Niewinni czarownicy. Anita Piotrowska o filmie "Tori i Lorita"

Najnowszy film braci Dardenne nie wstydzi się uproszczonego przepisu na kameralne kino społeczne. Dlatego kibicuje się w nim najsłabszym.

05.06.2023

Czyta się kilka minut

Kadr z filmu „Tori i Lokita” / MATERIAŁY PRASOWE
Kadr z filmu „Tori i Lokita” / MATERIAŁY PRASOWE

Złośliwi mówią o nich, że kręcą w kółko ten sam film. Albo że prowadzą interwencyjny skup ludzkich nieszczęść, społecznych niesprawiedliwości i związanych z tym moralnych zagwozdek. Jednak to, co może wygląda na odcinanie kuponów od własnych sukcesów, dla braci Dardenne pozostaje od lat życiową misją i najwyraźniej nie zamierzają z niej rezygnować.

Unikając (na ogół) fałszywych nut udaje im się łączyć prostotę filmowej opowieści z solidarnością dla nieuprzywilejowanych. Wyłuskują ich raczej z ulic swojego miasta niż z gazetowych nagłówków. Dlatego ich bohaterowie mają żywe, pełnowymiarowe twarze. Gdyby zgromadzić ich wszystkich w jednym miejscu, stanowiliby oskarżenie współczesnej Europy i zarazem mechanizmów niszczących od środka zmarginalizowane środowiska.


CO OBEJRZEĆ W WEEKEND: Nowości na VOD poleca co tydzień Anita Piotrowska, krytyczka filmowa „Tygodnika” >>>

Szczególne miejsce w takim gronie zajęliby przyjezdni: nielegalni imigranci wykorzystywani przez pracodawcę w „Obietnicy”, młoda Albanka z ­„Milczenia Lorny” wplątana w gangsterskie porachunki, Afrykanka w „Nieznajomej dziewczynie”, która straciła życie, bo odmówiono jej pomocy, tytułowy „młody Ahmed”, czyli radykalizujący się w islamie belgijski nastolatek... Najnowszy film, „Tori i Lokita”, nie wstydzi się realizować jeszcze bardziej uproszczonego przepisu na kameralne kino społeczne. Dlatego kibicuje się w nim najsłabszym – zwłaszcza wtedy, kiedy pod wpływem desperacji sami pakują się w kłopoty.

Tori (Pablo Schils) musiał uciekać z Kamerunu, gdzie jako dziecko oskarżone o czary został wykluczony ze swojej społeczności, a jego życie było zagrożone. Dużo starszą od siebie Lokitę (Joely Mbundu), pochodzącą z Beninu, poznał na łodzi płynącej do Europy. Ponieważ w przeciwieństwie do niego dziewczyna ma nikłe szanse na otrzymanie azylu, podaje się za siostrę chłopca, czemu belgijscy urzędnicy imigracyjni nie bardzo chcą dać wiarę. Ale bracia Dardenne nie mogli poprzestać na stereotypowym obrazku przybyłych z Afryki przebiegłych kombinatorów.

Już na początku zderzają nas z nagą twarzą Lokity, która co prawda plącze się w zeznaniach, zajmuje się pokątnie dilerką i na dodatek wciąga w to dzieciaka, lecz łączy ich siostrzano-braterska więź, zadzierzgnięta jeszcze na morzu. W dżungli, jaką jest dla nich zachodnioeuropejskie miasto, mogą liczyć tylko na siebie nawzajem.

Trudno również dopatrywać się w tym obrazie zdecydowanej krytyki systemowej. Ośrodek dla uchodźców, w którym przez chwilę bohaterowie wspólnie mieszkają, zdaje się całkiem godnym miejscem, dającym mieszkańcom sporo swobody (zważywszy nocną „profesję” dwunastoletniego chłopca – może nawet zbyt wiele). Na zewnątrz zdarzają się rasistowskie odzywki i powraca znany skądinąd motyw zaniechanej pomocy, ale główne zagrożenie przychodzi z kryminalnego półświatka, gdzie Lokita zarabia na spłatę długu zaciągniętego u afrykańskich przemytników. To oni – handlarze żywym towarem i wysługujący się „nielegalnymi” dilerzy – zdają się główną przyczyną całego utrapienia.

Krytyka belgijskiego państwa odbywa się raczej podskórnie, wymierzona w jego niewydolność i biurokrację, która prześlepia to, co dzieje się między Torim a ­Lokitą. I co zmusza ich do wejścia na przestępczą drogę. Twórcy „Syna” tam właśnie, w niewidoczne dla systemu „miękkie” rejony (przyjaźni, lojalności, lęku, tęsknoty) kierują swój punktowy reflektor.

Niewinność tej relacji zderzona zostaje z realiami życia w szarej strefie. Dardenne’owie raz jeszcze odtwarzają bezlitosny łańcuch zależności, z których nie sposób się wyplątać, chcąc ocalić człowieka w sobie. Żeby przetrwać w Europie i pomóc swojej rodzinie w Afryce, bohaterka musi pracować. Żeby legalnie pracować, musi sformalizować swój pobyt. Skoro nie dostaje takiej możliwości, próbuje kupić papiery na czarnym rynku, za słoną cenę.

