Nawrócił się gwałtownie w wieku dwudziestu lat. Wcześniej z hukiem nawróciła się jego mama. Dostało się jej za to, że hej. – Wracam kiedyś do domu i widzę, że talerze i szyby są potłuczone. Zapytałem, co się stało, a mama mówi: „Babcia była z wizytą”. Oskarżyła swoją córkę o zdradę. Społeczność romska tak mamę nękała, że ona w pewnym momencie przestała dawać radę i myślała nawet o samobójstwie – opowiada 51-letni pastor Nikołaj Burłuckij.
Urodził się w Rosji, ale po kilkunastu latach rodzina przeniosła się na wschód Ukrainy w okolice Charkowa, gdzie mieszka duża społeczność romska. W większości wyznająca prawosławie, tak jak 61 proc. z blisko 41 mln mieszkańców Ukrainy, choć trzeba zaznaczyć, że wszystkie dane pochodzą sprzed wojny. – Każdy Rom wierzy w Boga, ale czy to wystarczy? Romskie prawosławie jest pomieszane z pogaństwem – mówi Nikołaj. – Dużo w nim tradycji, wróżb, czyli innymi słowy okultyzmu. My z mamą odnaleźliśmy Boga w Kościele baptystów, więc w oczach innych Romów zostaliśmy zdrajcami, którzy wyrzekli się wiary swoich przodków.

Około miliona obywateli Ukrainy, czyli 2,4 proc. mieszkańców, wyznaje protestantyzm. W niektórych częściach kraju działa po kilka różnych wspólnot, z których największymi są baptyści, zielonoświątkowcy i adwentyści. Historia protestantyzmu na tych ziemiach sięga nawet XVII wieku – kiedy z terenów Wołynia i Podlasia nowa religia zaczęła się rozprzestrzeniać na Podole, Zakarpacie czy okolice Kijowa. Ożywienie tych wspólnot nastąpiło w latach 90. ubiegłego wieku po rozpadzie Związku Radzieckiego. Wtedy zagraniczni misjonarze mogli z większą swobodą działać na tych terenach.
Wchodzę tam
Niemający swojego państwa Romowie zazwyczaj przyjmują religię dominującej większości, więc w Ukrainie można spotkać zarówno Romów prawosławnych (głównie na wschodzie kraju), grekokatolików i katolików (na zachodzie), jak i protestantów (duże skupiska są na Zakarpaciu, wschodzie, jak również w zachodniej części kraju).
– Niedaleko naszego domu znajdował się dom modlitwy baptystów i ja jako nastolatek bardzo się tego miejsca bałem. Mówiło się, że to sekta, więc myślałem, że dzieją się tam straszne rzeczy – opowiada Nikołaj Burłuckij. – Mama z moją ciocią i babcią zawsze mijały ten dom, gdy szły do cerkwi. Któregoś razu, przechodząc tamtędy, mama usłyszała głos: „Szukasz prawdy, która jest tutaj”. I tak trzy razy, każdej kolejnej niedzieli. W końcu powiedziała swojej siostrze i mamie: „Wy róbcie, co chcecie, a ja wchodzę tam”. Pastor akurat głosił kazanie. „Mówił o całym moim życiu. O wszystkim, co czułam i przez co przeszłam. O bólu w sercu, o zmartwieniach i o tym, że Chrystus chce dać mi nowe życie”, tak opowiadała potem mama – kontynuuje opowieść Nikołaj.
Dołączyła do baptystów, a Nikołaj odnalazł Boga (bo takich słów używa, by opowiedzieć o nawróceniu) niedługo potem. Odkrył w sobie ducha ewangelizatora. Szedł do sąsiadów Rosjan i Ukraińców, by tłumaczyć im Pismo Święte. Wybierał się nawet na misje do Afryki. Bał się jednego – iść do Romów. Do swoich.
Znaki
Po nawróceniu znaki widział wszędzie. Skanował swoje życie, wyszukując z przeszłości wydarzenia, które były wskazówkami z nieba. – W Związku Radzieckim Biblia była książką zakazaną, ale z jakiegoś powodu moja mama bardzo chciała ją mieć. Zobaczyła ją kiedyś w kiosku w Odessie i kupiła, choć kosztowała majątek. Tak pojawiło się u nas w domu Pismo Święte. Mama je czytała, czytałem też ja – mówi Nikołaj.
To był znak pierwszy, najważniejszy. Kiedy dołączył do Kościoła baptystów, unikał Romów. Bał się wyszydzenia i nękania takiego, jakiego doznała jego matka. Miał wtedy zwyczaj biegania rano: dobiegał do dużego drzewa, modlił się przy nim, a następnie wracał do domu. Właśnie tam miał wizję, która zmieniła jego nastawienie. – Zobaczyłem wielką drogę, którą szedł cały świat: ludzie z wszystkich krajów, narodów i kultur. Na jej poboczu było natomiast bardzo brudno. I to w tym miejscu w błocie tkwili Romowie. Wszyscy ich mijali, nie zwracając na nich uwagi. Bóg powiedział mi tak: „Ci ludzie nie są potrzebni Kościołom, nie są potrzebni państwom, ale ja ich chcę i kocham, ponieważ za nich umarłem” – opowiada Nikołaj. A trzeba wiedzieć, że ma dar opowiadania.
