Nie jesteśmy masochistami

Simone Moro i Denis Urubko, najwybitniejsi żyjący himalaiści świata, opowiadają o swojej drodze na szczyty. O motywacjach, wzorach i ekstremalnych przeżyciach w ekstremalnych warunkach.

06.02.2012

Czyta się kilka minut

Nanga Parbat /  / Fot. OLIVIER MATTHYS/ EPA / PAP
Nanga Parbat / / Fot. OLIVIER MATTHYS/ EPA / PAP

BARTEK DOBROCH: Wielu himalaistów uważa Was za uczniów polskiej szkoły himalaizmu.

DENIS URUBKO: Lubię to skojarzenie, choć nie jest całkiem prawdziwe. Nie można bowiem powiedzieć, że studiowaliśmy tylko w jednym „instytucie”. Ja dorastałem w sowieckiej szkole, Simone był uczniem włoskiej szkoły alpinizmu, ale potem rzeczywiście odebraliśmy solidną lekcję polskiego alpinizmu.

SIMONE MORO: Preferuję określenie: „jestem nią zainspirowany”. Ilekroć jeżdżę po świecie z wykładami, mówię tak dużo i dobrze o Polsce, iż wielu ludzi wierzy, że mam polskie korzenie, a nawet paszport. Ale rzeczywiście inspirowali mnie Wielicki, Kukuczka, Kurtyka, Rutkiewicz... Opowieść o nich wypełniała moje sny w dzieciństwie, a teraz, gdy z trzema zdobytymi po raz pierwszy zimą ośmiotysięcznikami zrównałem się z Kukuczką i Wielickim, ciągle wydaje mi się, że śnię. URUBKO: Mnie bardzo rozwinęło uczestnictwo w polskiej zimowej ekspedycji na K2, którą prowadził Krzysztof Wielicki. Czasami umysł nie jest gotowy znieść tak silnej presji niebezpieczeństw i trudności, a Polacy umieli się z nią zmierzyć. Rozumieli, że są tam, by pracować na atak szczytowy. Gdy kończyliśmy wyprawę, wszyscy byli chorzy – szczęśliwie byłem jedynym, którego choroba nie złożyła. Jednak nie byłem gotowy na solowe wejście, byłem za młody. Wydaje mi się, że Wielicki tego ode mnie oczekiwał, ale nie byłem w stanie. Nie byłem widocznie zbyt dobrym studentem...

W filmie nakręconym przez towarzyszącego Wam w zeszłorocznym pierwszym zimowym wejściu na Gaszerbrum II Cory’ego Richardsa, jak mantra przewija się słowo „zimno”. Temperatura powietrza w namiocie spadała do -46 stopni. Możecie opisać to zimno? Czy w Karakorum jest ono rzeczywiście bardziej dotkliwe?

MORO: Niższą temperaturę mieliśmy prawdopodobnie na Makalu. Problemem jest wiatr, częściej występujący w Karakorum, a także to, że okna pogodowe są krótsze. Oznacza to, że w Himalajach możesz mieć ze trzy, cztery dni dobrej pogody w zimie, a w Karakorum może to być zaledwie kilka godzin. Co robi różnicę. Wszystko jest tam bardziej dzikie, bardziej odległe. W Nepalu, w Himalajach baza jest o kilka godzin czy kilka dni marszu od cywilizacji, a w Karakorum możesz utknąć w bazie bez szansy szybkiego dotarcia do najbliższych wiosek, leżących o dobry tydzień drogi. Dopiero z połączenia krótkich okresów pogody, silnych wiatrów i odosobnienia wynikają tak ekstremalne warunki.

