Andrzej Duda znany jest z opinii, które sprawiają wrażenie sformułowanych pod wpływem impulsu. To najprawdopodobniej trwała cecha naszego prezydenta, odzwierciedlająca się nie tylko w jego wypowiedziach, ale też w całości postępowania. Głowa państwa bardzo często działa pod wpływem impulsów, a także tego, co mu zasugeruje ktoś posiadający na niego w danej chwili znaczący wpływ. Czasem wygląda to wręcz na syndrom ostatniego rozmówcy.
Postać o takiej osobowości może być kłopotem na stanowisku prezydenta, ale zarazem nie pozwala nam się nudzić i dostarcza nieustannych zaskoczeń. Niestety, naraża jednocześnie całe państwo na wpadnięcie w meandry, które mogą być destrukcyjne. Potwierdza to dziewięcioletni dorobek Dudy, obfitujący w zadziwiające zygzaki i wolty, bywa, że zaskakujące nawet dla PiS.
Ostatnim z tych zygzaków jest sprzeciw wobec rządowych planów wymiany ambasadorów. Choć jeszcze w grudniu Duda sprawiał wrażenie skłonnego do akceptacji prerogatyw rządu – odpowiedzialnego za politykę zagraniczną i obsadzanie placówek dyplomatycznych – miał więc zabiegać o pozostawienie na placówkach jedynie swoich dawnych współpracowników.
Ostatnio prezydent zmienił front i zaczął wyrażać generalny sprzeciw, wysuwając przy tym dość absurdalne argumenty. Wśród nich takie, że czyjś ojciec był działaczem komunistycznym albo że ktoś był ministrem obrony w czasie katastrofy smoleńskiej. Fakt, działania rządu zmierzającego np. do odwołania kończącego już swoją misję ambasadora przy NATO, i to tuż przed lipcowym szczytem, również nie zawsze są zrozumiałe. Jednak słowa prezydenta, dyskredytujące kandydatów na ambasadorów przy użyciu niemerytorycznych argumentów, kompromitują jego samego. Wspominając o przeszłości komunistycznej czyjegoś ojca 35 lat po końcu PRL, gdy są podstawy do oceny czyjegoś dorobku w czasach III RP, Duda zachowuje się jak partyzant tkwiący w lesie, choć wojna dawno się skończyła.
Ktoś sformułował pomysł, żeby w centrum Warszawy ustawić licznik odliczający czas do zakończenia kadencji prezydenta, tak jak kiedyś stał ustawiony przez Leszka Balcerowicza licznik rosnącego polskiego długu. Oby prezydent nas przekonał, że to jednak zły pomysł.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