Dwa tygodnie później 20-letni Nikołaj wsiadł ze swoją mamą do samochodu i pojechał do romskiej osady w mieście Merefa, żeby ewangelizować Romów. Mówi, że nawróciło się wtedy wielu ludzi i że w ogóle w ciągu roku cała rodzina przeszła do Kościoła baptystów, a w ciągu kilku następnych lat również bliżsi i dalsi kuzyni Nikołaja. Po jakimś czasie w Merefie powstał istniejący do dzisiejszego dnia kościół, w którym 25-letni Nikołaj został pastorem. Wspólnota zgromadzona w tym taborze – bo tak nazywa się romskie osady w Ukrainie – kupiła duży namiot i jeździła z tym namiotem po całym obwodzie charkowskim. Rozstawiano go w miejscach zamieszkania Romów i głoszono tam Słowo Boże. Tak naprawdę od tamtego czasu życie zawodowe Nikołaja zaczęło oscylować między kościołem a działalnością na rzecz społeczności romskiej – najbardziej dyskryminowanej mniejszości etnicznej w Europie.

Praca humanitarna
Według badań przeprowadzonych przez Agencję Praw Podstawowych Unii Europejskiej z 2016 r. co trzeci Rom mieszka w budynku, w którym nie ma wody w kranie. Co trzecie romskie dziecko mieszka z ludźmi, z których ktoś poszedł spać głodny przynajmniej raz w poprzednim miesiącu, a połowa Romów w wieku 6-24 lata nie uczęszcza do szkoły w ogóle.
Bardzo trudno jest określić, ilu Romów mieszka dziś w Ukrainie. Nawet przed wybuchem wojny nikt nie mógł powiedzieć tego na pewno. Według danych spisu ludności z 2001 r. było ich niecałe 50 tysięcy. Tyle że to nie może być prawda. Zarówno Rada Europy, jak i organizacje pozarządowe twierdzą, że tę liczbę trzeba pomnożyć nawet dziesięć razy. Najwięcej Romów mieszka na Zakarpaciu, w rejonie Odessy i Charkowa. Wielu nie ma żadnych dokumentów, niektórzy boją się przyznawać do swojej narodowości i obcym osobom mówią, że są na przykład Mołdawianami. Nic dziwnego – tylko w ostatnich latach w Ukrainie Zachodniej i Zakarpaciu zostało zamordowanych kilkoro Romów i Romek. Były to przestępstwa z nienawiści. Ukraińską policję badającą sprawy napaści na Romów zazwyczaj cechowała opieszałość i udało się zatrzymać jedynie nielicznych sprawców.
Nikołaj Burłuckij od prawie dwudziestu lat jest prezesem organizacji Czaczimo, zajmującej się edukacją, pomocą humanitarną i integracją Romów w społeczeństwie ukraińskim. W Charkowie pracował nad budowaniem dialogu między władzami lokalnymi i społecznością romską. Organizacja miała specjalny numer telefonu, pod który Romowie mogli dzwonić, jeśli działo się coś złego, a pracownicy organizacji mogli reagować na każdy przejaw dyskryminacji bardzo szybko. – Prowadzę różnego rodzaju szkolenia jako trener. Umiem przemawiać, mam wiedzę. Często kiedy ludzie dowiadują się, że jestem Romem, są w szoku: „Naprawdę?! Trudno w to uwierzyć”. A ja wtedy mówię: „Wasz komplement jest miły, ale jednocześnie mnie zasmuca, bo poniża mój naród. Ja nie jestem innym Romem niż ci, do obrazu których jesteście przyzwyczajeni. Jestem prawdziwym Romem”. Często po szkoleniach ludzie mówili mi, że ich opinia o Romach się zmieniła – opowiada.
Był dom, nie ma domu
Kiedy w 2022 r. Rosja zaatakowała Ukrainę, Nikołaj był rozdarty. Z jednej strony czuł się odpowiedzialny za ludzi ze swojego Kościoła, z drugiej – za żonę i trzy córki. Postanowił, że na kilka tygodni (zanim wojna się skończy) razem z czterdziestoma Romami ze wspólnoty wyjedzie do Użhorodu na Zakarpacie, skąd pochodzi żona Nikołaja. Lokalni pastorzy protestanccy pomogli znaleźć im miejsce do tymczasowego życia. – Tydzień później sąsiad z Charkowa wysłał zdjęcie naszego domu. Był całkowicie spalony. Jesteśmy religijną rodziną, więc kiedy dotarło do nas, że nie mamy domu, usiedliśmy i zaczęliśmy dziękować Bogu za to, że żyjemy. Postanowiliśmy też sprowadzić z Charkowa nasz duży namiot. To się udało. Rozbiliśmy go w Użhorodzie i przez rok spotykaliśmy się tu na modlitwie – mówi. Następnego dnia po tym, jak namiot został wysłany, w budynek poczty w Charkowie trafił pocisk i ta przestała istnieć. Znaki. Wszędzie znaki.