URUBKO: Zimowe ekspedycje to tak, jakbyś zebrał wszelkie przeciwności z normalnych wypraw i skoncentrował je w jednym punkcie. Jeżeli jest zimno, to jest zbyt zimno. Jeśli wieje, to bardzo. Jeżeli warunki są złe, to są ekstremalnie złe. Polska zimowa ekspedycja na Broad Peak przed rokiem miała bardzo dobrze zorganizowaną bazę. W namiotach działały grzejniki, można było zdjąć kombinezony. Ale podczas polskiej wyprawy na K2 już tak nie było. Mieliśmy jeden mały namiot, w którym zespół mógł się zebrać wieczorem. Działał grzejnik, ale tak mały, że 70 cm nad ziemią temperatura i tak zawsze była poniżej zera. Pod Gaszerbrumem II jedyny grzejnik mieliśmy w kuchni, a jedyną pozytywną chwilą było przeniesienie kuchni do mesy – namiotu, w którym siedzieliśmy. Wkrótce okazywało się jednak, że ma to też odwrotny efekt: namiot wypełnia smród gazu i nafty z maszynek. Musieliśmy otwierać drzwi i okna, żeby wpuścić świeże powietrze. A to oznaczało napływ zimna.

Czy jest ono mocniej odczuwalne niż przy takich samych temperaturach na nizinach?

URUBKO: Praktycznie tak samo, ale w mieście masz możliwość wejścia do domu, ogrzania się, przygotowania na kolejne wyjście. Poza tym trzeba pamiętać, że ciało bierze ciepło z tlenu. Przy jego niedostatku, gdy żyjesz przez miesiąc na wysokości 5000 m w temperaturach -10 do -30 stopni, to tak jakbyś na nizinie żył miesiąc przy temperaturze -50.

To musi boleć. Na filmie widać, że Simone kaszle jak gruźlik i pluje krwią...

MORO: Zwykle śpię z otwartymi ustami. Rano mam kompletnie suche gardło, dlatego próbuję pluć, żeby je nawilżyć. Ale kiedy tak intensywnie pluję, gardło zaczyna krwawić.

Nieliczni decydują się atakować ośmiotysięczniki zimą. Co Was w tym pociąga? Wieczna sława? Chęć bycia pierwszym zdobywcą? Nadludzka walka? Wielka przygoda?

MORO: Pierwszy możesz być także w lecie – wciąż przecież są takie miejsca. Ale czymś, co tworzy różnicę między trudną wspinaczką a historyczną wspinaczką, jest eksploracja. Idąc w zimie czujesz, że rzeczywiście coś odkrywasz, torujesz szlak. Idąc w lecie, pokonujesz trudną drogę, ale to nie jest odkrywanie ludzkich limitów. Zimą powracasz, jak Mallory czy Hillary, do chwil, kiedy wszystko przed tobą jest niepewne, nieznane... Tym, czego szukam w alpinizmie, nie jest kolekcjonowanie szczytów. Staram się kontynuować tradycję eksploracji i prawdziwej przygody. Dlatego próbuję dokonywać historycznych wejść. Każdy rekord może zostać pobity: jeśli wchodzisz na Everest w 10 godzin, może znaleźć się ktoś, kto wejdzie w 9 godzin. Ale jeśli dokonujesz historycznego wejścia, pozostanie ono jako inspiracja dla przyszłych pokoleń do podążania wytyczoną przez ciebie drogą.

URUBKO: Są trzy rodzaje motywacji, które prowadzą mnie przez całą karierę: przygoda, sport i sztuka. Lubię być zimą w Himalajach, ponieważ dookoła jest mało ludzi i odkrywam nowy świat. Góry zimą są kompletnie inne niż latem: tam, gdzie latem jest śnieg, zimą jest gładki lód, gdzie zaś w lecie lód jest dobry, zimą pojawia się zagrożenie lawinowe, szczeliny są niemożliwe do przekroczenia i musimy je obchodzić. Możliwość bycia pierwszym tam, gdzie inni przegrali, jest także rodzajem zawodów. Nic w tym niezwykłego, przecież żyjemy, by być zwycięzcami, a nie przegranymi. Jednak równie ważnym powodem jest sztuka: chcę dać coś ze swojej duszy, z mojego pragnienia dojścia do istoty tego, czym jest alpinizm.

MORO: Alpinizm jest jak malarstwo, tu wszyscy podążają za czyjąś inspiracją. My idziemy często za Polakami.

Wojciech Kurtyka nazwał kiedyś himalaizm zimowy sztuką cierpienia.