Chwyta się więc najbardziej ryzykownych prac, np. przy pokątnej uprawie konopi indyjskich w odizolowanym od świata hangarze. W tym momencie zaczyna się trochę inny film, czyli klaustrofobiczne studium eksploatacji. Lokita zresztą doświadcza jej nagminnie, także jako bezbronna czarnoskóra kobieta. Gdyby Tori był naprawdę czarownikiem, uruchomiłby dla niej swoje supermoce. Teraz może jedynie wysyłać jej pokrzepiające rysunki i podjąć szaleńczą próbę jej uwolnienia.

Wiadomo, że taka historia nie może skończyć się klasycznym happy ­endem. Jednak belgijskie kino bezwarunkowej empatii uczy nas od lat, że musimy pozostać blisko bohaterów aż do końca. On, dzieciak z sierocińca, być może dostrzega w Lokicie utraconą kiedyś mamę albo siostrę. Ona widzi w Torim młodsze rodzeństwo, które chciałaby uchronić przed stoczeniem się w najgorszy z wariantów imigranckiego losu. Tyle że bracia Dardenne, niczym całkowicie świeccy święci od spraw beznadziejnych, nie mają naiwnych wyobrażeń o świecie. Pielęgnują za to wiarę w liczbę pojedynczą. I dyskretnie podkręcają napięcie, by dać szansę widzowi na pełniejsze utożsamienie z postaciami, a jednocześnie nie złożyć ich na ołtarzu gatunkowej sensacji. Mimo licznych opresji dają im bowiem podmiotowość.

Pod tym względem film „Tori i Lokita”, uhonorowany Nagrodą Specjalną w Cannes, działa jak szczepionka przeciwko uprzedzeniom i uogólnieniom związanym z rasą, religią czy przynależnością etniczną. Jeśliby Dardenne’owie mieszkali dzisiaj w Polsce, zapewne zrobiliby film o ofiarach białoruskiej granicy (nota bene w 2009 r. wyprodukowali dokument Joanny Grudzińskiej o naszym KOR-ze). Na szczęście robi to już dla nas Agnieszka Holland.

Pojawia się jednak zarzut, że Lokita i Tori nie przeżywają, w przeciwieństwie do wielu innych bohaterów z tego uniwersum, skomplikowanych dylematów etycznych; zamiast nich dostajemy prosty zapis ich walki o przeżycie i bycie razem. Doświadczeni w niefikcjonalnym kinie reżyserzy po raz kolejny stawiają na zwyczajne ludzkie gesty i takież rozwiązania fabularne. A w finale ktoś raz jeszcze zaśpiewa dla kogoś stary włoski przebój „Alla fiera dell’est”, towarzyszący bohaterom, odkąd zakończyła się ich morska odyseja i dobili do wybrzeży Sycylii. ­Podobnie jest z tym filmem. Znacie już? – nie szkodzi. Warto posłuchać tej niefałszowanej melodii raz jeszcze. ©

TORI I LOKITA (Tori et Lokita) – reż. Luc i Jean-Pierre Dardenne. Prod. Belgia/Francja 2022. Dystryb. Gutek Film. W kinach od 9 czerwca.

Bracia Luc i Jean-Pierre Dardenne, belgijski duet reżysersko--scenopisarsko--producencki, współpracują od ponad czterdziestu lat. Zaczynali w dokumencie, a rozgłos przyniosła im fabularna „Obietnica” (1996). Najchętniej kręcą filmy w rodzinnym Liège i z udziałem naturszczyków. „Rosetta”, „Syn”, „Milczenie Lorny” czy „Młody Ahmed” przyniosły im najważniejsze nagrody.

Dziękujemy, że nas czytasz!

Wykupienie dostępu pozwoli Ci czytać artykuły wysokiej jakości i wspierać niezależne dziennikarstwo w wymagających dla wydawców czasach. Rośnij z nami! Pełna oferta →

Dostęp 10/10

  • 10 dni dostępu - poznaj nas
  • Natychmiastowy dostęp
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Wybrane teksty dostępne przed wydaniem w kiosku
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
10,00 zł

Dostęp kwartalny

Kwartalny dostęp do TygodnikPowszechny.pl
  • Natychmiastowy dostęp
  • 92 dni dostępu = aż 13 numerów Tygodnika
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Wybrane teksty dostępne przed wydaniem w kiosku
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
79,90 zł
Krytyczka filmowa „Tygodnika Powszechnego”. Pisuje także do magazynów „EKRANy” i „Kino”, jest felietonistką magazynu psychologicznego „Charaktery”. Współautorka takich publikacji, jak „Panorama kina najnowszego”, „Szukając von Triera”, „Encyklopedia kina”, „… więcej

Artykuł pochodzi z numeru Nr 24/2023

W druku ukazał się pod tytułem: Niewinni czarownicy