Polski Indianin

„Biało-czerwony” to książka o tajemnicy Sat-Okha, czyli Stanisława Supłatowicza, autora książek dla młodzieży, inspiratora ruchu indianistycznego w Polsce. I o tym, do czego nam była potrzebna jego postać.

19.09.2017

Czyta się kilka minut

Sat-Okh na zlocie Polskiego Ruchu Przyjaciół Indian, 1995 r. / KRZYSZTOF WOJCIECHOWSKI / REPORTER
Sat-Okh na zlocie Polskiego Ruchu Przyjaciół Indian, 1995 r. / KRZYSZTOF WOJCIECHOWSKI / REPORTER

Wiedza może i bywa potrzebna,
ale zgadując ma się
zawsze więcej uciechy niż wiedząc.

W.H. Auden, „Archeologia”, przeł. St. Barańczak

Amerykanie mają Johna Smitha, który wymyślił blagę o romansie z indiańską księżniczką Pocahontas; Anglicy Archibalda Belaneya, który wcielił się w odżibuejskiego obrońcę zwierząt i przyrody Greya Owla; Włosi Cerva Bianca – Białego Jelenia, Amerykanina włoskiego pochodzenia (w rzeczywistości nazywał się Edgar Laplante), który jako wódz Tuskarorów prosił Mussoliniego o wstawienie się za Irokezami do rządu amerykańskiego, otrzymał legitymację faszysty, a w wolnych chwilach łapczywie korzystał z hojności, gościnności i łatwowierności bogatych Europejczyków (a zwłaszcza Europejek); Ukraińcy pilota Iwana Dacenkę, który miał dostać się do niemieckiej niewoli podczas II wojny światowej, a stamtąd w nieznany nikomu sposób do Kanady, gdzie żeniąc się z córką wodza Mohawków z rezerwatu Kahnawake sam rzekomo został przywódcą po jego śmierci.

My mieliśmy Sat-Okha, popularnego pisarza dla młodzieży, urodzonego wśród kanadyjskich Szaunisów, przyjaciela i nauczyciela wielu młodych ludzi, którzy dzięki niemu znaleźli sposób na życie, jednego z głównych inspiratorów ruchu indianistycznego w Polsce.

Życie wymyślonym życiem

Dariusz Rosiak, znakomity reporter, nieco ponad rok temu usłyszał od Macieja Drygasa historię Supłatowicza. „Zrezygnowałem z wcześniejszych planów pisarsko-podróżniczych. [Sat-Okh] wydawał mi się pięknym, prawym człowiekiem, który wygrał na loterii życia niezwykły los”. I dalej pisze, że nie miał założonej z góry tezy, a co gorsza – stopniowo coraz mniej rozumiał, jaki był cel podróży, w którą metaforycznie zabrał go zmarły w 2003 r. „polski Indianin”.

Tak jest chyba dobrze, bo to pozwala zachować reporterską czujność i ustawia narrację w innej niż spodziewana perspektywie. Autor stara się zrozumieć życioopowieść Sat-Okha nie w kategoriach prawdy i fałszu, rozstrzygania o jego indiańskim bądź nieindiańskim pochodzeniu. Czytelnikom jednak trudno będzie uciec od pytania: czy Stanisław Supłatowicz vel Sat-Okh był, czy nie był Indianinem?

Rosiak zjeżdża pół świata, by pozwolić wypowiedzieć się osobom, które Supłatowicza znały: członkom kolejnych polskich rodzin pisarza (miał w sumie trzy żony, dwójkę dzieci z pierwszego małżeństwa i pasierbicę z drugiego), polskim indianistom, rosyjskim pisarzom i tłumaczom (jeżeli w Polsce gwiazda Sat-Okha błyszczała, to w Związku Sowieckim wręcz oślepiała). Niektóre opowieści przedstawiają rzekomą biografię samego Supłatowicza: począwszy od związku matki – uciekinierki z Sybiru z szauniskim wodzem w Kanadzie, poprzez zmagania kilkuletniego Sat-Okha z białymi agresorami, po ucieczkę z pociągu śmierci do Auschwitz, walkę w partyzantce i zdejmowanie skalpów niemieckim jeńcom czy pojedynek z tygrysami na pokładzie statku (w innych wersjach z niedźwiedziem, pumą albo rysiem). Przy tych rewelacjach banalnie brzmi notatka z lipca 1974 r. ze „Świata Młodych” o tym, jak Sat-Okh, polski Indianin-marynarz, z pokładu statku handlowego wyłowił u brzegów Afryki przy pomocy lassa dłubankę, którą potem przekazał do muzeum w Gdańsku.

