MICHAŁ SOWIŃSKI: Coraz częściej słyszymy, że Polska demograficznie starzeje się szybciej niż reszta krajów zachodnich. To precyzyjna diagnoza czy publicystyczny skrót?
PIOTR BŁĘDOWSKI: W tej chwili można powiedzieć, że to prawda, choć trzeba pamiętać, że to proces dynamiczny. „Najszybsze starzenie się” nie oznacza, że mamy najwięcej osób starszych, lecz że najszybciej rośnie ich odsetek. A rośnie dlatego, że dramatycznie spada liczba urodzeń. Jeśli młodych jest coraz mniej, to siłą rzeczy udział osób starszych się zwiększa. To właśnie tempo tych zmian przyciąga uwagę polityków i badaczy.
Skoro problem jest rozpoznany, to czy państwo ma tu jakiś plan?
Jakiś plan mamy – z naciskiem na „jakiś”. Tempo zmian jest zaskakujące i właściwie stoimy dziś pod ścianą. Oczywiście od dawna było wiadomo, że odsetek osób starszych będzie rósł, więc powinniśmy być przygotowani. Nie byliśmy – i to nie jest wina jednego rządu, lecz całej klasy politycznej. Przez lata kolejne rządy traktowały rodzinę jako alibi dla własnej bezczynności wobec problemów starzenia się i starości. Uznawano, że to ona ma zapewnić opiekę. Dziś widać wyraźnie, że to założenie było nierealistyczne.
Powołanie ministra ds. polityki senioralnej nie było pustym gestem, ale oczekiwania były większe. Ustawa o bonie senioralnym wciąż nie została uchwalona. Trwają prace nad rozwiązaniami dotyczącymi opieki długoterminowej i jej koordynacji – to idzie w dobrym kierunku, lecz za wolno. Problem nie polega na braku świadomości, lecz na opóźnieniu działań systemowych.
A co z innymi aspektami starości – samotnością, aktywizacją, relacjami społecznymi?
Najpierw musimy sobie uświadomić, że mówimy o bardzo zróżnicowanej grupie. Wśród ponad 10 milionów osób starszych są zarówno sprawni siedemdziesięciolatkowie, jak i dziewięćdziesięciolatkowie wymagający stałej pomocy. Nie da się prowadzić jednej polityki wobec „starości”. Mamy więc dwa kierunki działań: wsparcie dla osób niesamodzielnych oraz podtrzymywanie aktywności tych, którzy mogą jeszcze funkcjonować społecznie – choćby poprzez wolontariat czy działalność lokalną.
Samotność natomiast jest skutkiem wielu procesów: zmian zdrowotnych, kulturowych, ekonomicznych. Rodzina jest dziś rozproszona – często w skali kraju, kontynentu, świata. Z wiekiem pogarsza się stan zdrowia, rośnie zależność od pomocy innych, a tej pomocy zaczyna brakować. Ponad połowa jednoosobowych gospodarstw domowych w Polsce to osoby w wieku 60+. To nie jest styl życia, lecz konsekwencja zdarzeń życiowych: śmierci współmałżonka, odchodzenia rówieśników, wyprowadzki dzieci. Człowiek zostaje sam nie tylko fizycznie, ale też symbolicznie – jako ostatni depozytariusz pamięci rodzinnej. Znika codzienny dialog, znika ktoś, kto potwierdza nasze wspomnienia.
Jakie są tego konsekwencje?
Samotność ma bardzo konkretne skutki zdrowotne. Wiemy z badań, że zwiększa ryzyko depresji, przyspiesza pogorszenie funkcji poznawczych, wpływa na choroby układu krążenia. To nie jest więc problem „emocjonalny”, lecz systemowy. A jednocześnie jest trudny do rozwiązania odgórnie. Nie wystarczy program ministerialny. Potrzebna jest gęsta sieć lokalnych relacji, miejsc spotkań, animacji społecznej. Bez infrastruktury społecznej samotność będzie narastać, a jej koszty – także finansowe – będą ponosić system ochrony zdrowia i opieki społecznej.
Co państwo może w tej kwestii zaradzić?