Nikołaj był przekonany, że zamiast zniszczonego domu, dostaną od Boga lepszy. I tak się stało. Rodzinie udało się kupić ze swoich oszczędności duży, piękny dom w centrum Użhorodu. Kosztował połowę ceny rynkowej. Właściciele zachodzili w głowę, dlaczego nie udawało się im go sprzedać. A Nikołaj wiedział. Bóg zarezerwował go dla nich.

Duchowni w taborze
Po roku wszystkie osoby, z którymi Nikołaj przyjechał z Charkowa, postanowiły wyjechać do Niemiec. Zresztą mówi się o tym, że co najmniej jednak trzecia zakarpackich Romów po wybuchu wojny wyjechała za granicę i nie każdy z nich został dobrze tam przyjęty, nie każdy odnalazł się w nowym społeczeństwie. – Cóż, na tle ogólnych problemów, problem dyskryminacji staje się mniej widoczny. Jednak sposób myślenia ludzi się nie zmienił. Powiem więcej: w czasach kryzysu negatywne stereotypy stają się jeszcze bardziej negatywne – mówi.
Organizacja Czaczimo zaczęła działać na rzecz Romów w Użhorodzie. Kilka razy wysyłała pomoc humanitarną na front, ale Nikołaj uznał, że o ludziach walczących na froncie, jak i mieszkających w jego sąsiedztwie, pamięta się; o ubogich Romach z Zakarpacia nie pamięta prawie nikt i nie dociera do nich prawie żadna pomoc. To właśnie te najbiedniejsze rodziny są wspierane przez organizację prowadzoną przez Nikołaja.
Nikołaj w swoim domu ma miejsce modlitwy, gdzie prowadzi nabożeństwa. Naucza przez internet, jeździ też do protestanckich kościołów w romskich taborach rozrzuconych po Zakarpaciu. – Nie zakładam własnego Kościoła. Usłyszałem wezwanie od Boga, by wspierać istniejące tu wspólnoty. Zwłaszcza te biedne, w wioskach, gdzie Romowie często nie potrafią czytać i pisać. Ja mam dar nauczania i dużą wiedzę na temat Pisma Świętego. Jeżdżę więc do tych miejsc i tam prowadzę szkolenia biblijne, nauki – opowiada.
W jednym taborze czasem działa kilka różnych protestanckich kościołów i kilku pastorów, którzy mają spory wpływ na mieszkańców. Mówi się o tym, że w społecznościach romskich odgrywają oni nieraz rolę nie tylko duchownych, ale też pracowników społecznych czy edukatorów. Rozstrzygają spory rodzinne, uczą zasad higieny, prowadzą jadłodajnie dla dzieci. Czasami właśnie w kościele Romowie dowiadują się, że mogą prowadzić inne życie, wyrwać się z biedy, pójść do szkoły.
Powiem szczerze
Część romskich mężczyzn z Ukrainy walczy na froncie. Pastorzy są więc też tymi, którzy wysłuchują niepokojów ich bliskich. – Nie rozmawiam z ludźmi o polityce, ponieważ ona nie zmienia życia. Rozmawiam o ich bólu, zmaganiach, lękach. Kiedy człowiek dozna przebaczenia od Boga, wtedy sam ma moc przebaczania innym, również swoim oprawcom. Najważniejszymi problemami nie są te, które dzieją się w państwie, lecz te, które mają miejsce w rodzinach. Tam jest najwięcej bólu, a im bardziej boli, tym trudniej przebaczyć.
Nikołaj mówi tak, jakby głosił kazanie. Zastanawiam się jednak, jaki jest tak naprawdę jego stosunek do wojny i czy pochwala zgłaszanie się swoich wiernych na ochotnika do wojska. – Każdy człowiek ma jakieś powołanie. Obowiązkiem policjanta jest noszenie broni i utrzymywanie porządku. Powołaniem pastora jest zajmowanie się sferą duchową. Jeśli więc ktoś jest powołany do obrony swojej ojczyzny, to jest to jego powołanie. Osobiście uważam, że człowiek wierzący powinien bronić swojego domu i swojej rodziny, ale nie ma prawa odbierać życia innym ludziom, bo to Bóg dał je człowiekowi. Takie jest moje stanowisko – mówi pewnie, nie zdradzając tonem głosu żadnej wątpliwości. – Powiem jednak szczerze… jeśli moja rodzina byłaby w niebezpieczeństwie, to tak naprawdę nie wiem, jak bym się zachował.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.















