Przyjmujemy do siebie ludzi zewsząd, narodowość nie ma znaczenia. Dagestan, Ukraina, Palestyna. Jesteś muzułmaninem? Jesteś mój brat – mówi Jusuf, młody, kędzierzawy Ukrainiec arabskiego pochodzenia. Otwiera drzwi do niepozornego budynku, gdzie mieści się Muzułmańskie Centrum Kultury „Al Manar” w Charkowie. To drugie pod względem wielkości miasto w Ukrainie, rozłożyste i monumentalne. Nawet teraz, w czasie wojny, liczy ponad milion mieszkańców. Ale mimo tego mam wrażenie, że wszyscy tutejsi muzułmanie się znają. Nawet jeśli uczęszczają do różnych meczetów. Jest ich w Charkowie kilka.
Islam. Wojenna refleksja nad Bogiem
– Włóczkę kupiłam u Baba Szejka, a u kogóż by innego – słyszę urywki dyskusji spod okna. Na puszystym tureckim dywanie, w kobiecej sali modlitewnej dyskutują dwie panie w średnim wieku, na głowach mają chusty. Jedna z nich pokazuje wykonaną z włóczki ciepłą czapkę z wydzierganą flagą Palestyny. Baba Szejka, tadżyckiego handlarza i członka muzułmańskiej grupy kapelanów, trudno w Charkowie i okolicy nie znać – wszędzie go pełno. Zresztą nie minęła chwila, a już pojawiła się w drzwiach jego jowialna twarz otoczona czarną brodą. Ludzie powoli schodzą się przed pustą jeszcze mównicę.
Piątek to w islamie najważniejszy dzień tygodnia. Muzułmanie gromadzą się w meczecie na dżummuah, wspólnotową modlitwę poprzedzoną kazaniem imama. W charkowskim „Al Manar” Dżamal, wyjątkowo młody imam, dwudziestojednoletni, jest oszczędny w słowach. Częściowo pewnie przez nieśmiałość, częściowo przez niezupełnie płynny rosyjski, którego na co dzień używa od niedawna. Jego podstawowym językiem jest arabski. Dziesięć miesięcy temu został ewakuowany do Ukrainy ze Strefy Gazy.
Matka Dżamala jest Ukrainką, ojciec – Palestyńczykiem, który pod koniec lat 90. przyjechał do Charkowa, jak wielu innych Arabów, uczyć się na jednym z ponad dwudziestu uniwersytetów. Aż do wojny miasto było popularnym celem dla tego rodzaju imigrantów, gromadziło niemal pół miliona studentów z wielu krajów. Po rozwodzie rodziców Dżamal wrócił z ojcem i młodszym bratem do Palestyny. Miał wtedy dziesięć lat. Na początku izraelskiej inwazji lądowej, w 2023 r., był w domu, w Gazie. Gdy po pięciu miesiącach zorganizowana została ewakuacja ukraińskich obywateli, matka robiła wszystko, by wydostać synów ze Strefy Gazy. Udało się Dżamalowi. Jego ojciec wraz z pozostałym rodzeństwem wciąż są w obozie dla uchodźców w Khan Junus.
– Wojenne nieszczęścia nie są od tego, żeby je ze sobą porównywać – stwierdza lakonicznie Dżamal. Widział już dwie wojny. Ale w Charkowie śpi spokojniej niż w rodzinnym domu, mimo dronów i spadających na miasto regularnie rosyjskich bomb lotniczych. – Mam tu teraz bardzo dobre życie. Także jako muzułmanin – przyznaje.
Ukraina, a zwłaszcza jej większe miasta oraz wschód i południe to multikulturalny tygiel, niejednorodny religijnie.
– Nie spotykam się z dyskryminacją na tle wyznaniowym i kocham tę wolność. Pochodzę z religijnej rodziny. Nie przypuszczałem, że zostanę imamem. W meczecie zwolniło się miejsce po tym, jak poprzedni imam, pochodzący z Uzbekistanu, wyjechał z miasta.
