Obywatel T.

Zszedł z chodnika na jezdnię. I przeszedł do historii.

27.05.2019

Czyta się kilka minut

Aleja Chang’an, Pekin, 5 czerwca 1989 r. / BETTMANN / GETTY IMAGES
Aleja Chang’an, Pekin, 5 czerwca 1989 r. / BETTMANN / GETTY IMAGES

Tamtego ranka centrum Pekinu spowijał typowy o tej porze roku duszny smog – letnia wilgoć zmieszana z wyziewami fabrycznych kominów, dymem z milionów przydomowych kuchni opalanych węglem i drewnem oraz spalinami nielicznych jeszcze samochodów. W tej palecie zapachów 5 czerwca 1989 r. czuć było jednak dodatkową, bardzo intensywną woń spalenizny.

Kilka godzin wcześniej, przed północą, ściągnięte z prowincji do Pekinu wojska 27. armii zaatakowały studentów, którzy od prawie półtora miesiąca okupowali plac Niebiańskiego Spokoju, domagając się reform politycznych i ukrócenia korupcji. Transportery opancerzone miażdżyły barykady i ludzi. Do uciekających żołnierze strzelali z broni maszynowej. W wielu miejscach wybuchły pożary. Według chińskich władz w nocnych zajściach zginęło 241 osób, w tym 23 żołnierzy, ale sądząc chociażby po setkach ciężarówek, przemykających ulicami z przyczepami pełnymi zgniecionych i spalonych rowerów, ofiar mogło być kilkakrotnie więcej. Dwie dekady później Chiński Czerwony Krzyż opublikuje własne wyliczenia, w których mowa o 2,6 tys. zabitych. Na żądanie władz komunikat zostanie jednak szybko wycofany.

Na razie zbliża się południe 5 czerwca 1989 r. Miasto wygląda na spacyfikowane. Pustą aleją Chang’an, od strony placu Niebiańskiego Spokoju, sunie teraz kawalkada czołgów T-59 z czerwoną gwiazdą wymalowaną na wieżyczce. Każdy z nich wraz z uzbrojeniem waży ponad 36 ton.

Nagle przed kolumną pojawia się szczupły mężczyzna w białej koszuli, niosący dwie torby na zakupy.

Poza kadrem

Czołgi stają. Pierwszy wóz próbuje ominąć mężczyznę, ale ten za każdym razem przesuwa się i uniemożliwia manewr. Czołgiści usiłują przestraszyć intruza i ruszają kilka metrów do przodu, ale mężczyzna się nie cofa. Przeciwnie, zaczyna z wściekłością wymachiwać torbami, jak gdyby chciał w powietrzu wyznaczyć linię, którą czołgi przekroczą jedynie po jego trupie. Po kilkunastu sekundach wdrapuje się na pancerz i wdaje się w krótką rozmowę z załogą. Kiedy zeskakuje na jezdnię, pierwszy czołg próbuje odjechać. Mężczyzna ponownie staje mu na drodze.

Silniki unieruchomionych pojazdów strzelają w powietrze spalinami. Człowiek z torbami od kilku minut nie rusza się z miejsca. Kolumna również. W końcu nadjeżdża inny mężczyzna na rowerze, potem kilku następnych i siłą ściągają człowieka w białej koszuli z jezdni. Nim kolumna czołgów ruszy ponownie, przebiega przed nią jeszcze młody chłopak, wymachując w powietrzu zdjętą koszulą, jakby chciał zwrócić uwagę kogoś stojącego w oddali. Potem wszyscy znikają za lewym brzegiem kadru.

„Mówiono, że był jednym z protestujących studentów – powie po latach, w filmie CBS pt. „Tank Man”, kamerzysta amerykańskiej stacji NBC Tony Wasserman, któremu udało się sfilmować tę ikoniczną scenę z pokoju hotelu Beijing przylegającego do alei Chang’an. – Mnie wyglądał po prostu na przechodnia. Na wkurzonego faceta, który chce wykrzyczeć żołnierzom, że mają się wynosić z jego domu po tym, czego dopuścili się poprzedniej nocy”.