Nie da się tego rozwiązać wyłącznie na poziomie centralnym. Samotność jest widoczna dopiero z bliska, w skali lokalnej. Dlatego polityka senioralna powinna być realizowana przede wszystkim przez samorządy. A tam zawsze pojawia się konkurencja innych potrzeb i ograniczenia finansowe.
Brakuje nam infrastruktury społecznej. W niemieckim Kassel – mieście wielkości Radomia – działa ponad 400 miejsc i instytucji, w których osoby starsze mogą wspólnie spędzać czas: od domów dziennego pobytu po niewielkie klubiki parafialne otwarte kilka godzin w tygodniu. U nas takiej sieci wciąż nie ma. Bez niej trudno mówić o realnym przeciwdziałaniu samotności. A bez rozwiązania problemu samotności trudno mówić o godnym starzeniu się społeczeństwa.
W Polsce wciąż bardzo drażliwy jest temat oddania osoby starszej do domu pomocy społecznej. Towarzyszą temu wstyd, napięcie, poczucie moralnej porażki. Czy to się zmienia?
Trzeba rozdzielić kilka kwestii. Po pierwsze – historia. Przez wiele lat domy pomocy społecznej czy zakłady opiekuńcze były w Polsce niedoinwestowane. Warunki bywały trudne, poziom usług niski. Utrwaliło się więc przekonanie, że to miejsca, na które „skazuje się” osoby zależne. Do tego dochodziło poczucie, że to już „ostatni etap”.
Od lat 90. ubiegłego wieku sytuacja zaczęła się zmieniać. Wprowadzono standardy, poprawiła się jakość życia w tych placówkach. Problem w tym, że świadomość społeczna nie nadążyła – wciąż żyjemy dawnymi wyobrażeniami.
Czyli to kwestia stereotypu?
Tak. Ale jest też drugi element: kultura i tradycja. Przez lata państwo eksponowało rolę rodziny – również po to, by uniknąć kosztownych inwestycji w opiekę instytucjonalną. Wytworzyła się presja moralna: to rodzina ma obowiązek się zająć. Jeśli ktoś tego nie robi, jest to postrzegane jako coś wstydliwego. Ta presja słabnie, ale nadal działa.
Trzeba też pamiętać, że w Europie Zachodniej procesy przemysłowe i migracyjne zaczęły się wcześniej. Rodziny szybciej się rozpraszały, a system zabezpieczenia społecznego przejmował część funkcji opiekuńczych. Dlatego porównywanie Polski z Niemcami czy Szwecją bez uwzględnienia kontekstu historycznego bywa mylące.
Czyli dziś to podejście się zmienia?
Coraz częściej osoby starsze same akceptują możliwość zamieszkania w takiej placówce. Nie tylko dlatego, że nie chcą obciążać dzieci, ale dlatego, że wiedzą, iż tam mają całodobową opiekę. W domu – nawet przy najlepszej woli rodziny – zapewnienie takiej opieki bywa niemożliwe. Musimy też uwzględnić rosnącą specjalizację opieki. Coraz więcej osób wymaga wsparcia medycznego czy rehabilitacyjnego, którego rodzina nie jest w stanie zapewnić.
Dużo się dziś mówi także o deinstytucjonalizacji systemu opieki – jak Pan to widzi?
To złożony problem. Takie rozwiązanie ma radykalnych zwolenników, którzy najchętniej zamknęliby wszystkie placówki. Ale wtedy pojawia się pytanie: kto i za jakie pieniądze zapewni profesjonalną opiekę w domach? I skąd wziąć personel? Deinstytucjonalizacja nie powinna polegać na prostym „opuszczaniu placówek”. Powinna oznaczać realną możliwość wyboru. Osoba zależna powinna móc zdecydować: zostaję w domu, mając regularne wsparcie opiekunów, albo wybieram placówkę, gdzie w każdej chwili mogę wezwać pomoc. Prawdziwa deinstytucjonalizacja zaczyna się wtedy, gdy ktoś nie idzie do placówki nie z braku miejsc, lecz dlatego, że ma w domu zapewnione godne warunki.
Spójrzmy w przyszłość. Za 20-30 lat przesunięcie demograficzne w stronę senioralną będzie jeszcze wyraźniejsze. Czy to wpłynie na politykę i gospodarkę?