MORO: Ależ ja lubię cierpieć! (śmiech) URUBKO: A ja się z tym nie zgadzam. Nie jesteśmy masochistami, żeby iść tam tylko dla bólu. Idę, by właśnie uniknąć cierpienia, by pokonać niebezpieczeństwa, by oddalić ryzyko. Idę dla wyniku, dla sukcesu. Ale także, by zyskać moc, nabrać rozpędu. Czy możesz sobie wyobrazić, co czuję, gdy pomimo trudności w końcu docieram na szczyt? Czasami podczas wejść na szczyty, i ciężkich podejść czułem jakiś rodzaj szczęścia w mięśniach, który pozwalał im działać w tak ciężkich warunkach. Myślę, że to stan, do którego zmierza każdy człowiek: być w stanie działać niezależnie od wszystkiego.

Cory mówi w filmie, że cierpienie jest wpisane w Twoje sowieckie DNA.

URUBKO: Cory żartuje. Nie chodzi o cierpienie, tylko o cierpliwość. Nauczyłem się tego od polskich wspinaczy na K2. Być cierpliwym, aktywnym w każdym wypadku i marzyć o powrocie w zdrowiu.

Czy we włoskim DNA też może być zapis: „cierpliwość w cierpieniu”?

MORO: Myślę, że tak, bo choć też nie jestem masochistą, to jednak uwielbiam podejmować duży wysiłek, czuć jak maszyna mojego ciała musi ciężko pracować, aby coś osiągnąć. I naprawdę nie lubię rzeczy lekkich. Nie wiem, skąd to się bierze, z czego wynika, czy jest zapisany w moim DNA szczególnie wysoki poziom odporności na cierpienie, ale to najpiękniejsza rzecz, którą lubię czerpać z ekstremalnych sytuacji. Andrzej Zawada opowiadał mi przed 20 laty, że pewien amerykański dziennikarz zapytał go: „Czemu idziecie zimą?”. A on na to: „Lato jest dla kobiet”. Oczywiście, była to prowokacja. Chcę powiedzieć tyle, że są ciągle mężczyźni, którzy potrafią cierpieć i nie wstydzą się tego. Na co dzień jeżdżą autem, używają komputera, wygodnie żyją, ale jednocześnie chcą pokazać, że mogą być jak zwierzęta: wytrzymali, silni i zdolni do przetrwania.

Ryzyko, które podjęliście na GII, było bardzo duże. Denis wpadł do szczeliny, przy zejściu porwała Was lawina. Denis powiedział potem: „Byłem gotowy na śmierć”.

URUBKO: Każdy jest gotowy – żyjemy w takim środowisku. Ale gdy nas przysypało, rzeczywiście dotarło do mnie, że to game over: życie dobiegło końca. Zdarzyło się tak trzy lub cztery razy w moim życiu. No... może pięć. Gdy odkryłem, że jednak żyję, oznaczało to dla mnie, że otrzymałem wielką szansę, by zrobić coś nowego i lepszego, przeżywać życie głębiej, być może się zabawić, może zakochać, robić coś interesującego lepiej niż przedtem.

MORO: A ja – tak szczerze – nie byłem gotowy na śmierć. Gdy znalazłem się w lawinie, miałem przeczucie, że przeżyję, że muszę przetrwać zły moment. Tak więc w mojej głowie nie kotłowały się krańcowe myśli. Oczywiście zrobiliśmy, co mogliśmy, żeby uniknąć lawiny. Ale warunki pogodowe tak mocno się zmieniły, było tak dużo śniegu, że gdy na plateau w górze oberwał się serak, nie dało się tego przewidzieć. Lawiny są jak choroby, które dopadają cię nawet, gdy siedzisz w domu i wierzysz, że jesteś odporny na wszelkie rodzaje ryzyka.

Jak się wydostaliście?

URUBKO: Moja twarz była na szczęście na powierzchni, mogłem oddychać. W pierwszym momencie trudno było rozpoznać sytuację, ponieważ kiedy się zatrzymaliśmy, straciłem wszystko z pola widzenia. Dopiero chwilę potem usłyszałem krzyk Cory’ego. „W porządku – pomyślałem. – Jestem uratowany. To znaczy: jestem w stanie nabrać powietrza”. Rozglądałem się przez 2-3 minuty dookoła. Wreszcie pośrodku lawiniska zobaczyłem Cory’ego, zakopanego w śniegu po ramiona. Simone nie był zasypany – taki z niego szczęściarz. Pomógł mnie i Cory’emu odkopać się spod śniegu. I, cóż robić, zaczęliśmy schodzić dalej.

