Reklama

Pielgrzymka pojednania

Pielgrzymka pojednania

08.06.2015
Czyta się kilka minut
Kilkaset osób – Czechów, Niemców, Austriaków – ruszyło tego dnia z Pohořelic do Brna.
M

Maszerując na piechotę przez niemal 30 kilometrów, chcieli upamiętnić wygnanie Niemców z tego miasta w 1945 r., a także przywrócić Brnu jego wielokulturową tożsamość.
70 lat temu, 30 i 31 maja 1945 r., odtworzone po zakończeniu niemieckiej okupacji władze czechosłowackie nakazały ponad 20 tysiącom niemieckich mieszkańców Brna natychmiast opuścić miasto. Kryterium była znajomość języka niemieckiego. Szli razem starcy, kobiety i dzieci; mężczyzn w sile wieku podobno było niewielu. W drodze do Austrii wielu z nich zginęło. Ilu? Szacunki są różne: od 1700 do 10 tys. Jednak nie tylko liczba zmarłych powinna być miarą oceny takich wydarzeń. Ten marsz nie był jedyny w zniszczonej II wojną światowej Europie. Najpierw były potworne marsze śmierci z obozów koncentracyjnych, potem także marsze wypędzanych Niemców. To trudne rachunki krzywd, choć po 70 latach łatwiej spróbować spojrzeć na to z innej perspektywy: jako na śmierć ludzi, niepotrzebną, nieuzasadnioną, straszną.
Po upadku komunizmu w Czechach sprawa wygnania Niemców sudeckich (jak zbiorowo określano tę społeczność), usankcjonowana wtedy przez tzw. dekrety Beneša, prezydenta powojennej Czechosłowacji, zawsze była kwestią drażliwą i w znacznej mierze polityczną. Nie ułatwiali sprawy sami Niemcy sudeccy, do niedawna podnoszący sprawę zwrotu utraconego wtedy mienia.
Tegoroczny marsz w Brnie, zresztą już dziewiąty, nie był wydarzeniem o wadze ogólnokrajowej. To lokalna inicjatywa, dziś wspierana przez nowe władze miasta (w tym roku także rada miejska przyjęła specjalną deklarację, wyrażając żal z powodu „marszu śmierci”). Ale właśnie z perspektywy ostatnich lat widać, jak wiele się zmieniło – i jak temat, którego długo w Czechach nie było, zaczyna trafiać do gazet, powstają książki, filmy; jak ważni zaczynają być nie naród i historia, lecz ludzie – kiedyś sąsiedzi. Przed ośmiu laty w pierwszym marszu – nazywanym teraz „pielgrzymką pojednania” – szły jedynie trzy osoby. Dziś trzysta: świadkowie dramatycznych wydarzeń sprzed lat, ci, którzy marsz w 1945 r. przetrwali, i ludzie młodzi, a także politycy. Tylko trzystu i aż trzystu. Coś się zmienia. ©℗

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Autor artykułu

Dziennikarka działu Świat, specjalizuje się też w tekstach o historii XX wieku. Pracowała przy wielu projektach historii mówionej (m.in. w Muzeum Powstania Warszawskiego)  i filmach...

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

za relacje, to ważne wydarzenie. Zmieniają się czasy, a dokładnie wyrasta nowe pokolenie. Dla mnie to ogromnie budujące. Nie zawsze rozumiem, czy potrafię odczytać czas nam dany, albo jak to mówią 'znaki czasu' . Niewątpliwie cała w tym nadzieja, że przychodzą Inni i mają inny ogląd zdarzeń wolny od złej, schorowanej pamięci. Nie sposób jednać ludzi, którzy skupiają się wyłącznie na własnej krzywdzie i cudzej winie
Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]