I to znacząco. Wzrost liczby osób starszych oznacza większe wydatki na ochronę zdrowia i opiekę długoterminową. Jednocześnie zmniejszy się liczba osób w wieku produkcyjnym, czyli tych, które finansują system. To wymusi korekty w polityce społecznej, rynku pracy, a nawet w mieszkalnictwie. Potrzebne będą inne typy mieszkań, więcej usług lokalnych, inna infrastruktura.
Zmieni się też polityka. Grupa osób starszych będzie liczniejsza i bardziej wpływowa. To może oznaczać większą presję na bezpieczeństwo socjalne, stabilność i ochronę świadczeń. Najważniejsze jest jednak to, że starzenie się społeczeństwa nie jest epizodem – to trwała zmiana struktury. I jeśli nie dostosujemy do niej instytucji, napięcia będą narastać.
To jak będzie wyglądało społeczeństwo za kilka dekad?
Mam nadzieję, że uda się uniknąć czegoś, co nazywam dziś „gerontokracją” – nie w dawnym sensie tego słowa, czyli rządów ludzi starych, lecz podporządkowania polityki głosom starszej części elektoratu. Już teraz widać, że partie coraz intensywniej zabiegają o ten elektorat, obiecując kolejne świadczenia. To nie jest wyraz podmiotowości wyborców, lecz ich instrumentalizacja.
Problem polega na tym, że taka polityka utrwala krótką perspektywę czasową. Zamiast budować system opieki długoterminowej, reformować rynek usług opiekuńczych czy inwestować w profilaktykę zdrowotną, łatwiej jest zwiększyć transfer pieniężny. Tyle że pieniądz nie zastąpi infrastruktury ani personelu. Nie zastąpi miejsc w domach dziennego pobytu, nie zbuduje systemu wsparcia środowiskowego.
Jeżeli polityka zacznie być prowadzona zgodnie z logiką „kto da więcej seniorom”, może to w dłuższej perspektywie prowadzić do napięć międzypokoleniowych. Młodsze pokolenia mogą odnieść wrażenie, że ich interesy są marginalizowane, a ciężar finansowania systemu rośnie. To bardzo niebezpieczna droga. Polityka senioralna powinna być elementem ponadpartyjnej umowy międzypokoleniowej, a nie polem rywalizacji wyborczej. Bez takiej równowagi trudno będzie utrzymać społeczną solidarność.
Czyli potrzebny jest trwały konsensus?
Tak. W pierwszej dekadzie XXI wieku pracowałem przy projekcie ustawy o ubezpieczeniu pielęgnacyjnym. Miałem wtedy przekonanie, że budujemy rozwiązanie, z którego kiedyś sam skorzystam. Dziś nie mam pewności, że pokolenie mojej córki będzie miało takie systemowe wsparcie. To pokazuje skalę zaniedbania.
Musimy też zmienić podejście do migracji. W wielu krajach zachodnich znaczną część opiekunów stanowią migranci. To nie jest problem, jeśli są dobrze przygotowani. Problemem jest traktowanie migracji wyłącznie jako narzędzia politycznego sporu.
Jednego możemy być pewni: zapotrzebowanie na opiekunów nie spadnie. Teleopieka, nowe technologie, robotyka – mogą pomóc, ale nie zastąpią relacji. Problemu samotności nie rozwiąże nawet najlepiej zaprogramowana maszyna. Jeśli nie zaczniemy działać teraz, za 30 lat będziemy mierzyć się z bardzo bolesnymi konsekwencjami.
O czym w kontekście starości mówi się dziś za mało – albo wcale?
Nie chodzi o konkretny temat, a raczej o to, że brakuje nam pełnego obrazu. Koncentrujemy się na emeryturach i opiece medycznej, a pomijamy choćby kwestie zależności, nierówności klasowych czy różnic między „młodą starością” a głęboką niesamodzielnością. Nie dostrzegamy też, jak bardzo starość jest doświadczeniem zróżnicowanym – zależnym od miejsca zamieszkania, zasobów, sieci wsparcia. Brakuje nam refleksji nad samotnością jako procesem społecznym, a nie tylko indywidualnym problemem. I wreszcie – zbyt rzadko mówimy o tym, że polityka senioralna to nie tylko reagowanie na kryzysy, lecz projektowanie przyszłości całego społeczeństwa.
