Reklama

Zdrowie w rękach polityków

Zdrowie w rękach polityków

05.05.2020
Czyta się kilka minut
Programy z „plusem” i instytucje z „narodowym” w nazwach już nie wystarczą. Epidemia jeszcze wyraźniej pokazała, że polskie państwo musi na nowo przemyśleć swoją „opiekuńczość”.
Zakład Opiekuńczo-Leczniczy / fot. MIŁOSZ POLOCH / REPORTER
Zakład Opiekuńczo-Leczniczy / fot. MIŁOSZ POLOCH / REPORTER
K

Kilka lat temu, pewnej sierpniowej nocy, mojemu sąsiadowi ukradziono sprzed domu samochód. Wieczorem pomyślałem sobie, że – statystycznie biorąc – przez jakiś czas na terenie osiedla nie powinno się to powtórzyć. Z puntu widzenia rachunku prawdopodobieństwa zapewne miałem rację. Ale następnego ranka okazało się, że mojego samochodu także nie ma.

Usługi zamiast wypłat

Z pandemią oswoiliśmy się już na tyle, że ostrożnie zaczynamy myśleć o czasie po niej. Wiele mówi się o tym, że ten „świat po” ma być zupełnie inny. Obawiam się jednak, iż dążenie polityków do znanej im normalności spowoduje odkładanie niezbędnych zmian na bliżej nieokreśloną przyszłość. A one muszą być wprowadzane szybko i sięgać obszarów, w których państwo już dawno nie było dostatecznie aktywne. Czego potrzebujemy? Określenia na nowo roli państwa w sferze socjalnej i zdefiniowania koncepcji państwa opiekuńczego. Ten termin rzadko pojawia się w wypowiedziach polityków, ale bez trudu można dopatrzeć się w działaniach obecnego rządu intencji wykazania, że realizuje właśnie tę ideę. Wprawdzie jest ona teraz w dużej mierze ograniczona do świadczeń pieniężnych, ale te są najbardziej wymierne, a zarazem cenione przez elektorat.

Ten konsekwentnie budowany od kilku lat klientelizm społeczny w nowych warunkach musi stracić na znaczeniu. Nadchodzi czas, kiedy suweren powinien powiedzieć rządowi „sprawdzam”, nie pytając o stabilność i siłę nabywczą otrzymywanych benefitów, ale o faktyczne zapewnienie obywatelom bezpieczeństwa zdrowotnego i socjalnego. Będzie to możliwe nie poprzez kolejne świadczenia pieniężne, ale w następstwie inwestowania w usługi społeczne. Mam na myśli przede wszystkim ochronę zdrowia, łącznie z opieką długoterminową.

Nie szukam winnych obecnej sytuacji. Ich lista byłaby zresztą zbyt długa i obejmowałaby przedstawicieli wszystkich partii i partyjek uczestniczących w rządach w okresie III RP. Nie domagam się zatem zmiany rządu (i tak nie byłoby go kim zastąpić). Domagam się natomiast zmiany sposobu myślenia o ochronie zdrowia.

Pocałunek śmierci dla ministra

Dotychczasowy sposób myślenia najlepiej charakteryzuje przebieg dyskusji nad zwiększeniem wydatków na ochronę zdrowia do 6 proc. PKB i szukanie wszelkich wykrętów, by odsunąć to w czasie albo żeby pod byle pretekstem z tych marnych 6 procent jakoś się wykręcić.

Jedną z przyczyn braku determinacji, by owe magiczne 6 procent stało się faktem, jest niezmiennie słaba pozycja szefa resortu zdrowia. Dla zawodowego polityka nominacja na ministra zdrowia to niemal pocałunek śmierci – zaledwie nieliczni zdołali utrzymać się w polityce, a tylko jednej Ewie Kopacz udało się znaleźć na szczytach władzy państwowej mimo pełnienia wcześniej tej funkcji. Politycy dobrze wiedzą, jak duże są społeczne oczekiwania i jak niewspółmiernie mała jest polityczna wola ich zaspokojenia. Nominują więc na to stanowisko lekarzy, nawet profesorów medycyny, licząc, że ci szybciej uzyskają od społeczeństwa kredyt zaufania, bo przecież się znają na rzeczy. Niewątpliwie znają się na medycynie, ale nie muszą być specjalistami od organizacji, zarządzania i finansów, a przede wszystkim nie mają zaplecza politycznego, by przeprowadzić plany, z którymi przyszli do resortu przy Miodowej. Uwiarygadniają zatem politykę takiego czy innego rządu, najczęściej nie mając na nią wielkiego wpływu.