Rzeczywiście, Simone, w górach wychodziłeś już bez szwanku z wielu niebezpiecznych sytuacji.

MORO: Mogę to tylko zawdzięczać Bogu, który zdecydował się obdarować mnie tak wysokim limitem szczęścia.

URUBKO: Na przykład w lawinie na Annapurnie. MORO: Tak, to było jak cud, od tamtej pory zastanawiam się, dlaczego cuda się zdarzają. Może dlatego, że mówię tak dobrze o polskim papieżu, on mnie chroni?

Jak wyglądał cud na Annapurnie?

MORO: Było to w dzień Bożego Narodzenia 1997 r. Wspinaliśmy się południową ścianą. Gdy byliśmy blisko grani szczytowej, urwał się wielki nawis śnieżny i poleciał wprost na nasze głowy. To nie była więc prawdziwa lawina, ale nagły obryw śnieżnej grani. Spadałem 800 m, podczas lotu tylko dwa razy dotykając ściany. Leżałem w środku śnieżnej ściany i wtedy naprawdę myślałem, że nie wrócę już do domu.

URUBKO: Kiedy zdarza się wypadek, najczęściej nie jesteś w stanie nic zrobić. Musisz liczyć na szczęście. Tak było, gdy w 1995 r. spadłem z lawiną wraz z moim zespołem i połamałem nogi. Moje życie wisiało na włosku. Ale bywa i tak, jak na Czo Oju. Wspinaliśmy się z Borysem Dedeszko nową drogą na południowej ścianie tego ośmiotysięcznika, było ciężko, ale kontynuowaliśmy drogę na szczyt, bo nie było możliwości odwrotu. Dopiero gdy stanęliśmy na wierzchołku, dotarło do mnie: jesteśmy martwi. Wykończeni po całkowitym załamaniu pogody, nie mieliśmy szans na zejście.

A jednak się udało...

URUBKO: Czasami wielkie szczęście kumuluje się i przydarza w jednym momencie. Ja muszę za nie płacić wieloma małymi pechami w detalach codziennego życia: wbiegam na stację, gdy ostatni pociąg już odjechał, wyciągam najgorsze jabłko z koszyka. Mam zawsze trochę pecha we wszystkim, ale za to jestem szczęściarzem w górach. Opłaca się...

Być może Bóg wynagradza Wam szczęściem w górach za ludzi, których w nich uratowaliście...

MORO: Być może. Najbardziej znana z tych sytuacji wydarzyła się na Lhotse, kiedy Darek Załuski poprosił mnie o pomoc angielskiemu alpiniście. Przerwaliśmy wyprawę, aby go uratować. Także w 2003 r. przerwałem wspinaczkę na Nanga Parbat, by sprowadzić w dół hiszpańskiego dziennikarza i alpinistę Oscara Gogorzę. Zawszę robię, co tylko mogę, by pomóc ludziom niezależnie od wysokości. Oczywiście spotykam także ludzi, którzy myślą tylko o własnym sukcesie, ale dzięki Bogu sam taki nie jestem.

Założyłeś nawet pogotowie górskie w Nepalu, zrobiłeś licencję pilota helikoptera. Zawsze marzyłeś o zostaniu ratownikiem? 

MORO: Zawsze marzymy o zmienianiu świata, o pokoju i o tym, że złe sytuacje przemienią się w dobre. Nie możemy oczekiwać, że takie rzeczy zdarzą się bez naszego bezpośredniego zaangażowania. Jeśli więc chcemy, by świat się zmienił, pierwszą rzeczą, którą musimy zrobić, jest zostanie jedną z osób, które tego spróbują. Kiedy zapragnąłem powołania służb ratunkowych w Himalajach, zdecydowałem się działać.

Jak dużą rolę odegrały miejsca, z których pochodzicie?

