Reklama

Pokolenie GPW

Pokolenie GPW

03.04.2006
Czyta się kilka minut
W zasadzie powinno się inwestować w inny sposób. Sprawdzić spółkę, jaka jest jej kondycja, i trzymać akcje przez dłuższy czas. Ale to nie dla mnie. Granie intraday niewiarygodnie podnosi poziom adrenaliny, a sporty ekstremalne przy tym to drobiazg...
/fot. K. Dąbrowski - visavis.pl
C

Co ją tak ciągnie do góry? - pyta sam siebie. - O tej porze? - dziwi się. Jest 9.30. Przez chwilę przypatruje się cyfrom migającym na ekranie. Co chwila "odświeża" ekran, aby jak najszybciej zobaczyć nowe notowania. Obok biurka stoi telewizor z włączonym programem informacyjnym TVN 24. Ciszę przerywają sygnały dochodzących e-maili i wiadomości z komunikatorów internetowych od zaprzyjaźnionych inwestorów.

- A, to miedź! - orientuje się po chwili i uspokojony prostuje się na krześle. Zaczynamy rozmawiać.

- W ciągu trzech, góra czterech lat zarobię na akcjach okrągły milion złotych - mówi z przekonaniem M. (prosił o zachowanie anonimowości). Nie ma jeszcze trzydziestki, pracuje w firmie luźno powiązanej z giełdą i jest intradayowcem.

- Czasem trzymam je tylko pół godziny i odsprzedaję - wyjaśnia M. Mówi się, że większość intradayowców wytrzymuje pół roku. Po tym czasie zostają bankrutami albo siada im psychika. Transakcje są obarczone dużym ryzykiem, bo w ciągu jednego dnia, na jednej transakcji, można podwoić kapitał albo wszystko stracić.

Ulubionym instrumentem intradayowców są kontrakty terminowe na WIG 20.

- To, co najbardziej mnie w tym pociąga, to "lewarowanie", czyli darmowy kredyt. Wyobraźmy sobie, że wkładam 2 000 zł, a w rzeczywistości to tak, jakbym kupował za 30 tys. Tyle tylko, że jeśli spada o 1 proc., to ja tracę 15 proc.

Młodzi i wykształceni

- Z ogólnopolskiego badania inwestorów indywidualnych przeprowadzonego przez Stowarzyszenie Inwestorów Indywidualnych wynika, że na warszawskiej giełdzie dominują dwie grupy - mówi Jarosław Augustynowicz, dyrektor ds. Informacji i Analiz Stowarzyszenia. - Pierwsza grupa to inwestorzy poniżej 25. roku życia oraz nieco starsi, do 35. roku życia. Te dwie grupy wykazują największą aktywność.

Czyli statystyczny inwestor najczęściej jest mężczyzną (89 proc.), w wieku do 35 lat (30 proc. respondentów nie przekroczyło 25. roku życia, 28 proc. mieści się w przedziale 25-35 lat). Z badań SII wynika też, że 40 proc. inwestorów na giełdzie ma wykształcenie wyższe, pochodzi z dużego miasta powyżej 100 tys. mieszkańców i angażuje na giełdzie od 21 proc. do 50 proc. swoich oszczędności. Najchętniej inwestują w akcje, a najrzadziej w waluty i obligacje skarbowe. Większość z nich obdarza giełdę papierów wartościowych zaufaniem (57 proc. inwestorów).

Augustynowicz: - Pokolenie, które teraz inwestuje na giełdzie, dobrze zna się na tym, co robi. Większość ukończyła szkoły o profilu ekonomicznym. Często mają rodziców, którzy już zetknęli się z giełdą i mają do niej sentyment. Uczą się nie tylko na studiach, ale i w internecie oraz biorą udział w szkoleniach.

