Małżeństwo sakramentalne to oficjalny komunikat młodych wobec rodziny, Kościoła i Boga: tak, ślubujemy dozgonną miłość, wierność i uczciwość – mówi ks. Przemysław Śliwiński, rzecznik prasowy Archidiecezji Warszawskiej. – Tymczasem zdarza się, że sam ślub opiera się na oszustwie.
Na „nieodwołalne przymierze zawierane publicznie przez kobietę i mężczyznę w obecności Boga”, jak określa Kościół małżeństwo, można też spojrzeć z drugiej strony ołtarza. Wtedy perspektywa jest zupełnie inna: ślub kościelny to coraz częściej teatr, oparty na milczącej zgodzie, że nie zagląda się za kulisy.
Ślub kościelny: sakrament czy zwyczaj?
W 2023 r. zawarto w Polsce blisko 146 tys. małżeństw – informuje Główny Urząd Statystyczny. W latach 70., przy mniejszej populacji, było ich dwa razy tyle. Z roku na rok na ślub decydujemy się coraz rzadziej. Wolimy żyć po swojemu, coraz częściej poza tradycyjnymi czy religijnymi schematami.
Formułę: „ślubuję ci miłość, wierność i uczciwość małżeńską” słychać w kościołach coraz rzadziej. Według GUS w 2023 r. zawarto zaledwie 68 tys. małżeństw wyznaniowych, w większości katolickich. Przed pandemią, w roku 2019, przed ołtarzem stanęło 125 tys. par.
Widać, jak rozwierają się nożyce, a populacja przesuwa w stronę przeciwległych biegunów. Na jednym znajdują się ci, dla których sakrament małżeństwa jest wciąż prawdziwym duchowym przeżyciem. Takimi osobami kieruje żywa, odczuwalna przez nie więź z Bogiem.
– Co prawda liczba zawieranych małżeństw spada, ale ci, którzy decydują się na ślub kościelny, robią to świadomie i z przekonania. Przychodzą, by się jak najwięcej dowiedzieć i wzmocnić swój związek. Chcą, by ich małżeństwo przetrwało i bardzo im zależy na dotrzymaniu przysięgi – mówi Dominika Warmuz, dyrektor Specjalistycznej Poradni Rodzinnej w Legnicy.
Na drugim krańcu są ci, którzy na ślub kościelny decydują się ze względów tradycyjnych („wszystkie kobiety w mojej rodzinie wychodziły za mąż w tej katedrze”), rodzinnych („bo inaczej babcia by nie przeżyła”), magicznych („szukamy pozytywnego rytuału, który nas scementuje”), a nawet estetycznych („żadna oprawa nie będzie tak podniosła jak ta w kościele”).
Czym są kursy przedmałżeńskie
Wszystkie pary, niezależnie od intencji, z jaką pukają do kancelarii parafialnych, powinny odbyć katechezy przedślubne, zwane potocznie kursami przedmałżeńskimi. Czuwają nad tym kurialne Wydziały Duszpasterstwa Rodzin. Od 1969 r. obowiązują „Instrukcje Episkopatu Polski o przygotowaniu do zawarcia małżeństwa w Kościele katolickim”, w 2019 r. uzupełnione dekretem Konferencji Episkopatu Polski. Przez lata podstawa programowa niewiele się zmieniła – zakłada koncentrowanie się m.in. na teologii małżeństwa, zagrożeniach i obronie rodziny oraz „naturalnych metodach rozpoznawania płodności w kontekście świętości życia i odpowiedzialności za przyszłe losy Ojczyzny i Kościoła”.
W tradycyjnej formule to nawet tuzin cotygodniowych, rozciągniętych w czasie spotkań, które mają sprzyjać refleksji nad istotą małżeństwa i pogłębić więzi między małżonkami. Ale nie wszyscy mają na to czas i ochotę, więc Kościół od lat proponuje bardziej dostępne formy. Popularne są intensywne kursy weekendowe czy warsztaty dla par. Zmiany wymusiła też pandemia: przybyło kursów online, a w wielu parafiach zajęcia można odrobić jak obowiązkowe szkolenie z BHP, oglądając webinaria i klikając na ekranie w moduł za modułem.
Mimo to młodzi wcale się do kursów nie garną. Wielu spośród tych, którzy decydują się na ślub kościelny, podaje w wątpliwość sens tego typu zajęć. Widzą rozziew pomiędzy nauczaniem Kościoła a praktyką życia. Podczas obowiązkowych spotkań w poradni rodzinnej, gdzie omawia się wyłącznie akceptowane przez Kościół metody planowania rodziny i rzadko używa słowa „seks”, zażenowania nie ukrywają nie tylko uczestnicy, ale i prowadzący. Szczególnie, że wiele kursantek przychodzi z zaokrąglonymi brzuchami.
