Szanowny Użytkowniku,

25 maja 2018 roku zaczyna obowiązywać Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE (określane jako „RODO”, „ORODO”, „GDPR” lub „Ogólne Rozporządzenie o Ochronie Danych”). W związku z tym informujemy, że wprowadziliśmy zmiany w Regulaminie Serwisu i Polityce Prywatności. Prosimy o poświęcenie kilku minut, aby się z nimi zapoznać. Możliwe jest to tutaj.

Rozumiem

Reklama

Nasi Sprawiedliwi

Nasi Sprawiedliwi

18.04.2016
Czyta się kilka minut
Historia Zagłady to nie czytanka dla grzecznych dzieci. Opowieści o Sprawiedliwych nie da się wygrać tylko na jasnej nucie.
„Sala imion” ze zdjęciami zamordowanych Żydów. Miejsce Pamięci Yad Vashem, Jerozolima 2013 r. Fot. Sebastian Scheiner / AP / EAST NEWS
C

Co się stało z pamięcią o Polakach ratujących Żydów w czasie Zagłady? Ratujących pod groźbą śmierci, wbrew drakońskim rozporządzeniom, wbrew „rozsądkowi”, wbrew niechęci sąsiadów, wbrew rozpowszechnionemu przekonaniu, że Żydzi są naszymi wrogami, co stawia ich poza granicą odpowiedzialności moralnej?

Heroizm jest tajemnicą. Jeszcze większą tajemnicą jest heroizm bezinteresowny.

Narażam życie swoje, rodziny i bliskich nie dla idei, nie dla ojczyzny, ale dla obcego człowieka, dla nieznanego uchodźcy z getta. Dla okradzionego i pobitego Samarytanina. Gorzej: dla trędowatego, zadżumionego, który wszystkich wokół może zarazić i doprowadzić do zguby. A jednak to robię. Wyciągam do niego rękę.

Zabieram go pod swój dach. Albo organizuję mu jakieś schronienie. Niech to będzie miejsce za szafą, kąt na strychu, dziura wykopana pod chlewem – nieważne: jak znajdą, to zabiją wszystkich. Znajdywali i zabijali. Często znajdywali dlatego, że inni donosili. Bystre oczy. Czujne uszy. Świetny węch.

Co zrobiliśmy w Polsce z tym niezwykłym doświadczeniem? Niestety – zamieniliśmy w targowisko próżności, zaprzęgliśmy do politycznego rydwanu, uczyniliśmy orężem w walce z wyimaginowanymi wrogami. Ci, którzy ratowali Żydów, są teraz przywoływani jako „argument za” albo „argument przeciw”. Mamy Sprawiedliwych, bo wielkim narodem jesteśmy, bo najwięcej drzewek naszych na wzgórzach Yad Vashem zasadzono. Nasi Sprawiedliwi przeciwko oskarżeniom, że niby Żydów źle traktowaliśmy. Dumę z naszych Sprawiedliwych rzucamy w twarz tym, którzy zatruwają nas pedagogiką wstydu. Nasi Sprawiedliwi dowodzą, że nie mamy się czego wstydzić. Pomnik Sprawiedliwych na pl. Grzybowskim w Warszawie ma mieć formę betonowej wstęgi oplatającej kościół Wszystkich Świętych, z wyrytymi na wstędze dziesiątkami tysięcy nazwisk. Pomnik stawiany przez fundację Ratującym – Ocaleni ma powstać tuż przy Muzeum Historii Żydów Polskich POLIN, bo tam zobaczy go najwięcej ludzi. Sprawiedliwi są naszym towarem eksportowym.

Wśród tych, którzy ratowali Żydów, byli wierzący i niewierzący, uczeni i analfabeci, biedni i bogaci, chłopi i inteligenci. Chciałbym, żeby jak najwięcej ludzi zobaczyło mojego ulubionego bohatera. Płk Władysław Kowalski, dyrektor w Polskich Zakładach Philips S.A. w Warszawie, wraz z gronem przyjaciół prowadził prywatną wojnę z Niemcami o życie skazanych na Zagładę. Ocalił w sumie 56 osób. Część ukrywał we własnym mieszkaniu Pańskiej, dla innych szukał schronienia. Był wielokrotnie ostrzegany przez życzliwych sąsiadów przed nieżyczliwymi sąsiadami. W kryjówce za sztuczną ścianą chowało się w razie niebezpieczeństwa 12 Żydów.