Fora dyskusyjne zapełnione są profesjonalnymi komentarzami niezrozumiałymi dla osób, które nie inwestują: "Odpada zatem otwieranie na dogrywkach. Futy grałyby wyłącznie intra (odpada ryzyko luk na otwarciu kolejnej sesji). Ilość futów nie zależy od skali spadku, tylko od wielkości kapitału zainwestowanego w FIA. Prowizja za fut w tym wypadku zmniejsza oczywiście korzyść z hedgingu, ale i tak całość opłacałaby się w postaci ochrony kapitału jako zmniejszenia sumarycznych strat".

- Zarówno giełda, jak i inwestorzy nie są tacy jak kiedyś - mówi rzecznik prasowy GPW Jan Marek Ziółkowski. - Dawniej zdarzało się, że do biura maklerskiego zgłaszali się ludzie, którzy chcieli zrobić zlecenia na kupno... WIG 20. Bo słyszeli, że rośnie. Dziś handel w przeważającej części odbywa się przez internet, a inwestorzy sami składają zlecenia.

Walka chciwości ze strachem

Piotr Kuczyński, główny analityk Warszawskiej Grupy Inwestycyjnej, należy do pokolenia pierwszych inwestorów. Uznany został za najtrafniej typującego analityka w historii giełdy.

- Zacząłem w 1993 roku. Klasycznie, jak wszyscy Polacy - wspomina Kuczyński. - Inwestowałem przez dom maklerski PKO S.A. Mieścili się na najwyższym piętrze dawnego KC PZPR w małym pokoiku, w którym nieustannie tłoczyli się ludzie. Makler realizował zlecenia, które mu się wykrzyczało, albo i nie.

- Tak jak większość Polaków w owym czasie, byłem giełdowym samoukiem. Nic przecież nie wiedzieliśmy o zasadach panujących na giełdzie. Typowaliśmy, patrząc na reakcje tłumu. Chodziło się po punktach maklerskich i obserwowało kwitki: czy przeważał kolor niebieski, czy różowy. Jeśli dominowała sprzedaż (niebieski), to dawało się zlecenie na kupno na minus 10 proc.

- Ówcześni inwestorzy byli uparci i wytrwali - wspomina Adam Bylina, który ukończył jeden z pierwszych kursów maklerskich w 1991 r., obecnie makler CDM PKO S.A. - Pamiętam moment, jak sprzedawano akcje Vistuli i Sokołowa. Odbywało się to trochę na zasadzie: kto pierwszy ten lepszy. Atrakcyjniejsze były akcje Vistuli: około 130 tys. starych zł za akcję (13 zł), i przyznany limit na jedną osobę wynosił tysiąc sztuk. Jednak sieć dystrybucji była już dosyć duża i na przykład nasze biuro otrzymało tylko 1500 akcji. Wystarczało to dla jednej i pół osoby. Wtedy dwóch klientów podjechało pod oddział starą nysą i mieszkali w niej przez tydzień. Oczywiście kupili tylko oni. Później można było je sprzedać powyżej miliona, czyli ponad sto razy drożej. W podobny sposób rodziły się ówczesne fortuny.

Kuczyński: - Znałem ludzi, którzy zarobili na mercedesa, i takich, którzy na giełdzie stracili dwa domy. Ja na szczęście po pierwszej porażce (700 zł na Sokołowie) zacząłem zarabiać. W 1994 roku uniknąłem marcowej zwały, czyli załamania. W tym samym roku paradoksalnie odniosłem też największy sukces. Po latach wiem, że tylko dzięki własnej głupocie, ale to oddaje sposób rozumowania ówczesnych inwestorów. Wymyśliłem sobie, że kupię w ofercie pierwotnej Polifarb Wrocław. To był moment, gdy wszyscy na giełdzie byli załamani bessą, a ja pomyślałem, że skoro Polifarb będzie debiutował latem, a przecież w tym czasie dobrze sprzedają się farby, to będzie miał zyski. Wziąłem spory kredyt i kupiłem tyle, ile chciałem. Poczekałem kilka miesięcy, a rynek dalej spadał. Odbicie nastąpiło akurat w lipcu. Zarobiłem 116 proc., a potem rynek znów zaczął spadać.