Co właściwie oznacza „przygotowanie do starości”?
Na swoją starość pracujemy przez całe życie. Tymczasem w Polsce nie mamy realnego systemu przygotowania do starości. Mówi się o oszczędzaniu, o wysokości emerytur, ale to tylko fragment problemu.
Przygotowanie do starości powinno obejmować kilka wymiarów: ekonomiczny, zdrowotny, społeczny i psychologiczny. Jeśli ktoś przez 40 lat funkcjonuje wyłącznie w roli pracownika, to przejście na emeryturę bywa doświadczeniem utraty tożsamości. Nagle znika rytm dnia, sieć kontaktów zawodowych, poczucie bycia potrzebnym. Bez wcześniejszego budowania alternatywnych form aktywności ten moment może być bardzo trudny.
Drugi aspekt to zdrowie. Profilaktyka w wieku 40 czy 50 lat bezpośrednio przekłada się na jakość życia w wieku 70 czy 80 lat. Tymczasem my traktujemy starość jako coś odległego i abstrakcyjnego, co zacznie się „kiedyś”. Nie uczymy młodych, jak planować długowieczność. A przecież wydłużenie życia to jeden z największych sukcesów cywilizacyjnych. Jeśli nie będą towarzyszyć mu refleksja i edukacja, stanie się źródłem napięć, a nie dobrostanu.
Czyli problemem jest brak edukacji?
Tak, ale nie w formie symbolicznych gestów. Czasem organizuje się warsztaty, podczas których młodym ludziom zakłada się specjalne kombinezony ograniczające ruch, obciążniki na stawy, okulary symulujące pogorszenie wzroku czy rękawice utrudniające chwytanie przedmiotów. Chodzi o to, by przez chwilę „poczuli”, jak to jest mieć mniej siły, gorszą koordynację czy słabszy wzrok. To bywa poruszające i działa na wyobraźnię, ale pozostaje doświadczeniem jednorazowym i uproszczonym. Starość nie przychodzi nagle w dniu 65. urodzin. To proces rozłożony na lata, w którym człowiek stopniowo adaptuje się do zmian – fizycznych, społecznych i psychologicznych. Jeśli chcemy naprawdę przygotowywać do starości, potrzebujemy nie spektakularnych symulacji, lecz systematycznej edukacji i rozmowy o tym, jak wygląda długie życie w zmieniającym się świecie. To proces, do którego człowiek stopniowo się adaptuje. Potrzebujemy racjonalnego tłumaczenia jej istoty – bez straszenia i bez idealizowania.
Drugą sprawą jest brak politycznego konsensusu. Polityka senioralna powinna być elementem głównego nurtu polityki państwa, a nie dodatkiem sektorowym. Decyzje gospodarcze czy inwestycyjne podejmowane dziś przyniosą skutki za 20-30 lat – właśnie w społeczeństwie znacznie starszym. Nie możemy pozwolić sobie na ciągłe zaczynanie od nowa. Jeśli budujemy system, to musi on być kontynuowany niezależnie od zmiany rządów. Inaczej będziemy tylko łatać kolejne luki.
Podsumowując – czego dziś najbardziej potrzebujemy w myśleniu o starości i polityce senioralnej?
Polityka senioralna dotyczy każdego obszaru działania państwa: rynku pracy, zdrowia, mieszkalnictwa, edukacji. Nie może być traktowana jako jedna z wielu „polityk sektorowych”. W obecnych warunkach demograficznych powinna stać się polityką centralną. I to jest zadanie nie tylko rządu, lecz całego społeczeństwa. Można tworzyć najlepsze programy profilaktyczne czy opiekuńcze, ale jeśli ludzie nie będą świadomi ich sensu i nie będą chcieli z nich korzystać, niewiele się zmieni.
Starzenie się społeczeństwa to jedno z największych wyzwań cywilizacyjnych, przed jakim dziś stoimy.

PROF. PIOTR BŁĘDOWSKI jest ekonomistą SGH, specjalizuje się w polityce społecznej.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.





















