Polska z najniższym wskaźnikiem piractwa. Kto na świecie kradnie częściej

Amerykanie tracą rocznie około 30 mld dolarów oraz 200 tys. miejsc pracy za sprawą piractwa. W Polsce ta strata wynosi około 7 mld złotych. Kto i dlaczego kradnie z sieci?
Czyta się kilka minut
Andrey Popov / Shutterstock
Andrey Popov / Shutterstock

Pirat? To facet z łomem i kapturem nasuniętym na czoło, który kradnie twoje auto. To dobrze ubrany młody mężczyzna, która gwizdnął twoją torebkę. Pamiętacie jeszcze tę antypiracką kampanię, w której zestresowana porównaniami do tych zbójów dziewczyna wyłączyła torrenty, przerywała ściąganie z sieci plików z filmami i włączyła myślenie? Los dopisał puentę: ilustrujący tę reklamę, zachęcający nas do porzucenia złodziejskich praktyk utwór został wykorzystany bez zgody kompozytora.

Ponieważ za klipem stały połączone sztaby FACT (amerykańskiej federacji antypirackiej) oraz MPA (amerykańskiego stowarzyszenia filmowców), jego morał jest zazwyczaj mylnie rozumiany. To nie opowieść o hipokryzji czy instytucjonalnej bezradności wobec późnego kapitalizmu, tylko o grze pomiędzy rządem, podmiotami dostarczającymi treści i nami, użytkownikami. Dziś, gdy piractwo znów rośnie w siłę, ta historia uzmysławia, że podstawą edukacji w zakresie własności nie może być straszenie więzieniem. Są inne sposoby.

Ile globalnie tracimy na piractwie

W styczniu ubiegłego roku magazyn „Wired” informował, że piractwo muzyczne rośnie na świecie w zatrważającym tempie: 15-17 proc. w skali roku. W tym samym czasie w krajach Unii Europejskiej spadła jednak nielegalna konsumpcja filmów. Pobieranie bądź strumieniowanie produkcji anime (a także cyfrowych wydań popularnych mang) stanowiło ułamek tej przegródki, choć w skali całego świata to dziś najchętniej kradziona treść kulturalna. Piractwo telewizyjne (w rozumieniu nielegalnych transmisji sportowych, programów telewizyjnych lub seriali z pasm kablowych) dla odmiany jest prawdziwą zmorą w państwach członkowskich UE – w 2023 r. wzrosło aż o 6 proc.

Prymat Indii wśród najczęściej „piracących” krajów można tłumaczyć gwałtownym technologicznym skokiem (w ciągu ostatnich piętnastu lat dostęp do szerokopasmowego internetu zwiększył się tam aż o 14 tys. proc.!). Lecz problem w europejskich krajach pozaunijnych, Rosji oraz Wielkiej Brytanii, jest już kwestią konkretnej polityki antypirackiej.

Mówiąc krótko, odpowiedź na pytanie, co, skąd i za pomocą czego kradniemy, zmienia się w zależności od szerokości geograficznej, PKB, krajobrazu kulturalnego oraz dziesiątek innych kryteriów. Większość źródeł jest jednak zgodna co do problemu w ujęciu globalnym.

Jak podają analitycy z platformy MUSO, badającej finansową wyporność sektora kulturalno-rozrywkowego, w 2023 r. zanotowano aż 141 mld odwiedzin na stronach ze skradzioną własnością intelektualną. Zaś ich wzrost prognozowany jest na około 3-5 proc. w skali kolejnych dwunastu miesięcy (dane za 2024 r. wciąż są przygotowywane).

W kontekście społecznym nie jest to drastyczny skok – jeśli uwzględnimy aberrację w postaci pandemii, możemy powiedzieć, że mieści się w zakresie historycznej sinusoidy. Ale w kontekście ekonomicznym to już jest problem. Bloomberg alarmuje, że Amerykanie tracą rocznie około 30 mld dolarów oraz 200 tys. miejsc pracy za sprawą piractwa. Firma Deloitte i Stowarzyszenie Sygnał donoszą z kolei, że w Polsce ta strata wynosi około 7 mld złotych.