Tożsamość mężczyzny z torbami pozostanie tajemnicą. Kilka dni po wydarzeniach na placu Niebiańskiego Spokoju dziennikarze brytyjskiego dziennika „Sunday Express”, powołując się na źródła w chińskiej policji napiszą, że nazywa się Wang Weilin i jest 19-letnim studentem politechniki. Do tego czasu film ­Wassermana oraz zdjęcia zrobione z innego pokoju w hotelu Beijing przez Jeffa Widenera z Associated Press zdążą okrążyć świat na czołówkach największych gazet i głównych wydań wiadomości. W niektórych relacjach anonimowy mężczyzna zacznie być opisywany jako Nieznany Buntownik. W innych, mniej pompatycznie – jako Tank Man.

My nazwijmy go po prostu Obywatelem T.

Ziyou, czyli wolność

„Ten mężczyzna, ci ludzie domagali się wolności oraz podstawowych praw człowieka” – powie o T. i innych protestujących ówczesny prezydent USA George Bush.

Amerykańskim i europejskim dziennikarzom, obserwującym wydarzenia z 5 czerwca z okien hotelu Bejing, T. również wydaje się symbolem triumfu zachodniego indywidualizmu nad orientalną autokracją. Drobny mężczyzna naprzeciw 36-tonowego czołgu. Dawid i ­Goliat. Hektor i Achilles. Francis Fuku- yama dopiero za trzy lata wyda swój głośny „Koniec historii”, ale z okien hotelu widać go już właściwie w formie opisywanej przez amerykańskiego badacza: zachodnioeuropejska demokracja, która w centrum życia społecznego stawia jednostkę, właśnie próbuje zepchnąć na margines historii autorytarną chińską wariację na temat komunizmu. Na razie tę bitwę wygrywa czołg z czerwoną gwiazdą, ale wojna zdaje się wygrana. „Tego dżina [demokratyzacji życia publicznego – MR] nikt już nie zapędzi z powrotem do butelki” – skwituje temat prezydent Bush.

Jeśli T. rzeczywiście należy do studentów, którzy wzniecili bunt w Pekinie, być może faktycznie marzy mu się większa swoboda wypowiedzi, rewizja absurdalnie długiej listy 68 przestępstw zagrożonych karą śmierci i podróże po kraju bez konieczności wcześniejszego starania się o zezwolenie. Pewnie chciałby też sądu nad częścią partyjnych bonzów, którzy zwłaszcza na prowincji stali się komunistyczną wersją mandarynów.

Ale czy T. musi marzyć o tym wszystkim, stawiając jednocześnie siebie w centrum wydarzeń, niczym Hektor w Iliadzie? „Zwyciężę ciebie lub zginę” – mówi Achillesowi syn króla Troi, nie mogąc znieść upokorzenia, jakiego doznał wcześniej, umknąwszy spod miecza najgroźniejszemu z Achajów. W tym pojedynku los ojczyzny czy najbliższych schodzi na dalszy plan. Hektor mierzy się w nim przede wszystkim ze swoimi demonami.

Dziennikarze relacjonujący wydarzenia z 5 czerwca będą się potem dziwić nie tyleż odwadze T., ile jego zgoła „niechińskiemu” zachowaniu. Konfucjanizm, najważniejsza ideologia społeczno-polityczna Państwa Środka, piętnuje przecież nieposłuszeństwo wobec władzy. Wolność? Sun Jat-sen, nazywany ojcem chińskiej demokracji, tak pisał o niej w 1924 r.: „Ruchy wolnościowe odgrywały ogromną rolę w historii Europy (...) i większość wojen europejskich była toczona o wolność (chiń. ziyou). Dlatego uczeni zachodni traktują wolność jako wartość nadrzędną (...) Jednakże od czasu, gdy termin ten został przeniesiony do Chin, tylko nieliczni wykształceni mogli podjąć wysiłki, by przestudiować go i zrozumieć, co znaczy »wolność«. (...) Ponieważ termin ten dotarł do Chin dopiero niedawno, nawet postępowa młodzież czy studenci, którzy wrócili ze studiów za granicą (...), mają bardzo mętne wyobrażenie, co to słowo w istocie znaczy”.

