemu zaś klasa średnia (w większości biała) może, mniej lub bardziej świadomie, dalej wieść swoje dostatnie i pozbawione wyrzutów sumienia życie.

Ten model społeczny, choć coraz częściej poddawany krytyce, wciąż jest dotkliwie realny dla znacznej części mieszkańców USA i niesie za sobą szereg długofalowych konsekwencji. Najtragiczniejszą z nich jest właśnie wszechobecna przemoc. Kotlowitz we wstępie do „Amerykańskiego lata” opisuje jeden, ale bardzo wymowny przykład, jak media wciąż formatują społeczne postrzeganie tego problemu. Kilka lat temu na okładce „Chicago Sun-Times” nagłówek głosił: „Morderstwo pod dobrym adresem”, a artykuł opisywał zabójstwo białego lekarza, mieszkającego przy jednej z bardziej ekskluzywnych ulic miasta. Jak gorzko zauważa Kotlowitz, było to jedyne z 467 morderstw dokonanych w tamtym roku w Chicago, które zyskało taki rozgłos. Zapewne dlatego, że nikt nie chciałby czytać o zabitych „pod złym adresem”.

Naga przemoc

A może jednak ktoś by chciał przeczytać, tylko nie ma okazji? Codzienne zabójstwa w „złych dzielnicach”, o ile w ogóle, kwitowane są jednym zdaniem jako „gangsterskie porachunki” albo „zatargi między dilerami”, jakby to wyjaśniało sprawę i zamykało problem. Kotlowitz nie godzi się na takie uproszczenia. I nie chodzi wyłącznie o to, że z praktycznego punktu widzenia tego typu stereotypizacje tylko pogłębiają problem. Jego zdaniem ludzie, którzy zmuszeni są całe życie mierzyć się z przemocą i jej tragicznymi konsekwencjami, zasługują przynajmniej na uwagę. Ktoś powinien ich wysłuchać.

Tak zrodził się pomysł na „Amerykańskie lato”. Dziennikarz wybrał kilka przypadkowych miesięcy 2013 r. W tym okresie rozmawiał z ponad 200 osobami – wśród nich znalazły się zarówno ofiary przemocy (którym udało się przeżyć), jak i jej sprawcy, a także ich rodziny i najbliżsi. Powstało z tego 14 gęstych, zróżnicowanych historii, których wspólnym mianownikiem jest strach i obezwładniające poczucie beznadziei. Kulminacyjny moment wszystkich opowieści – śmierć lub trwałe okaleczenie – przypadł właśnie latem 2013 r. Jednak Kotlowitz sięga daleko w przeszłość swoich bohaterów, a czasem towarzyszy im także przez długi czas po tragedii. Dlatego pracował nad książką ponad pięć lat, co dobrze pokazuje, z jakim zaangażowaniem i pieczołowitością podchodzi do swojego fachu.

Z tego niewielkiego, ale reprezentatywnego wycinka rzeczywistości przepełnionej przemocą wyłania się obraz, który nie ma nic wspólnego ze skąpymi doniesieniami medialnymi czy narracjami pop­kultury. Naga przemoc, w cieniu której dorastają kolejne pokolenia z ubogich dzielnic, jest mało widowiskowa i pozbawiona sensu. „Wojny gangów”, które zapełniają kolejne strony policyjnych raportów, to zazwyczaj przypadkowe strzelaniny nastolatków, którym zamiast edukacji dano łatwy dostęp do broni. Niemalże dziecinne spory, które w innych miejscach skończyłyby się w najgorszym przypadku zwykłą bójką, tam prowadzą do nakręcającej się w nieskończoność spirali nienawiści, krwawych porachunków, często trwających latami.

Filmy i muzyka, które opowiadają o gangsterskim świecie, przekonują nas, że istnieje w nim pewien porządek – surowa, czasem bezlitosna, ale jednak dająca poczucie sensu, a nawet względnego bezpieczeństwa struktura społeczna. W rzeczywistości wygląda to zupełnie inaczej. Gdy przemoc przenika każdy poziom międzyludzkich relacji, zaciera się granica między ofiarą i sprawcą. Popełnienie zbrodni staje się kwestią czasu, a nie wyboru, z fatum zaś nie da się walczyć.

Opowiadanie historii

Wszyscy rozmówcy Kotlowitza żyją w permanentnym strachu, mają też liczne symptomy zespołu stresu pourazowego, właściwego żołnierzom wracającym z wojny. Jednak w przeciwieństwie do nich, przedrostek „po-” nie ma tu zastosowania, gdyż traumatyczne doświadczenie trwa i nie można przed nim uciec w bezpieczne miejsce. Co więcej, dla większości z dwustu bohaterek i bohaterów książki spotkanie z dziennikarzem było pierwszą okazją do opowiedzenia o swoim życiu.