Jest życie w szarej strefie

Lamentowanie nad tym, ile udałoby się zaoszczędzić dzięki walce z piractwem, to jak przekonywanie palacza, że jeśli pieniądze na tytoń będzie odkładał do skarpety, to za dziesięć lat wyciągnie z niej bentleya. Analitycy podkreślają, że w obliczu trwałości (choć ja powiedziałbym raczej: nieśmiertelności) tej nieuczciwej praktyki pieniądze są jedynie pozycją w arkuszu kalkulacyjnym, nie mają faktycznej wartości.

– Globalny powrót piractwa jest niepokojący. Ale jeśli lekko nagniemy perspektywę, zobaczymy, że jest to szansa dla dostawców treści; szansa na nawrócenie konsumentów korzystających z nielegalnych źródeł, na uczynienie ich swoimi klientami i zakręcenie kurka z odpływającymi pieniędzmi – przekonuje Christopher Firth z firmy consultingowej Kearney, która przygotowuje wraz z MUSO coroczne raporty.

Na pytanie, jak miałoby to wyglądać, nikt nie zna jednak odpowiedzi. I nic dziwnego. Jak pokazują dane MUSO oraz EUIPO (European Union Intellectual Property Office) z ostatnich lat, intensyfikacja nieuczciwych praktyk w internecie obejmuje głównie tych, którzy świadomie wybrali ciemną stronę mocy i ani myślą z niej zawracać. Reszta, czyli większość, żyje w świecie informacyjnego chaosu. Wybieramy – często nieświadomie – pomiędzy legalnym źródłem, nielegalnym źródłem a czymś, co „wygląda podejrzanie, ale kto to wie”.

– W ciągu ostatnich pięciu, sześciu lat ciężar właściwy zjawiska przeniósł się z użytkownika na serwisy z nielegalnym kontentem – mówi Kinga Jakubowska, prezeska Fundacji Legalna Kultura. – Pirackie strony upodabniają się do tych legalnych, ich oferta jest bardzo podobna, na domiar złego są wspierane przez reklamodawców czy też domy mediowe, które szukają dużych zasięgów. A szkoda. Reklamy, jak wiadomo, są elementem uwiarygodniającym takie serwisy.

Sprzedaż pirackich kaset wideo. 1991 r. // Fot. Wojtek Laski / East News

Prawie 8o proc. Amerykanów korzysta regularnie z nielegalnych treści

Kim zatem jest nasz oszukujący i oszukiwany everyman? Według MUSO, to mężczyzna w wieku od 18 do 26 lat. Najczęściej przedstawiciel pokolenia Z, które korzysta z nielegalnych źródeł znacznie częściej niż milenialsi. Co najciekawsze, to właśnie milenialsi obserwowali w czasie rzeczywistym, jak zmienia się wiatr – byli na świecie, gdy piractwo wchodziło w obręb kultury internetowej, obserwowali jego zimowy sen w trakcie streamingowej rewolucji, a teraz są częścią postpandemicznego renesansu nieuczciwej praktyki. 

Jeśli zatem wybierają piractwo, przyczyny są zwykle nieco bardziej skomplikowane. Zetki z kolei – wbrew powszechnemu przekonaniu, że to część ich rebelianckiej natury – są zazwyczaj zbyt biedne na szeroki dostęp do kultury. „Wysoka stopa bezrobocia młodzieży wiąże się z wyższym poziomem piractwa” - czytamy w raporcie EUIPO.

Domeną i jednych, i drugich jest tzw. cordcutting, czyli praktyka świadomego odwrotu od tradycyjnej i kablowej telewizji oraz żonglerki usługami streamingowymi. W teorii ma ona działać trochę jak „życie na promocji”, czyli trend strategicznego konsumpcjonizmu, optymalizowania domowego budżetu z wykorzystaniem rozmaitych zniżek i okresów promocyjnych. W praktyce spycha nas często na pirackie wody.

Z opublikowanej przez serwis cordcutting.com analizie piractwa za 2023 r. wynika, że aż 78 proc. Amerykanów korzystających regularnie z nielegalnych treści pozostaje subskrybentami przynajmniej dwóch legalnych usług streamingowych. Jeśli zatem wykonujemy jakiś krok w stronę światła, to w szerszej perspektywie jest to zaledwie część większego „planu konsumpcji”. Podobna strategia obcowania z kulturą zyskuje popularność również w Polsce.