URUBKO: Wychowałem się na Sachalinie, gdzie góry są niewysokie. Gdy będąc jeszcze nastolatkiem przeglądałem mapę, odkryłem wyższe góry – Ałtaj. Pojechałem tam, spędziłem samotnie dwa tygodnie i do tej pory nie wiem, jak przeżyłem. Gdy wróciłem, popatrzyłem znów na mapę i zobaczyłem, że na Kamczatce są jeszcze wyższe góry. Ponieważ wolny czas miałem tylko w zimie, pojechałem tam zimą. Gdy po raz kolejny popatrzyłem na mapę, odkryłem jeszcze wyższe góry, ale już w innym kraju, Kazachstanie. To był Tien-szan.

MORO: Zaczynałem w Alpach Bergamskich, skąd pochodził jeden z największych alpinistów w historii – Walter Bonatti. Nasze góry przypominają trochę Tatry. Nie tak wysokie, ale wymagające. Idziesz w Tatry w zimie i nawet jeśli nie jesteś na dużej wysokości, często natrafiasz na bardzo ciężkie warunki, podobnie jak w Alpach. To dobre miejsca, żeby zaczynać. Inspirowali mnie ludzie, którzy stali się sławni dzięki dokonaniom na dużych wysokościach: Messner, Kukuczka, Wielicki. Oczywiście, gdy byłem młody, byłem zakochany we wspinaczce skalnej, ale gdy nabyłem doświadczenia i wydoroślałem, zdecydowałem się podążyć za moimi inspiracjami. Niewielu wspinaczy wysokościowych wywodzi się ze wspinaczki sportowej.

URUBKO: Ja też lubię skalną wspinaczkę, ale gdybym próbował się w niej doskonalić, zapłaciłbym za to na dużych wysokościach. Można to opisać na przykładzie małpy i konia. Koń biegnie szybko, ale nie może zawisnąć na drzewie. Małpa potrafi wspinać się na drzewa, ale za to zobacz, jak biega.

MORO: Ale moje wspinanie sportowe nie poszło na marne: nauczyłem się intensywnego i regularnego treningu, nie palę, prawie nie piję alkoholu. To nie jest wcale takie powszechne w górach: alpiniści często palą, upijają się, nie przywiązują wagi do właściwego, metodycznego treningu.

URUBKO: Żeby być himalaistą, musisz budować kondycję. Po pięćdziesiątce nie będę już pewnie w stanie wspinać się tak trudnymi drogami, ale jestem w stanie robić to teraz. I nikt nie może mnie powstrzymać. Kiedyś rząd chciał mnie wcisnąć do armii na Sachalinie, więc wyemigrowałem do Kazachstanu.

To chyba nietypowe dla Włocha: lubić mróz. Fascynacja zimą może być bardziej zrozumiała w przypadku Rosjanina z Kazachstanu, bo takie warunki są jego chlebem powszednim.

URUBKO: Jeśli zobaczysz człowieka wspinającego się w górach Tien-szan i we włoskich Alpach, wszystko wygląda podobnie: liny, raki, czekan, śnieg i lód. Ale temperatura u nas wynosi zazwyczaj -30, a tam -10. Wielka różnica. Żeby się przyzwyczaić do takich warunków, staram się wspinać w każdy weekend: 10-15 wspinaczek każdej zimy, niewysoko, na jakieś 4000-4300 m.

MORO: Zgadzam się, że zima nie jest tym, co Włosi lubią najbardziej. Jednak ludzie z Bergamo uchodzą za najciężej pracujących i najtwardszych na całym półwyspie. Może przez te wąskie doliny i klimat, który sprawia, że u nas jest raczej jak w krajach nordyckich czy po północnej stronie Alp niż na typowym Południu?

URUBKO: Ale ja też lubię ciepło. Roald Amundsen powiedział, że nie jest możliwe, by mieć cierpliwość dla zimna. To jedyna rzecz w klimacie świata, na którą nikt nie jest wystarczająco odporny.