Tymczasem w najbliższym czasie wydatki na ochronę zdrowia powinny radykalnie wzrosnąć. Wynika to z kilku przyczyn, ja wspomnę tylko o trzech. Po pierwsze – w dobie pandemii służba zdrowia okazała się ogromnie niedoinwestowana. Nie możemy pozwolić sobie na ryzyko kolejnych zaniedbań, nawet jeśli prawdopodobieństwo powtórzenia obecnego scenariusza byłoby niewielkie. Statystycznie rzecz biorąc, taka zaraza nie powinna się nam przydarzyć przez kilkadziesiąt lat, ale – podobnie jak w przypadku samochodu stojącego pod blokiem – mówimy o życiu, a nie o statystyce. To się może powtórzyć nawet za rok. Aby uniknąć katastrofy, musimy utrzymywać pewną liczbę pracowników służby zdrowia i część bazy w pogotowiu, nawet jeśli na co dzień nie będzie w pełni wykorzystana. Mówią zresztą o tym utytułowani epidemiolodzy i zakaźnicy. To będzie kosztować, ale od polityków oczekuje się odpowiedzialności wykraczającej poza horyzont jednej kadencji. Pieniądze na ten cel nie powinny pochodzić z funduszy ubezpieczeniowych, ale z budżetu. To zadanie instytucji państwa. Trzeba więc dokonać zmiany priorytetów w bieżącej i długookresowej polityce. Doinwestowana musi zostać szeroko rozumiana sfera społeczna. Instrumentem jej naprawy nie mogą być już tylko świadczenia pieniężne, lecz usługi. Trzeba poprawić dostęp do nich oraz ich jakość. To musi kosztować.

Wojna z samorządami

Codziennie słyszymy o nowych zakażeniach i zgonach w Domach Pomocy Społecznej. Prokurator generalny już potrząsa szabelką i zapowiada dochodzenia – m.in. w sprawie odstępowania od pracy personelu placówek. Wygląda to na kolejny etap walki rządu z samorządem, zwłaszcza zaś z tymi samorządowcami, którzy nie afirmują wszystkich działań administracji centralnej. Nie można jednak najpierw zmniejszać dochodów samorządowych, a potem rozliczać władz lokalnych z braku maseczek i środków dezynfekujących w DPS-ach. Tym bardziej, że tych maseczek i środków brakuje także w państwowych szpitalach oraz Zakładach Opiekuńczo-Leczniczych. Trzeba natomiast rozważyć zasady finansowania placówek opieki długoterminowej i DPS-ów.

Lista placówek, w których doszło do zakażeń, wydłuża się. W niektórych nie doszłoby do tej dramatycznej sytuacji, gdyby personel medyczny był na miejscu, pracując tam na pełnym etacie, a nie dochodził z innych placówek, zwiększając ryzyko przeniesienia wirusa. Wyważenie, czy lepiej ryzykować ludzkim życiem, czy zapewnić takie warunki pracy, by pracownicy ochrony zdrowia nie byli zmuszeni poszukiwać zatrudnienia w więcej niż w jednym miejscu, to zadanie dla instytucji państwowych. Państwo opiekuńcze musi zapewnić bezpieczeństwo zdrowotne, a jego cena powinna być zaakceptowana nie w wyniku targów politycznych, ale w następstwie rzeczowej analizy.