Gestapo trzykrotnie przeprowadzało rewizję. Bez skutku. Kiedy wyczerpały się zasoby ukrywanych, Kowalski nie tylko przeznaczył dla nich swoją pensję, lecz także rozkręcił chałupniczą produkcję zabawek. Robione przez ukrywających się Żydów zabawki szły jak woda na Kercelaku. Kowalski przetrwał z nimi powstanie warszawskie, a po jego upadku został z podopiecznymi w przygotowanym przez siebie bunkrze na ul. Siennej – pod gruzami doczekali wyzwolenia. Po wojnie ożenił się z Leokadią Bucholz, której uratował życie. Wyemigrował z nią do Izraela w 1957 r., z goryczą opuszczając Polskę, znów dotkniętą antysemicką gorączką. Jako jeden z pierwszych Polaków został uhonorowany przez Instytut Vad Vashem tytułem Sprawiedliwego wśród Narodów Świata. Było to w 1963 r. – dwa lata wcześniej niż Władysław Bartoszewski i Irena Sendlerowa.

Widzieli, a nie wydali

Dlaczego tak bardzo trudno było pomagać Żydom? Dlaczego życie ukrywających się i tych, którzy ich ukrywali, wisiało na włosku każdej godziny? Dlaczego ratowanie

Żydów było niejednokrotnie bardziej niebezpieczne niż działalność konspiracyjna?
Jasia Lewinson wyszła z getta warszawskiego z matką i siostrą w styczniu 1943 r. Miały się zatrzymać u rodziny Sokolnickich w kamienicy na skrzyżowaniu Marszałkowskiej i Świętokrzyskiej. Wchodzą do bramy. Nikogo. Ale klatka schodowa jest jasno oświetlona. „Czekał nas najkrótszy, ale najbardziej ryzykowny odcinek drogi: miałyśmy wspiąć się po schodach i wejść do mieszkania przez nikogo nie zauważone”. Zanotowana tu obserwacja jest kluczowa dla odpowiedzi na postawione pytania. Trzy ścigane Żydówki szczęśliwie przeszły przez pół miasta, więc dlaczego wejście po schodach ma być tak niebezpieczne? Przecież w kamienicy nie było Niemców, mieszkali w niej tylko polscy sąsiedzi.

Leokadia Schmidt ukrywa się w okolicach Wołomina u Marysi Michalskiej, bardzo pobożnej kobiety. Marysia ryzykuje życie, ale dręczą ją wyrzuty sumienia. Zwierza się Leokadii, „że modli się, by Bóg jej nie ukarał za to, że nam pomaga”. Boi się też, że „po wojnie ludzie będą ją za to palcami wytykać”. Więc dlaczego to robi? Nakazał jej to ks. Święcki, bo „w tak krytycznym momencie obowiązkiem każdego chrześcijanina jest pomagać cierpiącemu”.

Noemi Szac-Wajnkranc ukrywa się w okolicach Warszawy. Pewnego dnia jedzie pociągiem. W przedziale siedzi siostra szarytka z małą dziewczynką na ręku. Dziecko ma czarne, smutne, wystraszone oczy. Płacze. Siostra daje jej grzechotkę. Dziewczynka potrząsa grzechotką i mówi: „Bjokada, schodzić nadu, bjokada, schodzić, wsiści pjętko, pjętko, bjokada”. Noemi jest przerażona. To żydowskie dziecko nuci tragiczną piosenkę wysiedlenia. Ale nikt nie zwraca na to uwagi. Nie słyszą? Nie rozumieją? Dziecko mruży smutne oczy i zasypia.

Michał Głowiński krąży po aryjskiej Warszawie z ciotką. Dzięki pomocy Ireny Sendlerowej ma zostać umieszczony w zakładzie opiekuńczym Zgromadzenia Sióstr Służebniczek Najświętszej Marii Panny w Turkowicach. Ale trzeba jeszcze wykonać ważny telefon. Ciotka zostawia chłopca w cukierni i wychodzi. Mały Michał natychmiast czuje na sobie świdrujące spojrzenia. Siedzące w środku kobiety obłapiają go wzrokiem, szepczą: „Żydek”, a także: „Trzeba dać znać na policję”. Nic się jednak nie dzieje. Wraca ciotka, zabiera Michała i wychodzą.

Tak, tych, którzy wiedzieli, widzieli, słyszeli, a nie wydali, były miliony. Czy wliczymy ich wszystkich w poczet Sprawiedliwych?