MORO: Cierpliwość to kluczowa cecha, której potrzebujesz, chcąc się wspinać zimą. Myślę, że to największy atut, jaki posiadam – większy niż siła – zdolności psychiczne. Oczywiście trenuję i jestem świetnie przygotowany fizycznie. Ale to psychika czyni różnicę pomiędzy silnym wspinaczem a wspinaczem gotowym na długą wspinaczkę zimową.

Jak się w takich warunkach zrelaksować i odpędzić myśli o niebezpieczeństwie? Na filmie podczas burzy śnieżnej Simone leży w śpiworze i słucha U2.

MORO: Szczerze mówiąc, tylko w górach słucham muzyki. Prowadzę tak intensywne życie, że nie ma w nim miejsca na wypoczynek. Gdy jesteś mężem i ojcem, pilotem, profesjonalnym alpinistą, skoczkiem spadochronowym – nie masz nawet sekundy oddechu. Dlatego ekspedycje himalajskie są dla mnie jak wakacje, bo mam tylko jedną rzecz do zrobienia – po prostu się wspinać. Poza tym słucham muzyki, czytam, piszę – podczas wyprawy na Nanga Parbat będę wreszcie miał czas, żeby pisać książkę.

URUBKO: Na Makalu mieliśmy obaj odtwarzacze, to było miłe, ale nie grało jakiejś wielkiej roli. W bazie dobrze jest odpocząć mentalnie. Najlepiej porozmawiać z bliskimi, bo internet i telefony satelitarne dają takie możliwości. Wyobrażam sobie, jak czuli się ludzie wiele lat temu, gdy ekspedycje nie miały wsparcia technologicznego... Na przykład: siedzisz w bazie pod Makalu i słyszysz silny huragan, ten głos góry, dźwięk pustki, to ciągłe buuuuu dookoła, jeden dzień, drugi, tydzień, dwa i już masz to ciągle w głowie. A potem musisz wyjść w pustkę, działać i nie zginąć. To wielka presja i stres, więc konieczne jest przestawienie umysłu na drugą stronę.

Dlaczego wybraliście Nanga Parbat za cel tegorocznej wyprawy? Co jest magicznego w tej górze? Z czterech niezdobytych jeszcze zimą ośmiotysięczników Broad Peak uważany jest za łatwiejszy. Gaszerbrum I atakują w tym roku Polacy.

URUBKO: Użyłeś właściwego słowa – „magiczny”. Na Nanga Parbat odbyła się pierwsza ekspedycja himalajska (prowadzona przez Anglika Alberta Mummery’ego w 1895 r.) i pierwsza wyprawa zimowa (próba angielskiego zespołu, który w 1950 r. prowadził Szerpa Tenzing Norgay). Messner dokonał tu pierwszego trawersu ośmiotysięcznika. To góra, na której ludzie próbują dokonać czegoś nowego; wielka góra – licząc od podnóża, jedna z największych na świecie. Jednak Nanga Parbat to nie tylko szczyt. To opowieść. Lubię być widzianym na stokach, którymi schodzili Reinhold i Günter Messnerowie, albo na szczycie, na którym zaginął Mummery. Oto wielka historia himalajskiej przygody, chciałbym dopisać do niej swój rozdział.

MORO: Oczywiście ważne jest, że Nanga jest znaną górą, budzącą już wcześniej uwagę zimą, bo było 11 prób wejścia o tej porze. Ale padło na nią głównie z powodów logistycznych. Naszym celem pierwotnie miał być Broad Peak, ale nagle w Pakistanie trzykrotnie wzrosła cena transportu helikopterem. Podczas kryzysu w światowej ekonomii chciałem uniknąć dawania złego sygnału: że mógłbym wydać mnóstwo pieniędzy na wyprawę. Alpinizm jest także drogą do edukowania siebie samego, swojej ekipy i ludzi, którzy dla nas pracują.

Co będzie, gdy cel zdobycia wszystkich ośmiotysięczników zimą zostanie już osiągnięty? Czy to będzie koniec wielkiego himalaizmu?

MORO: Absolutnie nie. Niemal każdy ośmiotysięcznik ma co najmniej jedną ścianę, na której nie ma jeszcze drogi: wschodnie ściany K2, Kanczendzongi, Mount Everestu... Ale także zdobycie wszystkich ośmiotysięczników zimą będzie ogromnym wyzwaniem, a w dalszej kolejności – zdobycie bardzo wielu szczytów siedmiotysięcznych. To może potrwać przez całe stulecie.