Sytuacji w polskich placówkach, jakkolwiek dramatycznej, nie da się – przynajmniej na razie – porównać z tym, co działo się i dzieje we Francji czy w Belgii. Nie jest to jednak pocieszenie, ale sygnał, że państwo musi jasno określić zasady finansowania działalności i kosztów zamieszkania w domach opieki. Samorządy tego nie udźwigną, szczególnie teraz. Rola państwa w zapewnieniu bezpieczeństwa najmniej samodzielnym musi ulec zwiększeniu. Dotyczy to nie tylko wsparcia udzielanego w placówkach. Przeniesienie punktu ciężkości w opiece z placówek na opiekę domową – zwane w żargonie dezinstytucjonalizacją, o której ostatnio często się wspomina, wymaga poprawy dostępu do świadczeń opiekuńczych w miejscu zamieszkania, a to nie nastąpi bez zwiększenia zatrudnienia i podniesienia kwalifikacji opiekunów. By znaleźć zainteresowanych taką pracą, trzeba ją uczynić bardziej atrakcyjną finansowo. Na to gminy przy obecnym sposobie finansowania pomocy społecznej nie mogą sobie pozwolić. Czy rząd może przyglądać się temu i wskazywać palcem na samorząd, mówiąc: „kolega”? Stworzenie prawdziwego systemu wsparcia dla niesamodzielnych nie polega na podniesieniu zasiłku na niepracujących rodziców opiekujących się niepełnosprawnym dzieckiem. To system, który będzie kosztować w ciągu roku kilkanaście miliardów złotych, z których tylko małą część mogą sfinansować sami zainteresowani lub ich rodziny. Sposób finansowania i działania całości musi zaproponować państwo, nie uchylając się od ponoszenia poważnej części kosztów finansowania usług, a nie tylko zasiłków.

Dotychczas partiom rządzącym brakowało odwagi, by podjąć ten temat kompleksowo. To stawia pod znakiem zapytania moralne prawo do sprawowania władzy. Nie da się jednak dalej chować głowy w piasek. Trzeba sięgnąć głębiej do państwowej kasy.

Demografia, głupcze!

Jest jeszcze jedna przyczyna, dla której takie działanie jest konieczne: to coraz szybciej postępujące demograficzne starzenie się ludności. Wzrost odsetka osób starszych i bardzo starych stanowi wyzwanie dla ich rodzin, ale również dla gospodarki i polityki społecznej, w tym zdrowotnej. Cieszy, że do świadomości decydentów powoli (pewnie zbyt powoli) dociera fakt, iż wydatki społeczne będą musiały wzrastać, zakres świadczeń będzie ulegał rozszerzeniu, a instytucje publiczne będą coraz częściej wspierać lub wręcz zastępować rodzinę. 

Polityka senioralna jest na razie jednak tylko kolejnym obszarem licytacji politycznej. Przykładem może być zainicjowany przez prezydenta program Centra Zdrowia 75+. Inicjatywa ta miała w styczniu trafić do Sejmu, ale dotychczas do tego nie doszło. Medialny zgiełk wokół tego pomysłu skutecznie przyćmił fakt, że program – przez tworzenie obejmujących nawet kilka powiatów centrów – może w efekcie prowadzić do utrudnień w dostępie do geriatrów i dalszego rozdrobnienia środków (centra miałyby być finansowane przez Narodowy Fundusz Zdrowia). Na dodatek prezydent nie postuluje zwiększenia nakładów finansowych, lecz tylko ich przesunięcie w ramach istniejącego budżetu NFZ.

Nie mamy spójnej koncepcji polityki senioralnej w ochronie zdrowia, a towarzyszące prezentacji programu we wrześniu ubiegłego roku hasło „Zdążyć przed demograficznym tsunami” nigdy nie powinno się pojawić w Pałacu Prezydenckim. Wzrost odsetka ludzi starszych w społeczeństwie to nie tsunami, które niesie ze sobą zniszczenie, a ponadto nie można go przewidzieć. O kierunkach zmian w strukturze ludności demografowie mówili kolejnym ekipom rządzącym od co najmniej 50 lat. Żaden polityk, a tym bardziej pełniący najważniejszą funkcję w państwie, nie może w ten sposób myśleć o starzeniu się ludności. To jest kompromitujące.

A poza tym: jak można zdążyć przed tsunami? Chyba tylko uciec…

Obowiązek, nie prawo

Musimy zacząć inaczej pojmować opiekuńczość. W nowych warunkach nie jest instrumentem do osiągania celów politycznych. Staje się obowiązkiem. Zamiast dopisywać kolejnego „plusa” do następnej nazwy rządowej akcji, zamiast wyszukiwania kolejnych programów i instytucji, którym na początku nazwy można dopisać słowo „narodowy”, trzeba podjąć dyskusję nad hierarchią zadań państwa. Trzeba suwerenowi jasno powiedzieć, czego państwo musi dokonać dla zapewnienia bezpieczeństwa, i ile każdego z nas to będzie kosztować.

Prof. PIOTR BŁĘDOWSKI jest ekonomistą w Szkole Głównej Handlowej, specjalizuje się w polityce społecznej.

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]