Reklama

Droga do Onondaga

Droga do Onondaga

27.07.2020
Czyta się kilka minut
Gigantyczne platany wymagały jednoczesnej pracy sześciu ludzi, a jeden osadnik na wyrąbanie własnej „przestrzeni życiowej” potrzebował nawet czterech tygodni. „Drzewa były wrogami stojącymi na drodze postępu”.
Sala Bosworth „Przybycie pionierów do Marietty”, ok. 1840 / LIBRARY OF CONGRESS
K

Któregoś dnia Shickellamy, przedstawiciel Konfederacji Irokeskiej w Pensylwanii, rzekł do swego kompana, Conrada Weisera: „Miałem sen. Śniło mi się, że Tarachiawagon (Podtrzymujący Niebo – Irokezi nazywali ­Weisera imieniem postaci z własnej mitologii) podarował mi nową strzelbę”. Weiser oddał Indianinowi strzelbę, mówiąc: „Ja też miałem sen. Śniło mi się, że Shickellamy podarował mi wyspę w dolinie ­Susquehanny” i wskazał przyjacielowi Isle of Que u ujścia Penns Creek. ­Shickellamy nie miał wyjścia i zrealizował sen przyjaciela. „Conrad, już nie będziemy więcej śnić razem”, podsumował.

Irokezi lubili opowiadać tę anegdotę, przytoczoną przez historyka Paula Wallace’a, i nie ma większego znaczenia, że zapewne jest zmyślona. Indianie faktycznie kierowali się wizjami sennymi w swym postępowaniu, autentyczni byli Shickellamy i Weiser, podobnie jak ich dzieło utrzymywania pokoju...

17377

Dodaj komentarz

Chcesz czytać więcej?

Wykup dostęp »

Załóż bezpłatne konto i zaloguj się, a będziesz mógł za darmo czytać 6 tekstów miesięcznie! 

Wybierz dogodną opcję dostępu płatnego – abonament miesięczny, roczny lub płatność za pojedynczy artykuł.

Tygodnik Powszechny - weź, czytaj!

Więcej informacji: najczęściej zadawane pytania »

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

"Historia ta wprowadza w inny świat niż ten, do którego przyzwyczaiły nas groszowe powieści, rewia Buffalo Billa i hollywoodzkie westerny [...] świat, w którym Indianie i biali potrafili być partnerami, próbowali się do siebie dostosować, wznosili się na wyżyny dyplomacji, a do tego umieli mieć do siebie dystans". Ja bym dodał, że objawia cechę niespotykaną w popkulturowym wizerunku Indianina - zawsze albo kipiącego żądzą mordu, albo z poważną miną prawiącego morały - a mianowicie poczucie humoru. Wisielczego, bo prawdopodobnie nawet najgłupszy Irokez po jakimś czasie zrozumiał, że wódz zamienił ziemię na kijek - wprawdzie miotający pioruny, ale tylko pod warunkiem, że blada twarz zechciała znów coś wymienić, tym razem na kule i proch. I dużo wody ognistej, pozwalającej zapomnieć o żalu za utraconymi na zawsze terytoriami. Do czasu osadnicy chętnie przyjmowali w rozliczeniu wampumy z muszelek, ale wkrótce pod pozorem dzielenia się z Indianami nowoczesną technologią zdeprecjonowali je jako walutę całkowicie. Dlatego te wampumowe koraliki prosto z nowojorskiej fabryki, czyli po prostu szklane paciorki, nie kojarzą się dzisiaj najlepiej. Nie tylko w przypadku amerykańskich Indian, jak tego dowodzi sporządzony przez Levi-Straussa opis stosunków gospodarczych w bengalskiej wiosce - gdzie zresztą też tradycyjnie przetwarzano muszle, tyle że na guziki - oraz rujnującego pod każdym względem kontaktu z globalnym (czytaj: zachodnim) systemem wymiany (Smutek tropików, rozdz. 16). Artykuł bardzo ciekawy, recenzja książki zachęcająca.

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]