Reklama

Poczwórne „wszystko"

Poczwórne „wszystko"

03.01.2007
Czyta się kilka minut
Pytanie z nadtytułu wydaje się proste i ważne - nie tylko w trzytysięcznym numerze "Tygodnika Powszechnego. Odpowiedź też winna być prosta - w każdym razie na tyle, by się dała przełożyć na konkretne ludzkie postawy. Dlaczego jednak pytanie to zadaje się mediewiście?!.
B

Być może dlatego, że średniowiecze było jeszcze epoką, w której ważono słowa i używano ich z ostrożnością i odpowiedzialnością, wydobywając z nich odcienie i specyfikacje, na które dziś brak nam czasu i wrażliwości. "Katolicki"? Co to znaczy? Odpowiedź nasuwa się dziś niemal automatycznie: "powszechny" - czyż nie taki właśnie desygnat podpowiada nam powtarzany przez nas każdej niedzieli polski przekład "Credo", w którym fragment: "Et unam, sanctam, catholicam et apostolicam Ecclesiam" oddano zdaniem: "[wierzę w] jeden, święty, powszechny i apostolski Kościół".

Ostrożnie

W wiekach średnich - w nawiązaniu zresztą do tradycji starożytnej - taki przekład (a więc i rozumienie słowa: "katolicki") budziłby raczej zdziwienie. Weźmy np. słownictwo używane dla opisania soborów - określanych przez nas po prostu jako "powszechne". Średniowieczni nigdy nie ośmieliliby się ich nazwać "katolickimi". Ojcowie zebrani w Pizie (1409), w Konstancji (1414-18) czy w Bazylei (od 1431) określali swoje zgromadzenia jako "generale concilium", i to także w sytuacjach, które domagały się od nich możliwie najmocniejszego podkreślenia rangi soboru - np. w momencie, w którym papież odmówił trwającemu soborowi swojego uznania. Ojcowie w Konstancji, postawieni wobec pytania, czy w ogóle mogą dalej obradować (po ucieczce pizańskiego papieża Jana XXIII), odpowiedzieli ostatecznie, że tak, gdyż - jako zgromadzenie w Duchu Świętym - czerpią swój mandat wprost od Jezusa Chrystusa. A jednak nawet przy okazji takiej deklaracji

("Haec Sancta"), nazwanej przez niektórych historyków "najbardziej rewolucyjnym dokumentem w historii Kościoła", nie określili soboru mianem "katolicki"; opisali go o wiele ostrożniej: "generale concilium, ecclesiam catholicam reprae­sentans". Słowo "katolicki" odnieśli więc jedynie do Kościoła, siebie uznając jedynie za jego ważne przedstawicielstwo - "reprezentację" rzeczywistości, która ich przecież przerasta. Podobnie ostrożny w słowach pozostawał sobór bazylejski, rozpoczynający każdy z dokumentów zwrotem: "Generalis synodus universalem ecclesiam repraesentans".

Skąd brała się taka ostrożność? Otóż zapewne z (narastającej pod koniec średniowiecza) świadomości istniejących w Kościele podziałów. Ojcowie konstancjańscy i bazylejscy - chyba ostrzej niż my - postrzegali rozbicie chrześcijaństwa. Bolała ich świeża schizma "husycka", gorączkowo szukali także sposobów na rozwiązanie trwającej od 1054 r. schizmy wschodniej. Rozumieli więc dobrze, że poza ich zgromadzeniem nie istnieje "eklezjalna próżnia", i że rzeczywistość, którą wyznają w "Credo" jako "katolicki Kościół" - nie tylko jest przez nich reprezentowana, ale jest im także zadana jako cel. W każdym razie nie ośmieliliby się nigdy postawić znaku równości między swoimi zgromadzeniami a siedmioma pierwszymi soborami w dziejach niepodzielonego jeszcze Kościoła. W tym duchu papież Eugeniusz IV o soborze w Ferrarze, któremu przewodził, mówił: "generale concilium"; wspominając natomiast sobór efeski (431 r.) określał go jako "universalis synodus". Zapowiadając zaś wspólne zgromadzenie przedstawicieli łacinników i greków we Florencji, opisywał je jeszcze innym zwrotem: "sobór ekumeniczny" (ycumenicum concilium). I w tym przypadku ostrożność papieża daje szczególnie wiele do myślenia - dlaczego nie użył słowa "katolicki", skoro się mieli wreszcie spotkać ze sobą wszyscy podzieleni chrześcijanie?

A przecież papież miał rację! "Katolickość" ("całość") - jak mówi współczesny podręcznik dogmatyki - jest czymś istotowo "większym" niż tylko suma części; jest rzeczywistością odwołującą się nie tylko do "jedności" ("bycia razem"), ale także do "prawdy", "autentyczności" i "doskonałości" (Johann Auer, Joseph Ratzinger, "Die Kirche: Das allgemeine Heilssakrament").