- Pierwsi inwestorzy wywodzili się z rzesz rzemieślników, taksówkarzy, drobnych przedsiębiorców, którzy mieli pieniądze. Duża część straciła na giełdzie. Znajomy zainwestował w kontrakty na WIG 20­­ aż 120 tys. i całość mu skasowało, i jeszcze musiał 30 tys. dołożyć. Ale byli też tacy, co zbijali fortuny.

Witold Gadowski w reportażu "Zapach pieniędzy. Historia warszawskiej giełdy" w "Gazecie Wyborczej" pisze, że gracze zbierali się na dziedzińcu dawnego Domu Partii, gdzie niegdyś mieściła się giełda. "Byli to mężczyźni w średnim wieku, ubrani niezbyt elegancko, koniecznie z plikiem papierów lub gazetą zawierającą notowania. Przypominali graczy z wyścigów, którzy zbierali się niegdyś w warszawskiej kawiarni Parana, by wymieniać informacje o pewniakach. Znikli, gdy na giełdzie pojawiły się notowania ciągłe".

- Wyszukiwało się tzw. "czerwone latarnie", czyli takich graczy, którzy zawsze tracili - wspomina Kuczyński. - Teraz można ich znaleźć przez internet na listach dyskusyjnych. Obecnie widać wyraźną zmianę nie tylko jakościową w funkcjonowaniu giełdy, ale i pokoleniową. Z wiekiem skłonność do ryzyka maleje i teraz już nie zainwestowałbym 250 proc. kapitału w dwie akcje. A ci młodzi ludzie to robią i dlatego mają wielkie szanse na sukces.

Kuczyński: - Giełda to gra chciwości i strachu. Trzeba podjąć ryzyko, gdy się wie, że można wiele stracić. Gdy ceny akcji spadają, gra strach. Kiedy spadły o 2 proc., to się myśli, że może się jeszcze odbiją, przy 5 proc. jeszcze się czeka, ale potem spadają o 10 proc., 15 proc.... I wtedy albo ma się szczęście i charakter, albo nie.

Inwestor nie zasypia nigdy

- Nie przedstawiam się, bo pieniądze lubią ciszę - opowiada M. - Pewien mój znajomy podczas jednej z konferencji ekonomicznych mieszkał w jednym pokoju z dziennikarzem. Później w telewizji poszła krótka wypowiedź z jego udziałem i zauważył, że sąsiedzi na osiedlu mają już do niego inny stosunek.

Potwierdza ten stereotyp Augustynowicz: - W naszym społeczeństwie wciąż funkcjonuje opinia, że ludzie, którzy inwestują na giełdzie, są niewiarygodnie bogaci. Tymczasem z naszych badań w 2004 r. wynika, że podczas hossy, gdy indeks WIG 20 wzrósł o 75 proc., nasi inwestorzy zarobili ledwie 25 proc.

M.: - Przygoda z giełdą zaczęła się w 1996 r. Miałem świadectwa udziałowe i założyłem swój rachunek w biurze maklerskim. Wszedłem na szczycie i szło mi tak sobie, ale pamiętam duże prywatyzacje. One ciągnęły giełdę w górę. Pamiętam swoją euforię, bo indeksy rosły i rosły. Wydawało mi się, że nie będą mogły spaść. To było wspaniałe uczucie. Sądziłem, że nie będę musiał pracować. Jakie to łatwe, myślałem, składam zlecenie i zarabiam. Dopiero podczas kryzysu azjatyckiego zrozumiałem, że tak naprawdę to strasznie łatwo wszystko stracić. Wtedy udało mi się wyszukać jakieś dobre spółki, ale pamiętam ludzi, którzy potracili majątki. Starszego pana, który chodził po biurze trzymając się za serce. Ktoś inny w ciągu jednego dnia osiwiał.