Samodzielnie zmierzyć się z traumą śmierci najbliższej osoby (albo traumą bycia zabójcą, o czym również przejmująco pisze Kotlowitz) udaje się jedynie nielicznym. Jedną z takich niezwykłych postaci jest Lisa Daniels, której syn Darren zginął z rąk swojego rówieśnika w wyniku błahego sporu zakończonego strzelaniną. Podczas procesu Lisa wygłosiła mowę, która w wielu kręgach stała się już legendarna. Prosiła w niej o możliwie łagodny wyrok dla oskarżonego, bo 15 lat więzienia, których domagał się prokurator, nie zwróci jej syna, a chłopakowi zniszczy życie. Co więcej, stwierdziła, że wydarzenia tamtego tragicznego dnia mogły równie dobrze potoczyć się odwrotnie, a wtedy to jej syn zostałby zabójcą. „W ostatecznym rozrachunku jej postawa ma więcej wspólnego ze sprawiedliwością niż wybaczeniem. Z odczuciem słuszności. Z uczciwością” – komentuje Kotlowitz.

Po wyroku długo korespondowała z zabójcą swojego syna i obiecała mu pomoc, gdy wyjdzie z więzienia. Założyła fundację, która wspiera młodych ludzi zagrożonych patologiami oraz matki – zarówno ofiar, jak i ich zabójców. Niedawno została członkinią komisji rozpatrującej wnioski o warunkowe zwolnienia więźniów. Trudno wyobrazić sobie lepszy przykład działania mającego na celu przerwanie zaklętego kręgu przemocy.

Nieprzypadkowo to właśnie Lisa jest jedną z głównych bohaterek „Amerykańskiego lata”. Istota dziennikarskiej działalności Kotlowitza (sam siebie określa mianem „opowiadacza historii”) polega właśnie na udzielaniu głosu tym, którzy w innym przypadku nie mieliby szans zostać usłyszani. Nie chodzi jednak o surowy zapis. Wypracowywana przez lata reporterska wrażliwość, a także doskonały warsztat dziennikarski odgrywają tu kluczową rolę. To właśnie dzięki nim Kotlowitz potrafi przemieniać niewypowiedziane przez lata traumy w niezwykłe opowieści, poruszające wyobraźnię innych ludzi. Rezygnuje ze stawiania prostych diagnoz, nie próbuje odpowiadać na natarczywie powracające w debacie publicznej pytania. Woli stawiać kolejne, a po nich następne i następne. Jest gotów robić to dopóty, dopóki nie otrząśniemy się z letargu, a nasza przebudzona empatia nie zacznie nas motywować do działania. Tylko takie dziennikarstwo daje nadzieję na lepszą przyszłość dla nas wszystkich. ©

ALEX KOTLOWITZ (ur. 1955) – amerykański pisarz, dziennikarz, filmowiec i wykładowca. Jest autorem czterech książek reporterskich i zdobywcą wielu nagród literackich. Publikował m.in. w „The Wall Street Journal”, „The New York Times Magazine”, „The New Yorker”, „The Washington Post”. Jest również współtwórcą filmu dokumentalnego „The Interrupters”, wyróżnionego Nagrodą Emmy, Independent Spirit Award oraz Cinema Eye Honors. Został laureatem m.in. Nagrody im. Carla Sandburga i Heartland Prize przyznawanej przez „The Chicago Tribune” za wydaną w 1999 r. książkę „The Other Side of the River: A Story of Two Towns, a Death, and America’s Dilemma” („Druga strona rzeki: historia dwóch miast, śmierci i amerykańskiego dylematu”). Jego najnowsza książka „Amerykańskie lato. Depesze z ulic Chicago” została wyróżniona J. Anthony Lukas Book Prize.

Na Festiwalu Conrada będziemy rozmawiać z ALEXEM KOTLOWITZEM m.in. o systemowych przyczynach przemocy zalewającej Amerykę. Opisywana przez reportera nienawiść jest odpowiedzią na beznadziejną sytuację ekonomiczną i społeczną, na brak perspektyw życiowych. Każda z opowiedzianych przez niego historii jest bramą do świata, w którym jedyną alternatywą dla pustki bywa przemoc. Podczas spotkania zapytamy go, jak przeciwdziałać tej pierwszej, by zneutralizować tę drugą. Spotkanie poprowadzi Dionisios Sturis.

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Autor artykułu

Krytyk literacki, stale współpracuje z Tygodnikiem Powszechnym. Redaktor literacki Conrad Festival, doktorant na Wydziale Polonistyki UJ. Prowadzi podkast literacki „Book’s not dead”.

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]