Ogłoszenie werdyktu autor zostawia na koniec, ale tak naprawdę nie mamy tu do czynienia z trzymającą w napięciu do końca szpiegowską zagadką. Kto chce, szybko domyśli się, że jest to opowieść o życiu wymyślonym życiem.

Przypadek Keysera Söze

Leszek Michalik, uczeń i współautor paru książek Sat-Okha, dziś specjalista od kanadyjskich Indian, przypomina o artykule z 1993 r., zilustrowanym zdjęciem Indianina z podpisem, że to ojciec Sat-Okha, Wysoki Orzeł. W rzeczywistości pisarz dał dziennikarzom jedno ze zdjęć autorstwa słynnego fotografa Edwarda Curtisa z przełomu XIX i XX w. Fantazji obnażonych przez Rosiaka i jego rozmówców jest bez liku. Ukazują one Stanisława Supłatowicza jako niezwykle twórczego konsumenta popkultury. Pomysły innych wykorzystuje zarówno wtedy, gdy snuje swe opowieści przed słuchaczami, jak i w „swojej” twórczości; cudzysłów stąd, że nadawanie kształtu literackiego swoim pomysłom często zostawiał innym, bardziej sprawnym piórom.

Michalik wspomina też opowiadaną przez Sat-Okha historię o tym, jak w partyzantce chodził do tyłu po swoich śladach, żeby zmylić Niemców. Zapożyczył to od... Burta Lancastera z „Ostatniej walki Apacza”, który w ten sposób wodził za nos amerykańskich żołnierzy w finałowej sekwencji walki w polu kukurydzy.

„W »Wichrach namiętności« jest scena, w której Brad Pitt rzuca się na okopy niemieckie i wraca ze skalpami Niemców. No to później przeczytałem w jakiejś gazecie, jak to Sat-Okh Niemców skalpował” – dodaje Michalik.

Przypomina się demoniczny Keyser Söze – Kevin Spacey wymyślający na poczekaniu, podczas przesłuchania, swoją historię ze zdjęć i wycinków prasowych, które widzi na policyjnej tablicy. Albo pacjent w jednym z odcinków „Doktora House’a”, cierpiący na fikcyjny syndrom lustrzany Giovanniniego, polegający na przejmowaniu przez chorego, który stracił pamięć, tożsamości innych osób; chory nie przywiązuje się do żadnej z nich, lecz przymierza je po kolei jak w kalejdoskopie. A zgodnie z tym syndromem zachowywały się setki ludzi, którzy przez dekady doklejali coraz to bardziej absurdalne wątki do fabuły podanej przez Supłatowicza i jego matkę.

Dlaczego legenda Sat-Okha trwała tyle lat i zapewne trwać będzie dalej? Znowu na myśl przychodzi Auden:

(...) mógłbym przysiąc, że ludzie
w mitach zawsze znajdowali wytchnienie
jako w Bajdach i Banialukach

Tak się potoczyło

Główną zaletą reportażu Rosiaka jest właśnie to, że w istocie dostarcza świetnego materiału do o wiele ciekawszego zajęcia niż odkrywanie tajemnicy dawno już odkrytej – oczywiście przez tych, którzy na takie odkrycie byli gotowi. Tym zajęciem, uważam, jest próba poznania, nie kim, lecz jaki był Sat-Okh, a także z jakiego powodu Stanisław Supłatowicz – i wielu innych – postanowił zostać Indianinem. A nie na przykład Zulusem czy Wikingiem.