Dlaczego kradniemy z internetu

Przyczyn takiego stanu rzeczy jest kilka. Po pierwsze – agresywna rywalizacja na rynku platform streamignowych doprowadziła do niemal całkowitego wysycenia rynku. Przed dekadą serwisy warte subskrypcji mogliśmy policzyć na palcach jednej ręki. Dziś musimy wybierać między dziesiątkami licencjonowanych katalogów. Nawigujemy pomiędzy usługami subskrypcyjnymi, wypożyczalniami VOD, serwisami hybrydowymi i odbijamy się od kolejnych bramek – na przykład w serwisach, które oferują subskrypcje, ale część katalogu chowają za dodatkowymi płatnościami.

Spotkałem się z argumentem, że jest to kulturowo uwarunkowana niedojrzałość i że rozmiar oferty przerasta nasze faktyczne potrzeby. Być może. Jednak, jak podkreślają respondenci w rozmaitych badaniach, towarzyszącym piractwu stanem ducha nie jest cynizm, tylko frustracja. „Skoro płacę tak dużo za rozmaite usługi, to dlaczego nie mam dostępu do treści, na których mi zależy?” – pytają widzowie.   

Gdy nie wiadomo, o co chodzi, chodzi o pieniądze. A konkretniej – o licencje. Struktura licencyjna może być dla nas nieprzenikniona, lecz jej istnienie jest odczuwalne. Zwłaszcza wtedy, gdy sięgamy do portfela. „Roczna konsumpcja nielegalnie oferowanych treści szacowana na 7,36 mld zł to kwota, która pozwoliłaby na opłacenie rocznego abonamentu do serwisu VOD dla wszystkich internautów w Polsce oglądających treści wideo” – informuje w raporcie Teresa Wierzbowska, prezeska Stowarzyszenia Sygnał. Zgadzam się. Ale tylko przy założeniu, że mówimy o jednym serwisie VOD.

Portal wirtualnemedia.pl policzył w ubiegłym roku, że miesięczna opłata za zestaw najpopularniejszych usług obejmujących filmy, telewizję i sport wyniosłaby około 496 złotych. Jasne, trochę w tym złej woli (nie mam bladego pojęcia, dlaczego w analizie uwzględniano wyłącznie pakiety Premium). Lecz nawet połowa tej kwoty to już poważne pieniądze.

Do tego dochodzą inne powody, takie jak ceny abonamentów uzależnione od reklam, kwestia cyfrowej własności i związanej z nią nieufności wobec licencjodawców, a także regionalnych blokad zawartości. Część z tych problemów da się zniwelować kampaniami edukacyjnymi oraz pracą u podstaw. Inne rozwiązałaby wyłącznie implozja rynku, bo przecież jakość samego produktu (od technologii, przez artystyczną wartość katalogu) spada wprost proporcjonalnie do rosnącego tempa rywalizacji.

„Jeśli produkt się zgadza, konsumenci będą płacić. Jeśli jednak stawiasz przed konsumentami kolejne bariery, od reklam przez drogie plany subskrypcyjne, po regionalne blokowanie zawartości, produkt przestaje się zgadzać. A konsument zaczyna myśleć o wydatkach” – przekonuje w rozmowie z portalem Cybernews producent muzyczny Omar Zulfi. 

Piractwo nie jest odruchem bezwarunkowym, ale... Tak jak pandemiczna rzeczywistość uzmysłowiła nam, że jesteśmy w stanie pożerać o wiele więcej internetowych treści niż podejrzewaliśmy, tak dzisiejsza wojna o użytkownika serwisów wypycha nas poza nawias legalnych źródeł.

Polska z najniższym wskaźnikiem piractwa 

W opublikowanej na serwisie Legalnej Kultury „(Nie)krótkiej historii piractwa” z 2016 r. Rafał Pawłowski przypomina, że tradycja nielegalnego kopiowania tekstów kultury jest stara jak świat. Po złodziejskich śladach wędruje od starożytnego Rzymu, przez XVIII-wieczne regulacje w zakresie prawa autorskiego i Statut Królowej Anny, aż po rewolucję VHS oraz rzeczywistość nowych mediów. To świetny, gęsty tekst. Uzmysławia, że intuicyjnie umieszczamy kradzież własności intelektualnej w szarej strefie społecznego życia.

