To tylko tytuł. Chcieć biskupstwa, przynajmniej w głębi duszy, można. Można na przykład mieć świadomość posiadanych talentów, znajomość sytuacji czy po prostu umiejętności potrzebne biskupowi. Od kandydatów na to stanowisko nie oczekujmy głębokiej nieświadomości własnych cech. Nie wszyscy i nie zawsze muszą być nominacją zaskoczeni.
Oczywiście, jest też mnóstwo motywów niezbyt pięknych, poczynając od ambicji, a skończywszy na… szkoda gadać. Cóż, ludzkie słabości są udziałem nas wszystkich. A słabości mogą się stawać wprost spektakularne, kiedy natrafią na sprzyjające warunki i wymkną się spod kontroli. To temat sam w sobie. Zostawmy go i zastanówmy się nad tymi, o których mowa w tytule. Nad duchownymi, którzy nie chcą, choć św. Paweł powiada, że kto pożąda biskupstwa, dobrej rzeczy pożąda. Ale oni akurat nie pożądają…
Nie wiem, czy kiedykolwiek przeprowadzano ankiety: „dlaczego nie chcę zostać biskupem?”, ale myślę, że gdyby tak było, to szczera odpowiedź zawierałaby lęk przed odpowiedzialnością, lęk przed mądrzejszymi konfratrami, świadomość nieumiejętności czy wręcz niezdolności do kierowania tak dużą jednostką jak diecezja i pewnie inne szlachetne powody. Jakąś rolę mogłaby też odgrywać zwykła niechęć do zajmowania tak eksponowanego miejsca. Można się jednak zastanawiać, czy wszystko, co jest nakładane na człowieka jako biskupi obowiązek, rzeczywiście jest biskupim obowiązkiem. Wreszcie, nie przypadkiem biskupi odwołują się do pomocy nadprzyrodzonej.
Według Ignacego Dudkiewicza, który pisze o tym w dziale Wiara, wielu księży odmawia przyjęcia sakry biskupiej, choć jednocześnie wielu jest przekonanych o powołaniu do biskupstwa. To prawda, są ludzie obdarzeni zdolnościami do kierowania innymi i ludzie tych zdolności raczej pozbawieni, ale uważam, że odmowa przyjęcia sakry biskupiej – pomijając obiektywne przeszkody, jak choroba – nie jest, bez urazy, reakcją dobrą. Owszem, to wyróżnienie (a jest to wyróżnienie) będzie się coraz bardziej wiązało z podjęciem większej odpowiedzialności, nie zaś z przywilejami i korzyściami. W tym kierunku idą zachodzące zmiany.
Nie znam historii poszczególnych biskupich nominacji. Wiem, że byli ludzie, którzy do tych nominacji dążyli, którzy zaszli, gdzie chcieli zajść, i ludzie, którzy nie doszli. Nawet jeśli tym się specjalnie nie interesuję, widzę, jak różne są dążenia konkretnych ludzi i jak różne są ich biografie. „Model biskupa” u nas jest odmienny niż – to widziałem – w interiorze brazylijskim czy wielu krajach. Biskupi są sukcesorami apostołów, a jednocześnie przez stulecia ich styl życia, a nawet funkcja coraz bardziej się, w zależności od miejsca na świecie, zmieniały i nadal będą zmieniać. Można pragnąć i nieśmiało przewidywać, że szczęśliwie będą coraz bardziej przypominać styl życia apostołów.
Niedobory ewentualnych kandydatów na biskupie stolice są częścią większej całości. I zresztą okazują się relatywne. Stopniowo ten problem będzie znikał, jak znikać będzie stary model duszpasterstwa. Już dziś widać biskupów, którzy są odpowiedzią na potrzeby naszych czasów. Mam nadzieję, że to oni będą niebawem nadawać ton sprawowaniu tej funkcji we wspólnocie wiary. Kościół, może dlatego, że jest instytucją nie z tego świata, zmienia się powoli, ale gruntownie. My mamy poczucie, że fatalnie trafiliśmy na szczególnie krytyczny moment w jego dziejach. Ale przecież takich momentów było już sporo. Zawsze okazywały się początkiem gruntownej odnowy.
Więc tylko spokojnie patrzmy, gdzie płynie nurt. I ostrożnie, bo nie każda nowość jest odnową – żebyśmy się nie nabrali.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

