Jak zdobyć zaświadczenie: podstawiony narzeczony
– Weszłam kiedyś na spotkania w dwóch różnych parafiach w mieście i posłuchałam. Raz było dość nudno, jednak merytorycznie okej. Innym razem byłam zażenowana tym, co słyszę. Zarówno formą przekazu, jak i brakiem wiedzy – wspomina Marieta Szymkowiak, która sama prowadziła takie zajęcia w jednej z poznańskich poradni. Kilka lat temu zrezygnowała. – Nie podobały mi się odgórne zalecenia, np. żeby w ciągu trzech spotkań nauczyć jednej z metod opartych na naturalnym cyklu kobiety. Nie da się. Nie chciałam udawać, że pary, które u mnie kończą kurs, znają taką metodę. Dlatego też zmieniłam w zaświadczeniu słowo „nauczyli się” na „zapoznali się”.
Narzeczonych interesowała praktyka. Pytali o problemy ginekologiczne, życie z teściami, powrót do intymności po porodzie. A często komunikowali wprost, że „przyszli po papierek” i nie udawali, że zależy im na nauce.
– W ciągu ok. 10 lat zdarzyło mi się kilkakrotnie być oszukiwaną. Na katechezy zamiast narzeczonych przychodzili wynajęci ludzie. Siedzieli, słuchali i mówili „obecny” przy nie swoim nazwisku – wspomina Szymkowiak. – Zdarzyło się, że narzeczony pracował za granicą i dziewczyna cały kurs zrobiła z bratem. Albo narzeczona pracowała do późna, a przyszły pan młody przychodził z mamą. Raz przyjechał ojciec narzeczonej i zaproponował 1000 zł za pieczątkę z podpisem. To była chyba najsmutniejsza próba oszustwa.
Zaświadczenie z parafii można kupić w internecie
Oszuści mają coraz lepsze narzędzia, bo rewolucja cyfrowa nie omija Kościoła. „Gdzie zrobię eksternistyczne nauki przedmałżeńskie, za godziwą opłatą” – to częste pytanie w internecie. Odpowiedzi są równie otwarte i przychodzą błyskawicznie. Zresztą, nie trzeba specjalnie pytać: platformy sprzedażowe i portale społecznościowe pełne są tego typu ofert. Ludzie, którzy je proponują, tłumaczą się, że chcą ułatwić innym życie. Wiedzą, że otrzymanie przepustki do sakramentu często jest dla wielu niemożliwe, a prawie zawsze wymaga wysiłku.
Wolą pozostać anonimowi. „Klara”, z którą rozmawiam, przekonuje, że jej działanie wynika z chęci pomocy.
– Młodzi pracują dziś od rana do wieczora. Nie mają jak i kiedy odbyć kursów. Dlatego jesteśmy my. Nie jesteśmy firmą, lecz ludźmi, którzy sami byli kiedyś w takiej sytuacji. Współpracujemy z parafiami i księżmi, którzy potrafią się dogadać. Dzięki temu klienci mogą dalej planować swoje śluby bez zamartwiania się o formalności.
Oferta jest szeroka. W taki sposób można uzyskać nie tylko zaświadczenie o odbyciu nauk przedmałżeńskich czy wizycie w poradni rodzinnej, ale także zgodę na ślub poza parafią swego zamieszkania, dokumenty potrzebne od chrztu czy katolickiego pogrzebu.
Stawki różnią się w zależności od parafii. W regionach najbardziej religijnych są wyższe i zaczynają się od 450 zł. W Warszawie, gdzie popyt jest mniejszy, bo proporcjonalnie mniej osób myśli o ślubie w kościele, kwoty są znacznie niższe.
Zadowolonych klientów nie brak. W ich głosach słychać ulgę, że udało się sprawy załatwić szybko, dyskretnie i bez upokorzeń. „Pełen profesjonalizm, polecam z całego serca”, „Polecam! Szybki kontakt i wszystko zgodnie z ustaleniami” – komentują. O szczegółach transakcji nie chcą jednak opowiadać, nawet jeśli na forach występują pod prawdziwym nazwiskiem. Jeden z pośredników potwierdza, że pomaga rocznie ok. 700 parom. Za same tylko zaświadczenia o ukończeniu nauk, bez żadnych dodatkowych kwitów, może mieć rocznie nawet ponad 300 tys. zł.
W fałszowaniu dokumentów pomagają księża
Rzecznik Archidiecezji Warszawskiej przyznaje, że księża mają świadomość zjawiska i wiedzą o stronach internetowych, które oferują fikcyjne zaświadczenia, czasem nawet z ich własnymi podpisami. Czy takie dokumenty są fałszowane przez osoby spoza Kościoła czy raczej wystawiane przez księży poza oficjalnym obiegiem?