Słucham znajomego indianisty, Marcina Pejasza, który często bywał w domu Sat-Okha, a dzisiaj jest ekspertem od Szaunisów: – Znajomość z Satem przypominała nieco bycie rekrutem w wojsku. Trzeba było przejść dość długi okres akceptacji, zanim Sat pokazywał inną twarz, i wtedy się otwierał. Jak się go poznało, okazywał się dość twardym facetem starej daty, ale jednocześnie bardzo uczynnym – jasne, można się było dowiedzieć, jak zrobić pióropusz czy inne graty, ale pomagał też ludziom w zwykłych sprawach. Mnie bardzo pomógł. Aha, i naprawdę bardzo dobrze malował.

Po co Satowi było bycie Indianinem?

– Nie wiem – odpowiada Pejasz. – Prawdę powiedziawszy, częściej gadaliśmy o innych sprawach niż o Indianach, bo wiedza Sata była dość zróżnicowana. Owszem, miał w domu bogatą literaturę, ale z perspektywy czasu można rzec, że nie najwyższej jakości. Miał sporą wiedzę, ale historia nie była jej częścią. Może tak jak Grey Owl fascynował się w młodości Indianami i postanowił zbudować swój wizerunek na jego wzór. Może to był jego sposób na życie (celebryta w PRL-u)... Tego nigdy nie rozgryzłem do końca. Wydaje mi się jednak, że po prostu chciał być Indianinem i jakoś tak się potoczyło.

Mówi Marek Maciołek, współtwórca i redaktor naczelny „Tawacinu”, najważniejszego pisma indianistycznego w Polsce (przestało się ukazywać w 2010 r.): „Nagle zaczęli otaczać [go] wyznawcy. To oni wymyślili jego legendę, on tylko słuchał i reagował na ich oczekiwania. Ale to myśmy stworzyli Sat-Okha”.

I dodaje: „I wie pan co? Nic w tym złego. Nikt na tym nie stracił, wszyscy jesteśmy bogatsi o piękne doświadczenie”.

Sam Rosiak podsumowuje fenomen polskiego Indianina równie celnie: „To była wspólna praca kilku pokoleń Polaków, Rosjan, Ukraińców, Kanadyjczyków. Zbiorowe dzieło niewyżytej wyobraźni. Supłatowicz (...) kierował tym międzynarodowym laboratorium wymyślania pamięci. Sat-Okh wymyślił swoje własne wyzwolenie – coś, co przy fatalnym starcie życiowym i przeciętnym talencie literackim dało mu szansę przeżyć fascynujące życie”.

W kamiennym kręgu

Socjalistyczną Polskę czytelnicy mogli łatwo przełożyć na świat złego białego człowieka z książek Supłatowicza, skontrastowany z harmonijnym życiem północnoamerykańskich tubylców. W „Ziemi Słonych Skał” (1958), pierwszej jego powieści, jeden z szauniskich bohaterów opowiada o ojczystej ziemi zamienionej przez białych w bezduszne, kamienne piekło: „Ziemia tam jest płaska i można spotkać wielu białych ludzi, którzy mieszkają w kamiennych i drewnianych namiotach. Ich ścieżki też są wyłożone kamieniem, a lasy rzadkie, bez zwierzyny, na pół martwe. Więcej tam wyciętych drzew niż u nas skał. W takich lasach każde wolne plemię umarłoby z głodu”.

Krystyna Ribakovs, przybrana córka Sat-Okha, opowiada: „W lesie czuł się jak u siebie. Mówił: betonowa dżungla mnie nie interesuje”.

Do najciekawszych wspomnień przywołanych w „Biało-czerwonym” należy opowieść Marka Nowocienia, jednej z pierwszoplanowych postaci ruchu indianistycznego w Polsce, o tym, jak Sat-Okh przyjeżdżał na zloty indiańskie z własnym namiotem – podczas gdy poważni indianiści mieszkali w budowanych przez siebie tipi – i przenośnym telewizorkiem, w którym oglądał „Niewolnicę Isaurę”, gorsząc tych, którzy oczekiwali, że będzie z nimi tańczył i wyjaśniał znaczenie rytuałów.