Przez włączenie

I cóż począć z takimi owocami pobieżnej kwerendy? Z nagromadzeniem słów: "ekumeniczny" (łacińskie "universalis" lub "ycumenicus"), "katolicki" (zarówno po grecku, jak i po łacinie), wreszcie "generalny" - które dzisiejsi wydawcy dokumentów soborowych oddają niemal zawsze jednym i tym samym słowem: "powszechny"? Czy "ekumeniczny", "uniwersalny", "ogólny" i "katolicki" znaczą tyle samo? Czy w takiej samej mierze oddaje je słowo "powszechny"?

Być może nasza znikoma wrażliwość na te rozróżnienia wynika stąd, że - jak zauważa Hans Urs von Balthasar ("Catholica. Wierzę w Kościół powszechny") - słowo "powszechny" nie budzi w nas żadnego pozytywnego rezonansu: "Dla nas skuteczne jest to, co cząstkowe, »partyjne«. Alternatywę stanowi tu tolerancyjno-nieskuteczny kosmopolityzm. Pozytywna jakość kojarzy się nam z częścią, powszechność - z brakiem wyraźnych konturów, zamazaniem". "Powszechność" może być łatwo oskarżona o powierzchowny irenizm albo rodzaj religijnego synkretyzmu.

Skądinąd jest oczywiste, że "katolickie" nie zawsze musi oznaczać "powszechne". W czasie kryzysu ariańskiego w IV wieku "katolickie" poglądy św. Atanazego nie były zgoła "powszechnie" podzielane przez jego współbraci biskupów. W XVI-wiecznej Anglii Henryka VIII "katolicką" postawę wykazali Tomasz More, bp Jan Fisher i kilku kartuzów; "powszechnym" - także w gronie episkopatu i uniwersyteckich teologów - okazał się wybór kościelnej schizmy... Najwyraźniej "katolicki" nie musi się wcale przekładać na kategorie kwantytatywne (najlepiej "wszyscy" i "wszędzie" - w tym przypadku słusznie byłoby mówić: "uniwersalny"); "katolicki" odwołuje się wcześniej do określonej jakości, pyta o tożsamość, o jakąś zasadniczą postawę. Ta zaś nie jest wynikiem jakiejś "ogólnej" umowy, jakiegoś osiągniętego przez nas z mozołem konsensu. Balthasar pisze: "Catholica istnieje tylko dzięki temu, że wierzy w misterium, którego jest znakiem, i wiarę tę usiłuje wyrazić przez świadectwo, dawane w słowie i życiu. Miary swojej, kształtującej ją powszechności nie ma z siebie czy w sobie samej; jest ona nad nią: w misterium Chrystusa".

A więc co do "katolickości" nie można się jedynie umówić - nie wystarczy jej opisać (nawet w terminach teologicznych czy kanonistycznych); nie jest też ona tylko pewną godną zalecenia postawą etyczną (zasadniczej "otwartości" na wszystkich i wobec każdego); można w niej raczej uczestniczyć - "katolickość" bierze się w człowieku (także w Kościele!) przez włączenie w postawę Chrystusa.

Przez zawierzenie

W tym punkcie refleksja Balthasara wyzwala nas ostatecznie z napuszonej naukowością żonglerki słownej, a staje się jak równie prosta, jak pożywny pokarm lub łyk źródlanej wody: jedynym kluczem do zrozumienia "katolickości" (i do "bycia katolickim") jest odkrycie (i odnalezienie się w) "powszechności" Jezusa.

"Powszechność" (katolickość) Jezusa przemawia do nas z Ewangelii z wielką mocą. Pokazuje się ona najpierw jako powszechność dostępu do Niego. W gronie Jego uczniów jest miejsce dla wysługującego się Rzymianom celnika (poborcę podatków) Mateusza oraz dla przygotowującego przeciw nim zbrojny opór powstańca-terrorysty Szymona; wśród towarzyszących Mu kobiet jest przestrzegająca wiernie prawa religijnego Salome, matka Jakuba i Jana, oraz łamiąca do tej pory wszystkie zasady moralne Maria Magdalena; z równą otwartością Jezus przyjmuje zaproszenie do stołu od swego przyjaciela Łazarza i od swoich zagorzałych przeciwników ze stronnictwa faryzeuszy; za wzór ortodoksyjnym Żydom potrafi postawić Samarytanina, a nawet rzymskiego oficera (z pewnością poganina!); nie boi się dotknąć trędowatego i nie boi się być dotkniętym przez jawnogrzesznicę; choć wzywa do czujności "w każdym czasie", potrafi otworzyć niebo człowiekowi nawracającemu się w ostatnich minutach życia (Dobry Łotr); Jego niebo jest perspektywą stale otwartą tak dla męczennika (Szczepan), jak i dla jego zabójcy (Szaweł).