Granie intraday niewiarygodnie podnosi poziom adrenaliny, a sporty ekstremalne przy tym to drobiazg - mówi dalej M. - W zasadzie powinno się inwestować w inny sposób. Sprawdzić spółkę, jaka jest jej kondycja, i trzymać akcje przez dłuższy czas. Ale to nie dla mnie. Są też intradayowi gracze, którzy zostawiają sobie akcje na dłużej. Tylko że tu wystarczy noc i rano można się obudzić jako bankrut. Trzeba mieć nerwy ze stali, aby spać spokojnie.

- Staramy się pomagać inwestorom w trudnych sytuacjach - mówi Jarosław Augustynowicz. - Niestety giełda to też gra i ludzie często nie radzą sobie z emocjami.

Mieliśmy rolnika, który zlikwidował swoje gospodarstwo rolne, bo szło mu dobrze na giełdzie. Przegrał wszystko. Małżeństwo, które straciło na akcjach. Chcieli odrobić straty i zastawili mieszkanie. Trafili do naszego stowarzyszenia i poradziliśmy im, aby zostawili giełdę. W grze można się zatracić, bo łatwo przekroczyć granicę między inwestowaniem a grą traktowaną jak hazard.

Być jak Karkosik, Roman Karkosik

- To jest pochodna moich zainteresowań ze studiów - mówi Michał Kędzia, 24-letni inwestor. - Na pewno w mojej grze na giełdzie nie ma nic z hazardu. Staram się robić analizy. Mam dwie spółki, z którymi wiążę nadzieje, i na razie mnie nie rozczarowują. Z inwestorów, na których się wzoruję, najważniejszy jest Roman Karkosik. Ma fenomenalną biografię. W latach 70. był magazynierem w Spółdzielni Kółek Rolniczych w Czernikowie niedaleko Torunia, a dziś dzięki trafnym decyzjom jest jednym z największych inwestorów giełdowych w Europie Środkowej. Jego Boryszew jest przecież najlepszą inwestycją w historii giełdy, ze wzrostem kursu o 8 tys. proc.

Kędzia: - Zdajemy sobie sprawę, że jazdy samochodem nie można nauczyć się na kursie, tak samo jest z giełdą. Szkoła to tylko preludium.

Młodzi inwestorzy to wiedzą, dlatego na forach radzą sobie nawzajem: "Nie trenuj zbyt długo gry wirtualnej na akcjach. To niewiele daje. Jak przychodzi zagrać za prawdziwe pieniądze, jest zupełnie inaczej". "Wiem, wiem. Dlatego staram się najpierw technikę wyćwiczyć na demo, by w realu zająć się emocjami".

Według badań Demoskopu z 1993 r. przeciętny inwestor był mężczyzną w wieku 27-38 lat, należał do klasy średniej oraz był optymistą. Większość, jak wspomina Piotr Kuczyński, w owym czasie nie korzystała ani z analizy fundamentalnej, ani technicznej, tylko bazowała na intuicji i psychologii. Obecnie dominujący na giełdzie młodzi gracze są doskonale wyedukowani. Niektórzy robią karierę za granicą, jak Roman Śledziejowski, najmłodszy makler w historii Wall Street, który zdał egzamin maklerski w wieku 18 lat.

Jednak pokoleniu 25-, 35-latków musi się spieszyć, bo za ich plecami czają się nowi kandydaci na przyszłych Sołowowów, Karkosików czy Kulczyków.

- Mają po piętnaście, szesnaście lat, a ich wiedza jest już ogromna - mówi o uczestnikach konkursu "Z klasy do kasy" Dorota Marud z Fundacji Młodzieżowej Przedsiębiorczości. - Wielu z dorosłych może im pozazdrościć profesjonalizmu i na pewno część z nich trafi na giełdę.

Uczestnikom konkursu przyznano wirtualne 100 tys. złotych. Przez osiem tygodni mogli inwestować - w akcje, waluty, złoto czy lokaty bankowe. Zespół z Siedlec zarobił w tym czasie bagatela... 33 tys. zł.

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]