Paradoksalnie właśnie w tych relacjach znajduję najmocniejszy przejaw indiańskiego charakteru Sat-Okha. Bo to są te momenty, kiedy nie pozował na Indianina, tylko robił to, co chciał. I sięgał po to, co mu było dostępne, by uczynić swoje życie wygodniejszym i ciekawszym. Zupełnie jak Indianie, którzy najbardziej są interesujący nie wtedy, gdy mówią o duchowości, palą fajkę, tańczą albo napadają na dyliżanse, lecz wtedy, gdy są „u siebie”, tzn. nie czują potrzeby odgrywania Indian.

U Mohawków

Autor reportażu dociera też do samych Indian. Znamienne, że nie próbuje odszukać Szaunisów – wśród których rzekomo miał się wychować Sat-Okh. Oczywiście, w tym celu zamiast do Kanady musiałby się raczej udać do Oklahomy, gdzie dzisiaj żyją ostatnie trzy grupy tego ludu. Rosiak leci jednak do Mohawków spod Montrealu – zapewne jedynych Indian, których Supłatowicz poznał bliżej, już w dorosłym życiu jako marynarz pływający m.in. na „Batorym”. Tutaj miał spotykać także swoją indiańską siostrę, która oczywiście wyszła za miejscowego wodza.

Spostrzeżenia z pobytu w indiańskim rezerwacie więcej mówią o Indianach niż pisarstwo Sat-Okha. Rosiak dostrzega dwóch chłopaków grających w lacrosse przy akompaniamencie muzyki rapowej płynącej z wieży, którą ustawili przy boisku. Opisuje domostwo jednego z rozmówców, z pogruchotanymi samochodami i walającymi się oponami na podwórku. „Na środku drewniany stół zastawiony talerzami, pod ścianą kominek. Jest ciepło i przytulnie, ale czuję się lekko zawiedziony. Oczekiwałem, że przyjdę do indiańskiej świątyni, wylądowałem w składzie narzędzi i przedmiotów domowego użytku, zamieszkanym przez ludzi”. W domu zauważa chłopaka, który przez cały czas trwania rozmowy milczy, przeglądając swoją komórkę.

Jedynym zgrzytem w świetnej robocie reporterskiej Rosiaka są podawane przez niego, często w formie przypisów, ogólnikowe, a czasem błędne informacje na temat historii i kultury Irokezów, np. o tym, że Liga Irokezów powstała w XII albo XV w., chociaż „nie wiadomo dokładnie” – owszem, wiadomo, i to całkiem dokładnie: w połowie drugiej dekady XVII w. i było to przymierze handlowe między Irokezami a Holendrami zawarte w Fort Nassau, dzisiejszym Albany. Autor informuje, że na zachód ludy irokeskie dochodziły do rzeki Hudson, podczas gdy Hudson faktycznie była ich wschodnią granicą. Potęga Ligi to głównie mit amerykańskiego antropologa Lewisa H. Morgana, ale Rosiak przedstawia to jako fakt, podobnie jak wmawia czytelnikom, że irokeskie Wielkie Prawo Pokoju to „najstarsza znana forma demokracji przedstawicielskiej”. Zdumiewa określenie indiańskiego rozmówcy jako „nieczystego Indianina” (bo półkrwi).

Tożsamość skorygowana

A jednak nie wszyscy zwątpili w Supłatowicza-Indianina. Zdzisław Wszołek (Ranores), jeden z indianistów, którzy znali Sat-Okha najdłużej, mówi Rosiakowi: „Jak można podważać jego tożsamość, skoro ma papiery, tam mieszka jego rodzina, Amerykanie chcą o nim film nakręcić, piszą o nim książki. Przecież to jest wszystko sprawdzone. Nawet po jego rysach można było poznać, że jest Indianinem, po głosie”. Inni, jak Marek Nowocień, postanowili, że ten problem nie jest istotny, a poza tym prawdziwych faktów ustalić nie sposób.

Marek Maciołek nie ma jednak wątpliwości: „Na początku jego gawędy uwodziły (...). Czytaliśmy książki, gazety, zdobywaliśmy dostęp do wiedzy o Indianach i po jakimś czasie zrozumiałem, że świat Sat-Okha był kompletnie zmyślony. Nie ma takich Indian, o jakich on pisał. On się przyczynił w gruncie rzeczy do utrwalenia mitu Indianina – szlachetnego dzikusa”.