"Powszechność" dostępu, otwartość pozostaje postawą Jezusa także wtedy, gdy nie przekłada się wcale na powszechność recepcji Jego nauczania i łaski. Jest stała, a może nawet narasta ("gdzie rozpanoszył się grzech, jeszcze bardziej rozlała się łaska"), a swój zenit osiąga w momencie szczytowego odrzucenia - na krzyżu: "a Ja, gdy zostanę nad ziemię wywyższony, przyciągnę wszystkich do siebie". Właśnie wtedy staje się ona dla nas ostatecznym argumentem, by się nawrócić i jednak przylgnąć do Jego darów - ofiarowanych nam tak bezinteresownie.

Taka katolickość Jezusa ma znaleźć przedłużenie w katolickości Kościoła (i tak, jak w przypadku Jezusa, sprawdza się ona ostatecznie w sytuacji krzyża, a więc zakwestionowania i odrzucenia; gotowość na to jest wręcz jej warunkiem sine qua non). Zadana mu jest ona - to znowu refleksja Balthasara - w "poczwórnym »wszystko« z zakończenia Mateuszowej Ewangelii": "Dana Mi jest wszelka władza na niebie i na ziemi. Idźcie więc i nauczajcie wszystkie narody, udzielając im chrztu w imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego. Uczcie je zachowywać wszystko, co Wam przykazałem. A oto Ja jestem z Wami przez wszystkie dni, aż do skończenia świata". Jest też mu ona dana (!), realizuje się już tu i teraz, nie jest tylko zarysowaną przed nim idealną perspektywą eschatologiczną. Jest faktem! Jest prawdą o naszym Kościele. Jest to jednak "prawda wiary" - a więc taka, która nie tylko poznawalna jest "za pomocą wiary", ale taka, która ostatecznie domaga się zawierzenia. Trzeba zawierzyć "katolickiej" postawie Jezusa; trzeba zawierzyć charyzmatowi "katolickości" wpisanemu przez Pana w konstytucję Kościoła.

***

Co to wszystko może znaczyć dla "katolickiego" pisma? Co to znaczy dla "Tygodnika Powszechnego", którego ambicją jest być "pismem katolickim"?

Najpierw oznacza to zapewne wezwanie do pokory - w duchu średniowiecznych Ojców soborowych - w przekonaniu, że nawet najlepsza "reprezentacja" nie wyczerpuje "całości".

Dalej oznaczać musi tęsknotę - rodzącą się z ostrej świadomości wielorakich podziałów (dziś przecież znacznie zwielokrotnionych w stosunku do XV wieku) - tęsknotę za jednością, poszukiwaną głębiej niż na poziomie jedynie wymiany "poglądów" i "racji" - także w obrębie tego samego, Rzymsko-katolickiego Kościoła w naszej Ojczyźnie.

Ostatecznie oznacza to jednak wyzwanie nie tyle "dziennikarskie", co najgłębiej religijne - jeśli tylko katolickość ma być przeżywana jako "włączenie" się w zasadniczą postawę Jezusa, i uczestnictwo w życiu Kościoła - konkretnego, tu i teraz, zebranego wokół następcy Piotra i kolegium biskupów.

Wszystko to jednak może się dokonać (i dokonuje) bardziej w osobie i w duszy konkretnego dziennikarza (Orygenes mawiał: "anima ecclesiastica") niż na poziomie zasad i wytycznych równie abstrakcyjnych, co P.T. Redakcji. Stąd zapewne w wielu niekonfesyjnych pismach zgoła nietrudno znaleźć wspaniałe, najgłębiej katolickie teksty.

Ks. GRZEGORZ RYŚ jest historykiem Kościoła, profesorem PAT i dyrektorem Archiwum Krakowskiej Kapituły Katedralnej, członkiem zespołu redakcyjnego "TP".

Napisz do nas

Chcesz podzielić się przemyśleniami, do których zainspirował Cię artykuł, zainteresować nas ważną sprawą lub opowiedzieć swoją historię? Napisz do redakcji na adres redakcja@tygodnikpowszechny.pl . Wiele listów publikujemy na łamach papierowego wydania oraz w serwisie internetowym, a dzięki niejednemu sygnałowi od Czytelników powstały ważne tematy dziennikarskie.

Obserwuj nasze profile społecznościowe i angażuj się w dyskusje: na Facebooku, Twitterze, Instagramie, YouTube. Zapraszamy!

Newsletter

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]