Formacja „Sąsiedzi”

Czy dominującą postawą Polaków wobec Żydów w czasie Zagłady była obojętność? „Bynajmniej nie jestem zaślepiony, żeby uważać, że obowiązkiem każdego Polaka było z narażeniem własnego życia przechowywać u siebie w mieszkaniu Żyda, ale uważam, że obowiązkiem społeczeństwa polskiego było umożliwić Żydom swobodne poruszanie się po polskiej dzielnicy” – pisał w 1943 r. Calel Perechodnik. Wtórowała mu Krystyna Nowakowska. Jej opublikowane w 1948 r. wspomnienia „Moja walka o życie” opatrzył wstępem Jarosław Iwaszkiewicz. Nowakowska pyta, dlaczego Polacy nie byli dyskretni. „Przecież niczego się już nie pragnie od nich jak tego milczenia, jak tego nieszeptania na ucho drugim (...), którzy dalej szeptali, aż wyszeptano o tym w gestapo. (...) Gdyby po prostu byli absolutnie bierni, uratowaliby się prawie wszyscy uciekinierzy z getta”.

Śniada twarz Sulamitki stała się dla Zuzanny Ginczanki żydowskim piętnem jeszcze przed obowiązkiem noszenia opasek z gwiazdą Dawida. Była piękna, zmysłowa, uwodzicielska i demoniczna. Wcielenie mitu „pięknej Żydówki”. Osaczali ją, tropili wytrwale i z oddaniem. Udało jej się ukryć. Ale Zofia Chominowa, gospodyni kamienicy przy ul. Jabłonowskich we Lwowie, czuwała. Wskazała mieszkanie. Ginczanka wykupiła się. Kiedy przyszli znowu, uciekła schodami oficyny. Pomógł jej kelner. Wyjechała do Krakowa. Tropiona, chowała się w różnych kryjówkach. Ostatnia była w domu przy ul. Mikołajskiej. Wydał ją sąsiad. Kolejny członek formacji „Sąsiedzi”. Nie znamy jego nazwiska. Nazywał się „Legion”, ponieważ było ich wielu. Wygarnęli ją z mieszkania razem ze szkolną przyjaciółką z Równego, Blumą Fradis. Rozstrzelali w obozie w Płaszowie pod koniec 1944 r.

„Non omnis moriar” Ginczanki to jeden z najczarniejszych polskich wierszy. W 1948 r. stał się oskarżeniem i materiałem dowodowym w sprawie przeciwko denuncjatorce. Ginczanka przywołuje w nim tradycję horacjańską oraz „Testament mój” Słowackiego, by dokonać ich druzgocącego przenicowania. Niejako zza grobu przekazuje nam swój straszliwy testament wydziedziczenia, odrzucenia, pohańbienia i przerażającej samotności. Jedynymi, którzy się nią interesują, są szpicle, donosiciele i denuncjatorzy. Właśnie oni zbierają się na stypę, która przeobraża się w jakąś złodziejską orgię poszukiwania, rycia, węszenia za złotem. Owi „spadkobiercy” poetki, całkowicie pochłonięci zbożnym trudem rabunku, stają się aniołami à rebours. Pierze z rozdartej pościeli i pakuły z rozprutego materaca oblepiają ich ramiona na podobieństwo anielskich skrzydeł.

Krew pobratymcza

Historia Zagłady to nie czytanka. Opowieści o Polakach ratujących Żydów nie da się wygrać na jednej, jasnej nucie. Nie da się jej skomponować w takt melodii ku pokrzepieniu serc. Czy dzisiejsi bezkrytyczni apologeci polskiego bohaterstwa i męczeństwa doczytali do końca „Ogniem i mieczem” ich ukochanego pisarza? „Nienawiść wrosła w serca i zatruła krew pobratymczą”...

Jan Błoński w 1987 r. pisał w „Tygodniku Powszechnym” w słynnym eseju „Biedni Polacy patrzą na getto”, że przy tak nagromadzonej nienawiści wobec Żydów „można się nieraz dziwić, że za słowami nie poszły czyny. Ale nie poszły (albo szły rzadko). Bóg tę rękę zatrzymał”.

Dziś wiemy, że były ręce, których Bóg, niestety, nie zatrzymał. Co zrobimy z tą wiedzą? Czy będziemy wytaczać procesy tym, którzy o tym mówią? Czy będziemy im odbierać ordery? Czy może zdołamy przyjąć tę wiedzę gorzką i ciemną jak Gwiazda Piołun, a ona nas wyzwoli? ©

Prof. JACEK LEOCIAK (ur. 1957) jest kierownikiem Zespołu Badań nad Literaturą Zagłady w Instytucie Badań Literackich PAN i członkiem Centrum Badań nad Zagładą Żydów. Współautor „Getta warszawskiego. Przewodnika po nieistniejącym mieście”, opublikował też „Ratowanie. Opowieści Polaków i Żydów” i „Tekst wobec Zagłady. Relacje z getta warszawskiego”.

Czytasz ten tekst bezpłatnie, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]