URUBKO: Możesz sobie wyobrazić południową ścianę Everestu pokonaną w stylu szybkościowym, jak to zrobił Ueli Steck z północną ścianą Eigeru? Że jeden człowiek pojawia się tam tylko w rakach, z dwoma czekanami, i wspina się tamtędy w ciągu jednego dnia? To niewiarygodne, co nie znaczy, że niemożliwe. Postęp w alpinizmie, podobnie jak postęp w sztuce, nie ma granic. Możemy wyobrazić sobie wszystko. Alpinizm jest rodzajem ewolucji.

Włoch Moro urodził się w 1967 r. w Bergamo, z wykształcenia jest bibliotekarzem i trenerem pływania. Rosjanin Urubko (ur. 1973 r.) wychował się na Sachalinie, z zawodu jest aktorem, a dla gór przeprowadził się do Kazachstanu. Moro zdobył siedem ośmiotysięczników, w tym czterokrotnie Mount Everest (w 2000 r. spędził 5 dni bez tlenu powyżej 8000 m, w 2006 r. dokonał pierwszego samotnego trawersu Everestu z południa na północ, a zejście ze szczytu zajęło mu zaledwie 5 godzin). Jego specjalnością stały się szybkie wejścia w stylu alpejskim (samotnie lub w małym zespole). W 2001 r. przerwał wspinaczkę na Lhotse, by odnaleźć i ocalić rannego i wyczerpanego angielskiego himalaistę Toma Mooresa – został za to uhonorowany przez UNESCO nagrodą Fair Play Pierre’a de Coubertina.

Urubko jest 15. w historii zdobywcą Korony Himalajów, w sumie aż 18 razy był na szczycie ośmiotysięcznika. Wszystkich wejść dokonał bez tlenu. Z wieloletnim partnerem wspinaczkowym Siergiejem Samojłowem pokonał nowe drogi na ścianach ośmiotysięczników Broad Peaku i Manaslu. Za nową drogę na południowo- -wschodniej ścianie Czo Oju wraz z Borysem Dedeszko otrzymał Złoty Czekan 2009 – alpinistycznego Oscara. Jest też dwukrotnym laureatem Azjatyckiego Złotego Czekana oraz wielokrotnym zwycięzcą ekstremalnych zawodów w biegach górskich (m.in. na Elbrus i Chan Tengri). Obaj są pierwszymi zimowymi zdobywcami ośmiotysięczników Makalu (2009) i Gaszerbruma II (2011). Poza towarzyszącym im na tym ostatnim Amerykaninem Corym Richardsem są jedynymi nie-Polakami, którzy dokonali pierwszych zimowych wejść na ośmiotysięczniki zimą. W 2011 r. ukazały się w Polsce ich książki: „Kometa nad Annapurną” Moro i „Skazany na góry” Urubko.

Dziękujemy, że nas czytasz!

Wykupienie dostępu pozwoli Ci czytać artykuły wysokiej jakości i wspierać niezależne dziennikarstwo w wymagających dla wydawców czasach. Rośnij z nami! Pełna oferta →

Dostęp 10/10

  • 10 dni dostępu - poznaj nas
  • Natychmiastowy dostęp
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Wybrane teksty dostępne przed wydaniem w kiosku
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
10,00 zł

Dostęp kwartalny

Kwartalny dostęp do TygodnikPowszechny.pl
  • Natychmiastowy dostęp
  • 92 dni dostępu = aż 13 numerów Tygodnika
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Wybrane teksty dostępne przed wydaniem w kiosku
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
79,90 zł
© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]
Dziennikarz od 2002 r. współpracujący z „Tygodnikiem Powszechnym”, autor reportaży, wywiadów, tekstów specjalistycznych o tematyce kulturalnej, społecznej, międzynarodowej, pisze zarówno o Krakowie, Podhalu, jak i Tybecie; szczególne miejsce w jego… więcej

Artykuł pochodzi z numeru TP 07/2012