Faktycznie, powieści Sat-Okha ucieleśniają stereotypy: Indianina-ekologa, odchodzącej rasy, a nawet białego wybawcy egzotycznego ludu (w końcu bohaterowie „Ziemi Słonych Skał” ratujący swój lud przed zagładą to synowie białej kobiety i wodza Szaunisów).

„Nam to wtedy pasowało, było zapotrzebowanie na takie stereotypy, bo sami na siebie tak patrzyliśmy – kontynuuje Maciołek. – Oto nie tylko Polacy są pokrzywdzeni i biedni, nie tylko nam się nie udało”.

Cóż więcej dodać? Słowa Maciołka trafiają w punkt, a przy tym pozwalają zrozumieć, dlaczego Stanisław Supłatowicz został Sat-Okhiem i do czego potrzebny był nam „polski Indianin”. Wiele do myślenia daje wypowiedź Ranoresa: „To on zrobił z nas Indian. Ja do dzisiaj czuję się Indianinem. Nawet przed laty, kiedy pracowałem na kopalni w Turku, też nim byłem. Pod ziemią byłem górnikiem, ale wyjeżdżałem na powierzchnię i znów stawałem się Indianinem”.

Taka książka była potrzebna. Nie po to, żeby rozstrzygnąć spory wśród indianistów, bo pewnie i tak każdy pozostanie przy swoim zdaniu. Ale po to, żeby przybliżyć niezwykłą postać Polaka – Indianina z wyboru, a poprzez niego fenomen wszystkich tych, którzy odczuwają potrzebę skorygowania swojej tożsamości i którym wyobrażenie o Indianach w tym pomogło.

Piszę ten tekst w drodze powrotnej z Kraju Indian, w samolocie. Już zaczynam tęsknić za „Kanadą pachnącą żywicą”, za Szaunisami, choćby mieli, jak u Sat-Okha, mieszkać w tipi zamiast w wigwamach, za leśnymi szlakami Irokezów, za falującymi preriami Dakoty Południowej i pastwiskami Oklahomy, na których zobaczyć można bizony i krowy o zdumiewająco długich rogach... Gdy jestem tam – jestem u siebie, gdy wracam – piszę o tym moim wybranym świecie i planuję w myślach nową podróż, pławiąc się w swojej prywatnej, choć zarazem podzielanej z setkami niegroźnych jak ja mitomanów mitologii. Chyba dlatego przynajmniej częściowo rozumiem człowieka, który nakłada bynajmniej nie szauniski pióropusz (bo taki w ogóle nie istniał) i opowiada o życiu w dzikiej puszczy, brunatnych niedźwiedziach i honorowych czerwonoskórych.

A kiedy Mohawk Andrew Delisle senior dowiaduje się, że w Polsce dzieci są przynoszone przez bociany, komentuje: „Wielu białych Kanadyjczyków mówi dziecku: przyniósł cię indiański wódz. Potem te dzieciaki dorastają, ich rodziny się rozpadają, ale dawne słowa zostają w głowie. Niektóre po prostu w nie wierzą”.©

Dariusz Rosiak, BIAŁO-CZERWONY. TAJEMNICA SAT-OKHA, Czarne, Wołowiec 2017

Dziękujemy, że nas czytasz!

Wykupienie dostępu pozwoli Ci czytać artykuły wysokiej jakości i wspierać niezależne dziennikarstwo w wymagających dla wydawców czasach. Rośnij z nami! Pełna oferta →

Dostęp 10/10

  • 10 dni dostępu - poznaj nas
  • Natychmiastowy dostęp
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Autorskie newslettery premium
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
10,00 zł

Dostęp kwartalny

Kwartalny dostęp do TygodnikPowszechny.pl
  • Natychmiastowy dostęp
  • 92 dni dostępu = aż 13 numerów Tygodnika
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Autorskie newslettery premium
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
79,90 zł
© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]

Artykuł pochodzi z numeru Nr 39/2017