Pecunia coś olet

Jedną z poważniejszych pozycji w budżetach partii politycznych są wydatki na PR. Wygląda jednak na to, że żadna z tak licznie zatrudnianych agencji nie pospieszyła z kluczowymi radami: „musicie szczególnie uważać na własne wydatki.
Czyta się kilka minut

Nie wystarczy, by rachunki się zgadzały. Wydatki powinno dać się obronić, skoro są opłacane z pieniędzy podatników. Szczególnie w czasach kryzysu to sprawa bardzo drażliwa”.

Być może partie nie doceniłyby takiego doradztwa – po co płacić za coś, czego nie chce się usłyszeć? – ale dziś przekonują się na własnej skórze, jak demoralizujące mogą być pieniądze władzy. Jak wiele zysków mogą dostarczyć konkurentom.

Polska nie jest pierwszym krajem na świecie, gdzie dochodzi do takich debat. Pokusa jest powszechna i silna. Nie jest to jednak w żadnym przypadku argument za relatywizowaniem i lekceważeniem problemu. W sprawie wynajmowania boiska na wspólne granie nie można śpiewać „Polacy, nic się nie stało”, nie jest to jednak wystarczający powód, by wpadać w histerię. W szczególności, by likwidować finansowanie partii z budżetu.

Argumenty przeciw takiej decyzji są nieodmiennie dwa. Po pierwsze, bez pieniędzy polityki uprawiać się nie da. Zastąpienie dotacji „od głowy wyborcy” (bo tak należy rozumieć obecny system) dobrowolną dotacją oznacza zwiększenie znaczenia osób bogatszych i bardziej zaangażowanych. Oznacza to w najlepszym przypadku przechył polityki w stronę elit i radykałów, w najbardziej prawdopodobnym – zwiększenie korupcji. Politykom najłatwiej zdobyć pieniądze u tych przedsiębiorców, którzy na decyzjach władzy zarabiają: wykonawców robót publicznych, dostawców towarów i usług czy też branż narażonych na szczególnie ścisłe regulacje. Niestety: choć ludzi dobrej woli jest więcej, to trudniej do nich dotrzeć i ciężej ich przekonać do zaangażowania. Geszefty kalkulują się prościej. Interesowni „darczyńcy” nie zrobią tego kosztem swoich zysków, lecz wliczą to w cenę swojej oferty. W sumie wychodzi na to samo, co płacenie partiom wprost z budżetu.

Przeciw postulatowi „niech sami płacą za siebie” przemawia druga strona powyższej kalkulacji. Wrogami politycznego „pogłównego” są partie władzy (im łatwiej o sponsorów) oraz te mające większe poparcie wśród zamożnych. Można wierzyć w ich szlachetne intencje i szczerą chęć odpowiedzi na społeczne wyobrażenia. Jeśli jednak za tym stoi także chęć uzyskania przewagi nad konkurencją, to jest to przypadek, o którym mawiał Kotarbiński – „cel uświńca środki”.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Najniższa cena przed promocją 29,90 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

Ilustracja na okładce: Przemysław Gawlas & Michał Kęskiewicz dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru TP 26/2013