– Fałszerze są coraz lepsi, podrabiają pieczęcie, podpisy, hologramy. Ale czy są w to zaangażowani księża? Wątpię. Oni sami zgłaszają nam ten problem – mówi ks. Śliwiński. – Przecież o wiele łatwiej złapać i ukarać księdza niż fałszerza, który działa na zewnątrz Kościoła.
„Klara”, która pośredniczy w przekazywaniu dokumentów, twierdzi jednak, że zaświadczenia wydają duchowni: – Nie ma mowy o podrabianiu dokumentu czy oszustwie. Po prostu są jeszcze księża, którzy potrafią zrozumieć człowieka.
Inny pośrednik, „Jonasz”, też zapewnia, że korzysta ze wsparcia „zaprzyjaźnionych księży”, a wszystkie wystawiane przez niego zaświadczenia są od razu wpisywane przez duchownych do parafialnej bazy danych. Dzięki temu w przypadku wątpliwości możliwa jest szybka, pozytywna weryfikacja w kościelnych archiwach. Podpisany dokument, drukowany na papierze z hologramem archidiecezji, jest wysyłany klientowi w ciągu 48 godzin do domu, do pracy albo do paczkomatu.
Czy kancelarie parafialne nie mają podejrzeń i nie sprawdzają otrzymanych dokumentów?
– Ależ sprawdzają – mówi „Klara”. – Dzwonią i weryfikują autentyczność dokumentów. Ale przecież po drugiej stronie telefonu jest ksiądz, który bierze za to pieniążki, więc wszystko potwierdzi.
Ks. Śliwiński przyznaje, że Kościół nie ma dobrych narzędzi do weryfikacji.
– Kiedy księdzu zapala się lampka, może zadzwonić do parafii, która wystawiła dokument, i prosić o potwierdzenie, czy rzeczywiście został on wydany. To jedyny sposób.

Fałszywe zaświadczenia jak druki kolekcjonerskie
Jesienią 2021 r. gdańscy dominikanie ujawnili proceder sprzedawania przez internet fałszywych zaświadczeń, na których widniały podrobione pieczęcie ich klasztoru, parafii oraz proboszcza, a także sfałszowane podpisy duszpasterzy. „Tego typu działanie jest przestępstwem i każda parafia, gdzie posługiwano się fałszywymi dokumentami, jest zobowiązana do zawiadomienia policji o podejrzeniu popełnienia przestępstwa” – napisali w oświadczeniu.
Dziś Michał Osek OP, przeor klasztoru i proboszcz parafii św. Mikołaja w Gdańsku, nie ukrywa, że niewiele to dało.
– Postępowanie trwało, dopóki było zainteresowanie medialne. Potem zostało umorzone, zarówno w kwestii podrobienia podpisów, pieczątki, jak i sprzedaży dokumentów. Ale po zgłoszeniu przez nas sprawy Archidiecezja Gdańska wprowadziła jednolite zaświadczenia, z naklejką hologramową.
Tyle że fałszerze potrafią wytworzyć doskonałe repliki takich hologramów, więc handel kwitnie.
Fałszowanie dokumentów lub posługiwanie się nimi jest przestępstwem zagrożonym karą pozbawienia wolności od 3 miesięcy do 5 lat (art. 270 kodeksu karnego). Tyle że ten zapis nie działa na korzyść Kościoła, bo państwo z zasady nie uznaje akt kościelnych za dokumenty. W mocy jest zasada rozdziału Kościoła od państwa.
– W praktyce organy ścigania często uznają, że dokumenty kościelne nie spełniają definicji dokumentu w rozumieniu prawa karnego, ponieważ służą głównie do celów religijnych i nie mają bezpośredniego wpływu na prawa czy obowiązki w sferze prawa świeckiego. W rezultacie, fałszowanie takich dokumentów może nie być ścigane na gruncie prawa karnego, a sprawcy mogą pozostawać bezkarni – tłumaczy dr Michał Poczmański, adwokat kościelny z Kancelarii Kanonicznej.
– I to jest przyczyna, dla której służby nie ścigają fałszerzy. Policja z pobłażaniem traktuje takie zgłoszenia, ignoruje je albo umarza. A Kościół nie ma przecież służb ani środków, by tropić fałszerzy – potwierdza ks. Przemysław Śliwiński.
„Adam”, który handluje zaświadczeniami, uprzedza swoich klientów, że wystawiony papier jest tylko dokumentem kolekcjonerskim, a posługiwanie się nim jest zabronione w rozumieniu przepisów prawa karnego. Ponadto zdecydowanie zaleca, „aby dokumenty były wykorzystywane zgodnie z prawem i etyką”.