Indywidualizm? W chińskiej kulturze wartość jednostki tworzona jest przez znaczenie wspólnoty, do której jednostka przynależy. Poczucie tej przynależności może zresztą rozszczepiać się jednocześnie na kilka płaszczyzn: rodzinną, rodową, zawodową, wreszcie państwową. Profesor Tu Weiming, historyk filozofii z Harvardu, uważany za jednego z najwybitniejszych znawców myśli konfucjańskiej, pokazując fenomen indywidualizmu w chińskim wydaniu, pisze nie o jednostce, pojedynczym człowieku napędzanym wolną wolą i sumieniem, lecz o „centrum w polu różnych sił”.

Heroiczny gest T. nie musi zatem oznaczać zerwania z chińską tradycją na rzecz zachodniego porządku demokratycznego. Wolność po chińsku, jak uczy Konfucjusz, nie jest wolnością od czegoś. To przede wszystkim wolność do wyboru dobra. O tym, co dobre, decyduje zaś w głównej mierze interes wspólnoty. Konfucjusz mówi wprawdzie, że władza ma niebiańską legitymację, ale ten mandat może także utracić, jeśli postępuje niewłaściwie lub zbrodniczo. Korupcja, nepotyzm pod płaszczykiem partyjnej równości, wreszcie strzelanie do bezbronnych protestujących – czy to nie dostatecznie dużo, by zasłużyć w oczach bóstw na dymisję?

Nieliczni przechodnie oglądający 5 czerwca T. stojącego przed kolumną czołgów mogli zatem widzieć coś innego niż dziennikarze ukryci za kotarami hotelu Beijing: akt poświęcenia dla wspólnoty bez oglądania się na konsekwencje.

„Myślę, że nie zabity”

W maju 1990 r. dziennikarka amerykańskiej stacji ABC Barbara Walters w trakcie wywiadu pokaże zdjęcie T. ówczesnemu szefowi Komunistycznej Partii Chin Jiang Zeminowi. „Myślę, że nie zabity” – odpowie łamaną angielszczyzną skonfundowany Jiang i doda, że gdyby partia chciała śmierci mężczyzny, wyrok wykonałby od razu któryś z czołgistów.

Zaskoczenie pytaniem Walters mogło wynikać z faktu, że los jednego z tysięcy buntowników mógł po prostu nie interesować partyjnego mandaryna. Paradoksalnie T. stał się bowiem ikoną wszędzie poza Chinami. Tamtejsza telewizja nigdy nie pokazała przecież zdjęć nakręconych z hotelu Beijing, a w dobie mediów internetowych partia skutecznie wycina wzmianki o tamtych wydarzeniach z wyników wyszukiwania.

Jeśli więc – jak przekonywali zachodnich dziennikarzy ich informatorzy – w zamieszaniu tamtych dni T. faktycznie zdołał zbiec za granicę, taka cyfrowa egzekucja byłaby specyficznie rozumianym aktem sprawiedliwości. Dokąd mógł zbiec? Wśród tropów często pojawia się Tajwan, co jednak mówi więcej o stosunku samych Chińczyków do tej zbuntowanej wyspy niż o losach głównego bohatera. Tajwan to dla przeciętnego obywatela Chińskiej Republiki Ludowej odpowiednik lasu Sherwood, miejsce, do którego według miejskich legend prędzej czy później ucieka każdy, z kim władze w Pekinie mają na pieńku. Tajwańskie Muzeum Narodowe już kilka razy oficjalnie zaprzeczało, jakoby na jego liście płac widniało nazwisko bohatera z alei Chang’am.

Możliwe więc, że prawda o losie T. jest bardziej prozaiczna. Bruce Herschensohn, amerykański dyplomata ze świetnymi kontaktami w Chinach, zdradził w 1999 r., że anonimowego bohatera rozstrzelano już 19 czerwca 1989 r.