Trudno było znaleźć następcę. Wraz z początkiem pełnoskalowej wojny z Ukrainy, zwłaszcza wschodniej, wyjechała spora część muzułmanów, zwykle tych, którzy mieli podwójne obywatelstwo: imigrantów z Centralnej Azji, Kaukazu, ale też z państw arabskich, którzy przed wojną stanowili największy odsetek wśród wyznawców islamu w Charkowie. Zatem, zdaniem lokalnej społeczności, Dżamal doskonale nadawał się na imama, zwłaszcza że znał arabski.
– Kiedyś w każdy piątek tłum był tak duży, że sięgał na korytarz. Ludzie nie mieścili się w sali modlitewnej – wspomina Jusuf. Z powodu emigracji, a nie dlatego, że ludzie w czasie wojny rzadziej zaglądają do meczetu. Zdaniem Jusufa jest wręcz odwrotnie. Podaje przykład Halifata, kolegi służącego w ukraińskim wojsku, który niemal stracił życie na początku wojny. Cudem się uratował i od tego czasu zaczął rozmyślać nad istnieniem siły wyższej. Wychowany w postsowieckim duchu, gdzie nie było miejsca na Boga, zaczął czytać o monoteistycznych religiach. Zdecydował się przyjąć islam.

Protestantyzm. Wojna i względy religijne
Wschód Ukrainy, w przeważającej części rosyjskojęzyczny, to region szczególny nie tylko pod względem liczby meczetów. W latach 90. i na przełomie stulecia odnotowano tam, zwłaszcza w Donbasie, gwałtowny wzrost popularności przeróżnej maści wspólnot ewangelikalnych. Jedną z nich – wywodzący się z Mariupola zielonoświątkowy Kościół Dobrych Przemian – opisywałam w ubiegłym roku na tych łamach.
– U schyłku Związku Radzieckiego Ukraina przeżyła swoje duchowe odrodzenie. To było całkiem naturalne. Po latach komunizmu mieliśmy w sobie wielkie pragnienie Boga – opowiada Oleksandr, który od dziesięciu lat służy jako kapelan i oficer w ukraińskim wojsku. Sam był świadkiem i uczestnikiem wspomnianego przez siebie zjawiska. Pochodzi z Doniecka, ponad trzydzieści lat temu przystąpił do jednej z protestanckich wspólnot.
– Pojawiło się wtedy choćby „Nowe pokolenie” – międzynarodowa organizacja religijna, wywodząca się z Litwy, a założona przez Oleksija Ledijajewa. Dziś jest określana jako sekta. Pojawiła się też szwedzka wspólnota zielonoświątkowa „Słowo życia”. Ze Szwecji, Niemiec czy Stanów Zjednoczonych przyjeżdżało do Ukrainy wielu misjonarzy, którzy zapoczątkowali ten protestancki ruch. Inspirowaliśmy się Ulfem Ekmanem czy charyzmatykiem Carlem-Gustafem Severinem.
Dawny impet, z jakim alternatywy dla prawosławia wpadły w ukraińską rzeczywistość, znacznie spowolnił. Obecnie szacuje się, że protestanci stanowią około 2 procent ogółu ludności.
– Wiele ze wspólnot wywodziło się z Doniecka, który od 2014 r. znajduje się pod rosyjską okupacją – twierdzi Oleksandr. – Swoje zrobiły także wewnątrzwspólnotowe afery finansowe, które nagłośniono, a także nadużycia wpływowych osób związanych z ruchem. Na przykład Vladimira Muntiana, kaznodziei i założyciela jednej z charyzmatycznych wspólnot, oskarżonego o oszustwa finansowe, pobicia oraz przestępstwa na tle seksualnym.
Oleksandr, który przeszedł na prawosławie, w swojej pracy wykorzystuje doświadczenie zdobyte przez lata w protestanckim Kościele, gdzie był pastorem. Dostrzega też problem w podejściu niektórych wspólnot ewangelikalnych do wojny – niektóre nakłaniają swoich wiernych do odmawiania służby wojskowej ze względów religijnych.
– Często spotykam się z podobnymi przypadkami. Zazwyczaj zwracają się do mnie z tym problemem dowódcy oddziałów, w których do takiej odmowy dochodzi. To dotyczy na przykład baptystów czy zielonoświątkowców, zwłaszcza ze wspólnot działających nieoficjalnie. Natomiast nie znam ludzi innych wyznań, którzy zasłanialiby się religią, odmawiając przysięgi wojskowej.