Powstanie Napstera, czyli serwisu, który na początku XXI w. udrożnił przepływ nielegalnych plików muzycznych, jest w tej opowieści kluczowe - nie tylko dlatego, że dzięki filmowi „The Social Network” jego założyciel Sean Parker zawsze będzie miał twarz legendy branży muzycznej, Justina Timberlake’a. To właśnie Napster uruchomił fałszywą narrację o tym, że kradzież sprzyja rozpowszechnianiu kultury. W Polsce podobne bajki rymowały się z generalną akceptacją piractwa jako „znaku czasów”. 

Z szacunkiem dla chłopaków, którzy wypalali płyty w akademiku; z kultem giełd nielegalnego oprogramowania; z dziewiczym zachwytem nad sieciami p2p; z totemami przełomu wieków w rodzaju popularnego „Muła” (czyli serwisu e-mule, umożliwiającego ściąganie skradzionych plików); wreszcie – z podziwem dla „pirata”, który jeździł żółtym renault mégane, a na kartce papieru miał wypisane filmowe nowości.

Jeszcze przed pandemią stało się jasne, że to iluzja. Dzięki kiełkującej rywalizacji w sektorze streamingowym oraz raczkującym wówczas kampaniom społecznym (wpływ Legalnej Kultury jest tu nie do przecenienia) stało się oczywiste, że piractwo jest nie tyle szkodliwe, co po prostu nieopłacalne. Dziś analitycy z Deloitte i Sygnału przekonują, że do końca bieżącej dekady tempo wzrostu piractwa wyniesie około procenta (i ok. pół miliarda złotych strat) w skali roku. Na papierze to niewiele. Mówimy jednak o Polsce, która pozostaje wzorem dla większości krajów Unii Europejskiej i która może pochwalić się najniższym wskaźnikiem piractwa filmowego.

Na pełnym morzu, czyli jak się w tym wszystkim odnaleźć

– Kluczowe jest budowanie świadomości – mówi Jakubowska. – Oswajanie ludzi z faktem, że prawo autorskie nie dotyczy jedynie twórcy. Dotyczy użytkownika oraz jego bezpieczeństwa. Stało się częścią rzeczywistości, w której żyjemy i którą tworzymy. Gdy nasza fundacja startowała, wydawało mi się, że to robota na pół roku. Że wystarczy wszystkim wszystko wytłumaczyć i problem się rozwiąże. Tymczasem okazało się, że dopiero po roku prowadzenia kampanii środowiska decyzyjne w rodzaju szefostwa telewizji publicznej w ogóle chcą/zechciały na ten temat rozmawiać. Trzeba zatem sobie uświadomić, że taka praca u podstaw nie powinna dotyczyć wyłącznie użytkownika, ale też wszystkich innych osób oraz instytucji, które mają na to wpływ.

Punktem dojścia powinny być nowe regulacje na szczeblu rządowym. Amerykanie wyszli z podobnego założenia. W Kongresie jeszcze w tym roku będzie procedowana poprawka do amerykańskiego prawa własności autorskiej. Umożliwiałaby ona właścicielom praw łatwiejszy nacisk na dostarczycieli usług internetowych i zobowiązywała ich do szybszego blokowania stron z nielegalną zawartością.

Bez względu na to, czy mówimy o Polsce, czy o Stanach, trudno wyobrazić sobie takie zmiany bez odpowiedniej edukacji. Zwłaszcza że egzekwowanie wszelkich antypirackich praw robi się coraz trudniejsze. Na przeszkodzie stoją problemy prawne, ciągła fluktuacja pirackich trendów, rozwój AI sprzyjający gromadzeniu i kolportowaniu nielegalnych treści oraz rozprężający się w nieskończoność rynek usług. 

Jak się w tym wszystkim odnaleźć? Jak przekonuje Jakubowska, najważniejsza jest wiedza o tym, że w ogóle mamy wybór. Czasem wystarczy skorzystać z serwisu bazalegalnychzrodel.pl, gdzie można sprawdzić, czy nie łamiemy prawa. Kiedy indziej wystarczy zwykły agregat treści platform streamingowych, na których szukamy filmu czy serialu na wieczór. Od świadomości wyboru zaczyna się w końcu świadome korzystanie z kultury. A stąd już niedaleka droga do myślenia o jego konsekwencjach. Niekoniecznie o tych, które dotkną mnie, raczej o tych, które poniesiemy wszyscy. 

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

ilustracja na okładce: Jerzy Skakun dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 10/2025

W druku ukazał się pod tytułem: Pirat jest w nas