Shake, „Tank Man”, instalacja przed Halą Pamięci Czang Kaj-szeka, Tajwan, Tajpei, maj 2019 r. / SAM YEH / AFP / EAST NEWS

Siła symbolu

Jeśli tak się stało, T. żyje nadal jako jedna z ikon XX wieku. Trafił też do panteonu toposów światowej kultury. Badiucao, chiński rysownik mieszkający obecnie w Australii, którego prace są ostrym komentarzem do bieżącej polityki Pekinu, w grafice „Daily Patrol” z 2014 r. pokazuje młodą Ujgurkę puszczającą balonik w kształcie serca przed rzędem czołgów – z oczywistym odniesieniem do brutalności, z jaką władze chińskie traktują od lat mieszkańców autonomicznego regionu Xinjiang. Z kolei twórcy popularnej kreskówki „Simpsonowie” w jednym odcinku kazali głównemu bohaterowi blokować odjazd taksówki w dokładnie taki sposób, w jaki T. zagradzał drogę czołgom. Nie zapomniał o nim nawet rosyjski oddział firmy Lego, pokazując go na moskiewskiej wystawie ikonicznych scen z historii najnowszej odtworzonych z klocków duńskiej firmy.

Odwagi zabrakło natomiast zarządowi firmy Leica, która osnową wysmakowanej wiralowej reklamy „The Hunt” uczyniła najpierw powstanie słynnego ujęcia z Chang’am, a następnie, po stanowczych protestach Chińczyków, odcięła się od tej produkcji, nazywając ją „nieoficjalną”.

Trzydzieści lat później Pekin czuje nadal siłę symbolu, jakim za granicą stał się T. Świat zapomniał już Chinom szaleństwa rewolucji kulturalnej czy zbrodnie w Tybecie. Coraz częściej widzi w nich prawdziwe Państwo Środka XXI wieku, coraz rzadziej nazywając fabryką świata. Ale dopóki na T-shirtach na całym świecie pojawia się człowiek stojący przed kolumną czołgów, dopóty nowego Wielkiego Skoku, zarządzonego przez partię, nie można uznać za zakończony.

– Ludziom trzeba stale przypominać, co stało się wtedy w Pekinie, i mówić głośno, że chiński reżim jest nadal niebezpieczny – mówi w rozmowie z „South China Morning Post” tajwańska artystka Shake. Jej instalacja, wielki zielony balon w kształcie czołgu, przed którym stoi dmuchana sylwetka mężczyzny w białej koszuli, od połowy maja zdobi plac przed mauzoleum Czang Kaj-szeka w stolicy Tajwanu, Tajpej.

Stając przed kołyszącą się na wietrze lufą gumowego czołgu, każdy Tajwańczyk może – jak mówi autorka – poczuć namiastkę tego, co 5 czerwca 1989 r. przeżył T. ©℗

Dziękujemy, że nas czytasz!

Wykupienie dostępu pozwoli Ci czytać artykuły wysokiej jakości i wspierać niezależne dziennikarstwo w wymagających dla wydawców czasach. Rośnij z nami! Pełna oferta →

Dostęp 10/10

  • 10 dni dostępu - poznaj nas
  • Natychmiastowy dostęp
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Autorskie newslettery premium
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
10,00 zł

Dostęp kwartalny

Kwartalny dostęp do TygodnikPowszechny.pl
  • Natychmiastowy dostęp
  • 92 dni dostępu = aż 13 numerów Tygodnika
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Autorskie newslettery premium
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
79,90 zł
© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]
Historyk starożytności, który od badań nad dziejami społeczno–gospodarczymi miast południa Italii przeszedł do studiów nad mechanizmami globalizacji. Interesuje się zwłaszcza relacjami ekonomicznymi tzw. Zachodu i Azji oraz wpływem globalizacji na życie… więcej

Artykuł pochodzi z numeru Nr 22/2019