Zdaniem Oleksandra to jest też przyczyną szerzącej się coraz mocniej niechęci niektórych dowódców wojskowych do protestantów.
– Choć przecież ukraińscy protestanci działają, i to niezwykle prężnie, jako wolontariusze. Organizują też pomoc humanitarną przy wsparciu protestanckich wspólnot z Zachodu.
Prawosławie. Wyszeptane słowa
Sierhiej ma jasne, trochę smutne oczy, przez które wyziera jego spokojny duch. Mówi się o nim przede wszystkim jako o ojcu i kapelanie w wojsku ukraińskim. Spotykamy się w Dnieprze, sporym mieście we środkowo-wschodniej Ukrainie, gdzie od ponad dziesięciu lat pełni tę posługę z ramienia autokefalicznej Cerkwi Prawosławnej Ukrainy (do 2019 r. podlegającej jurysdykcji Patriarchatu Konstantynopolitańskiego).
Odchodzenie Ukraińców od Cerkwi Patriarchatu Moskiewskiego na rzecz rodzimej było – zdaniem Sierhieja – oczywiste i powszechne po wybuchu pełnoskalowej wojny. Ważnym argumentem jest także język ukraiński, w którym sprawowane są wszystkie nabożeństwa.
– Nie dlatego, że to język państwowy. Tylko dlatego, że po prostu nasz. W warunkach wojny zaczęliśmy rozumieć, kim jesteśmy i jaka jest nasza historia.
Po wybuchu wojny nie zaobserwował większej niż przedtem liczby wiernych, przychodzących na niedzielne nabożeństwa.
– Po pandemii Covid-19, gdy jakiekolwiek zgromadzenia były zabronione i cerkwie stały puste, spora część wiernych nigdy już do nich nie wróciła. A dziś? Tak naprawdę do cerkwi przychodzą teraz głównie ludzie mocno dotknięci wojną. Rodziny poległych żołnierzy i tych, którzy są w niewoli, weterani, uchodźcy wewnętrzni oraz, rzecz jasna, ludzie starsi.

Kiedy rozpoczęła się wojna w Donbasie, kijowski patriarcha Filaret zwrócił się do duchownych, by ci, którzy mają siły i możliwości, towarzyszyli walczącym na wschodzie ukraińskim żołnierzom. Mówiono, że rosyjscy snajperzy w pierwszej kolejności odstrzeliwują dowódców i kapelanów, więc ci zrzucili duchowne stroje i nosili się jak zwykli żołnierze. Struktura wojskowej kapelanii dopiero kiełkowała. Tak jak żołnierze, organizujący się w dużej mierze w ochotniczych batalionach, również duchowni wykonywali swe zadania spontanicznie i na wolontariackich zasadach. A należała do nich nie tylko posługa kapłańska.
Ukraińscy kapelani do dziś działają jako wolontariusze, dostarczający wojsku niezbędne zaopatrzenie, służą też żołnierzom wsparciem moralnym i psychologicznym. Sierhiej, który po ukończeniu seminarium studiował w Państwowym Uniwersytecie Pedagogicznym im. Mychajła Drahomanowa, został specjalistą w dziedzinie psychologicznej interwencji kryzysowej.
W 2015 r. został skierowany do jednego z ochotniczych batalionów. Planował wrócić po miesiącu, został przez siedem. Czuł się potrzebny i skuteczny w wykonywanej profesji. Kiedy błogosławił żołnierzy, ci padali na kolana i nie ruszali na pozycje bojowe, póki nie odczytane zostaną ostatnie słowa modlitwy.
– Gdy tylko okoliczności wojennej zawieruchy pozwalały, zbierali się na wspólną modlitwę. A po skończonych zadaniach bojowych dziękowali Bogu za ocalone życie – wspomina Sierhiej.
– W jakichś spokojnych okolicznościach możemy sobie dyskutować, czy Bóg jest, czy go nie ma. Ale kiedy jesteś w okopie, a w twoją stronę leci wszystko, co tylko może, kiedy ziemia sypie ci się na głowę i nie masz się gdzie schronić, twoje usta same zaczynają szeptać słowa modlitwy.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