Fałszywe zaświadczenie nie unieważnia sakramentu
Kodeks prawa kanonicznego (kan. 1391) stanowi, że ukarany może być ten, „kto sporządza fałszywy dokument kościelny (...) albo posługuje się fałszywym lub zmienionym”, a także „kto w publicznym dokumencie kościelnym potwierdza fałsz”. I grozi „sprawiedliwą karą”, którą może być suspensa (dla duchownych) lub ekskomunika (dla wiernych). W praktyce jest to martwy przepis.
Jeśli przy okazji sporządzania protokołu ślubnego dojdzie do ujawnienia fałszerstwa, konsekwencje są zwykle mało bolesne: narzeczeni (albo inni kandydaci do sakramentów) wędrują na początek planszy i rozpoczynają na nowo przygotowania w normalnym trybie.
Posługiwanie się sfałszowanym zaświadczeniem nie pociąga za sobą nieważności sakramentu.
– Po fakcie nie można nic zrobić. Pozostaje poczucie niesmaku – mówi ks. Śliwiński. – Małżeństwo zawarte po przedłożeniu sfałszowanych zaświadczeń o bierzmowaniu, spowiedzi czy odbyciu kursu, nadal jest ważne. Ważne, choć zawarte w pewnym stopniu niegodziwości.
Od tej zasady są jednak wyjątki.
– Posługiwanie się fałszywymi dokumentami kościelnymi przy zawieraniu małżeństwa może prowadzić do nieważności sakramentu, gdy na przykład służy ukryciu wcześniejszego małżeństwa – wyjaśnia dr Michał Poczmański.
Podobnie może być, jeśli podrabiany dokument zaświadczał fałszywie o chrzcie:
– Jeśli osoba podająca się za ochrzczoną ochrzczoną nie jest, oznacza to wprost nieważność sakramentu małżeństwa – mówi ks. Śliwiński.
Kursy przedmałżeńskie mają pomóc ludziom się poznać
Niektóre diecezje chcą usztywnić zasady i wracają do obowiązku kursów stacjonarnych. To oczywiście nie pomaga frekwencji. Rzecznik Archidiecezji Warszawskiej przyznaje, że w reakcji na kryzys jeszcze papież Benedykt XVI chciał wydłużenia obowiązkowego okresu nauk dla narzeczonych, ale ludzie coraz mniej tego potrzebują. Skoro z różnych powodów nie chcą sakramentów, to i sam kurs staje się niepotrzebną fasadą.
– Żeby zostać księdzem, przez sześć lat codziennie przygotowywałem się do pełnienia swojej roli – mówi ks. Przemysław Śliwiński. – Jestem wdzięczny za ten długi okres formacyjny. A przecież i tak jako księża nie zawsze jesteśmy gotowi i nie zawsze dajemy sobie radę. Tymczasem osoby, które mają przyjąć drugi z sakramentów „w służbie Komunii”, które mają wkrótce wziąć odpowiedzialność nie tylko za współmałżonka, ale i za dzieci, jakie w tym małżeństwie się pojawią, mają do zaliczenia tylko krótki kurs. Czasem tylko online.
Dominika Warmuz, która kieruje poradnią rodzinną w Legnicy, pracuje też w sądzie kościelnym. Widzi, z jakimi problemami przychodzą ci, którzy starają się o stwierdzenie nieważności małżeństwa.
– Każdy ma swoje wyobrażenia na temat związku i zakłada, że druga strona będzie je podzielać. To prowadzi do rozczarowań, nawet do dramatów. Dlatego tak ważne jest, by porozumieć się przed ślubem, nie po. Wszystko trzeba wcześniej między sobą omówić. Kursy przedmałżeńskie właśnie temu służą. One nie są dla mnie czy dla proboszcza, tylko dla pary, żeby lepiej się rozumiała. Bywa, że ludzie się po nich rozstają.
Katechezy przedmałżeńskie są tradycyjnym narzędziem przygotowania do sakramentu małżeństwa, ale nikt nie sprawdza, czy ono działa. Nie mierzy się ich efektywności i skuteczności, nie ma kryteriów oceny. Nie wiemy, czy dzięki nim małżeństwa są bardziej zgodne, szczęśliwe i trwałe. Nie ma ewaluacji sprawdzającej, komu przynoszą korzyści.
Kościół prowadzi je w nadziei, że są wszystkim potrzebne. Narzeczeni coraz częściej udają, że tak właśnie jest, a Kościół – że im wierzy.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.


















