Żyjemy, jak wiadomo, w późnej fazie kultury narcyzmu, a to znaczy m.in., że różne aspekty naszego życia zbiorowego i indywidualnego działają wedle schematów charakterystycznych dla tej właśnie psychologicznej struktury. Jednym z nich jest dynamika idealizacja-dewaluacja – w stosunku do siebie, innych i świata.
Podmiot o narcystycznej proweniencji najczęściej widzi rzeczywistość w czerni i bieli. Otaczający go ludzie są albo straszni, źli i wstrętni, albo na odwrót, cudowni, mili, kochani i najlepsi. Przy czym cechy te są przechodnie, a zbiory płynne. Ktoś, kto jeszcze wczoraj był uosobieniem cnót, może stać się znienacka wcieleniem wszystkiego, co najgorsze, a największy wróg przekształcić się naraz w najbliższego przyjaciela albo kochanka, po to tylko, żeby za jakiś czas znowu zmienić status.
Słowem: brak przestrzeni na niuanse, a co najważniejsze – na ambiwalencję, słowo klucz w psychoanalitycznej tradycji, która ma wielkie zasługi, jeśli chodzi o opis narcystycznych specyficzności.
Wypisz-wymaluj polityka, nieprawdaż? W politycznych i światopoglądowych sporach, które zawzięcie toczymy, mechanizm idealizacji-dewaluacji działa na najwyższych obrotach, nie ma żadnej złożoności, istnieją tylko ludzie dobrzy (my) i źli (oni), ludzie cudowni (my) i wstrętni (oni). Prowadzi to oczywiście do nieuchronnych paradoksów i kolizji z realiami, które, jak na złość, nie chcą odzwierciedlać tej binarnej matrycy i nieustannie prowokują trudności oraz paradoksy.
Skoro bowiem polityczny oponent jest wyłącznie zły i głupi, należy automatycznie deprecjonować każde jego słowo i gest. Co jednak w chwili, kiedy ma rację? Otóż w takim przypadku jedno z dwojga: albo trzeba iść w zaparte i twierdzić z pełnym przekonaniem, że białe jest czarne, albo też, mimo wszystko, w końcu się z nim zgodzić.
No ale tak postąpić nie sposób, bo to wszak zdrada i zaprzaństwo, zazwyczaj więc brnie się w zaprzeczenie, co oczywiście działa tylko doraźnie, w pewnym momencie nieuchronnie zadziała zasada rzeczywistości, od jej bolesnych interwencji nie ma odwołań i uników.
Mnóstwo takich sytuacji znajdziemy w polskiej polityce, ale na międzynarodowej arenie wydarza się właśnie coś o znacznie poważniejszym gabarycie. Mówię, rzecz jasna, o Donaldzie Trumpie i jego niekwestionowanej roli w doprowadzeniu do zawieszenia broni – a może pokoju – w Gazie.
Niezależnie od tego, jak bardzo byśmy Trumpa nie lubili, niezależnie od tego, jakiego byśmy w nim nie widzieli zagrożenia dla demokracji, wolności badań naukowych i elementarnej racjonalności życia publicznego – nie sposób odmówić mu jednego. Faktycznie zatrzymał tę hekatombę, tę przerażającą masakrę, która działa się na oczach całego świata.
Czy to będzie pokój trwały? Czy i do jakiego stopnia poprawi się sytuacja ludzi, którzy żyją w Gazie? Czy doprowadzi to do rozliczenia gabinetu Beniamina Netanjahu za dokonane tam zbrodnie? Czy w tej sytuacji w ogóle możliwe jest jakieś „przywrócenie sprawiedliwości” albo „zadośćuczynienie”? Nie wiemy tego i zapewne przez długi czas nie będziemy wiedzieć.
Niewątpliwie jednak historia tego rozejmu, który zaowocował zaprzestaniem bombardowań i zabijania ludności cywilnej oraz uwolnieniem izraelskich zakładników porwanych przez terrorystów z Hamasu, rzuca wyzwanie wielu naszym standardowym przekonaniom oraz nawykom poznawczym i emocjonalnym.
Pokazuje, że – co za niespodzianka – także ludzie, których mamy za wyłącznie złych, nieobliczalnych, groźnych lub też pozbawionych intelektualnych dyspozycji do zajmowania się polityką, potrafią czynić dobro, nie są więc tak naprawdę karykaturami rodem z naszych spolaryzowanych głów. Cóż, rzeczywistość jest po prostu znacznie bardziej różnorodna niż czarno-białe klisze, którymi ją gorliwie oklejamy.
Niby to wiadomo, niby to banał, niemniej za każdym razem, kiedy coś takiego się okazuje, jest to dla wielu zaskakujące. Owszem, warto by było wreszcie skorzystać z okazji i raz na zawsze porzucić epistemologiczne prostactwo. Ale oczywiście znacznie łatwiejsza aniżeli zniuansowanie wizerunku Trumpa (i świata w ogóle) będzie teraz jego idealizacja lub dewaluacja.
Nie ma nic prostszego, niż natychmiast obwołać go wielkim mężem stanu, godnym pokojowego Nobla (nawiasem, jeśliby doprowadził do trwałego pokoju na Bliskim Wschodzie, niechże tego Nobla bierze), albo też całkowicie zlekceważyć wszelkie jego sensowne i pożyteczne działania. Psychoanaliza jednak sugeruje, że dojrzałość psychiczną osiąga się wraz ze zdolnością do tolerowania ambiwalencji. Oprócz wielu innych odmian tolerancji, z których sporo udało nam się już wypracować, przydałaby się jeszcze ta.
Osiągnąwszy ją, moglibyśmy się nagle znaleźć w świecie, w którym rozwiązania najbardziej palących problemów są bliżej, niż się wydawało, podziały układają się zupełnie inaczej, niż w to zapalczywie wierzyliśmy, a ludzie znowu nas zaskakują, zamiast odgrywać tylko rozdane role białych lub czarnych charakterów. Dokładnie tak, jak zaskoczył nas Trump, który zapisze się być może w historii nie tylko jako groteskowo zakochany w sobie polityczny performer, lecz także jako ktoś, kto dokonał czegoś z pozoru niemożliwego i ocalił życia dziesiątek tysięcy ludzi.
Nieprawdopodobne połączenie? Ależ skąd, nie ma w nim nic osobliwego.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

















