Szanowny Użytkowniku,

25 maja 2018 roku zaczyna obowiązywać Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE (określane jako „RODO”, „ORODO”, „GDPR” lub „Ogólne Rozporządzenie o Ochronie Danych”). W związku z tym informujemy, że wprowadziliśmy zmiany w Regulaminie Serwisu i Polityce Prywatności. Prosimy o poświęcenie kilku minut, aby się z nimi zapoznać. Możliwe jest to tutaj.

Rozumiem

Reklama

Nadzieja i strach

Nadzieja i strach

04.01.2011
Czyta się kilka minut
MARCIN ZAREMBA, historyk: Po 1945 r. Polacy potrzebowali żywych bohaterów, bo umarłych mieli w nadmiarze. Mikołajczyk i Anders stali się ikonami marzeń o wolności.
A

Andrzej Brzeziecki: Wojna dobiegła końca, świat się cieszył, ale nastroje Polaków dalekie były od radosnych.

Marcin Zaremba: W książce Primo Leviego "Rozejm" jest zdanie, które usłyszał w drodze z Krakowa do Katowic od napotkanego Polaka, adwokata: "Polska to smutny kraj". Rzeczywiście, entuzjazm po zakończeniu wojny był umiarkowany. Dominowało poczucie klęski. Składały się na nie czynniki oczywiste, jak przegrana Powstania Warszawskiego czy utrata Kresów Wschodnich. Polska była wówczas krajem praktycznie okupowanym - ze wszystkimi tego konsekwencjami, np. plagą radzieckich maruderów. W samej tylko Częstochowie w 1945 r. zamordowali 30 osób i zgwałcili kilkadziesiąt kobiet. Podobnie było w innych miastach, zwłaszcza w Gdańsku, Katowicach, Szczecinie. Wojska ciągle się gdzieś przemieszczały, NKWD siało terror. Panowało więc przekonanie, że wojna tak naprawdę się nie skończyła. Czegoś takiego nie odczuwali ani Włosi, których państwo przegrało wojnę, ani Francuzi, ani tym bardziej Anglicy.

Jak to poczucie przegranej przenosiło się na nadzieje związane z III wojną światową, podczas której armia Andersa miała wyzwolić kraj?

Ciągle panował lęk wyniesiony z wojny, a nowa rzeczywistość dostarczała nowych źródeł niepewności. Poczucie tymczasowości, zawieszenia i lęku to emocje, które odczuwała - choćby przez krótki czas - większość Polaków w pierwszych latach powojennych. Tymczasowość łączyła się z brakiem bezpieczeństwa, ale dawała też nadzieję na zmiany. Polska była w obozie aliantów, liczono więc, że staną po naszej stronie. Było to myślenie życzeniowe. W lutym 1941 r. w znajdującym się pod okupacją radziecką Lwowie filozof Kazimierz Ajdukiewicz wyrażał przekonanie, że "Anglicy napadną na Sowiety z poczucia honoru, ponieważ mają moralne zobowiązania wobec Polski". Skoro jeden z najwybitniejszych umysłów epoki karmił się tego rodzaju nadziejami, trudno się dziwić, że inni myśleli podobnie. Władze komunistyczne zachowywały się zresztą tak, jakby rzeczywiście miała zaraz wybuchnąć wojna. Jej zapowiedź Polacy odczytali np. z dekretu z 30 marca 1945 r. o mobilizacji kobiet do pomocniczej służby wojskowej. 1 września 1945 r. ogłoszono rejestrację wozów i rowerów, w niektórych miastach kazano oczyścić piwnice i strychy. Wszystko wskazywało, że zaraz wybuchnie nowy konflikt zbrojny.

Co ważniejsze, Polacy wiedzieli już, czym był Związek Radziecki, widzieli różnice kulturowe między państwem Stalina a Zachodem, więc wyciągali zupełnie logiczny wniosek, że do konfliktu dojść musi. Żołnierze radzieccy mówili: "Teraz pójdziemy na Zachód". Takie plotki krążyły po Polsce. Potwierdzał je rzeczywisty początek "zimnej wojny". Przemówienie Winstona Churchilla w marcu 1946 r. w Fulton wywołało w Polsce autentyczną psychozę wojenną. Ludzie rzucili się wykupywać żywność i świeczki. W Krakowie ustawiano się do spowiedzi, bo bano się, że zaraz spadnie bomba atomowa.

"Jedna bomba atomowa i wrócimy znów do Lwowa"... Jak długo trwały te nastroje? Kiedy zdano sobie sprawę, że klamka zapadła?

Trudno powiedzieć. Jeszcze w 1948 r. nadzieje na wojnę były silne. Bywały dni, kiedy ludzie nie puszczali dzieci do szkół, bo bali się, że w ciągu kilku godzin dojdzie do wojny. Zdarzało się, że w kościele podczas Mszy ludzie modlili się o wojnę. Takie oczekiwania rosły wraz z postępem stalinizmu. Ważne były też informacje o tzw. pierwszym kryzysie berlińskim, czyli zablokowaniu przez Stalina zachodnich stref okupacyjnych w Berlinie w latach 1948-49. Później takie nadzieje wezbrały jeszcze w czasie wojny koreańskiej. Ale z czasem zastępował je strach przed wojną.

Jaka była w tym rola gen. Andersa jako osoby rzeczywistej, ale też jako symbolu?

Legenda Andersa była częścią składową szacunku, jakim w czasie wojny darzono przywódców emigracji - przedstawicieli prawdziwych władz Rzeczypospolitej. Gdy w czerwcu 1945 r. Stanisław Mikołajczyk przyleciał do kraju, witano go jak bohatera narodowego. Warszawa oszalała z radości, czekano na niego od miesięcy i nagle się pojawił. Na trasie jego przejazdu zbierały się tłumy, jakby cała stolica wyszła na ulice. Skandowano: "Anders, Maczek, Mikołajczyk!". Podobnie krzyczano w Krakowie i Poznaniu. Polacy potrzebowali żywych bohaterów, bo umarłych mieli w nadmiarze. Kogoś, kto personifikowałby bohaterską przeszłość narodu. Takiego przywódcy brakowało. Dlatego Mikołajczyk i Anders w latach 1945-46 byli ikonami polskich marzeń o wolności.

Tymczasem Anders odradzał Mikołajczykowi powrót do Polski i uważał to za zdradę.

Konflikty w Londynie do kraju nie docierały. A jeśli, to nie były przyjmowane. Wydawały się nieistotne. Polacy odrzucali to, co nie pasowało do ich wyobrażeń.

Skąd trwałość mitu "Andersa na białym koniu"?

Być może ten mit się utrwalił, bo szybko został przejęty przez propagandę komunistyczną i był wykorzystywany jako symbol naiwnych rojeń. Bliski wówczas władzy Konstanty Ildefons Gałczyński w 1947 r. napisał utwór "Śmierć inteligenta", który zaczynał się tak: "Przeziębiony. Apolityczny. / Nabolały. Nostalgiczny. / Drepce w kółko. Zagląda. / Chciałby. Pragnąłby. Mógłby. Gdyby. / Wzrok przeciera. Patrzy przez szyby. / Biały Koń? Nie, śnieg pada". A zatem ten "Anders na białym koniu" służył do obśmiewania londyńczyków, "panów", którym przeciwstawiano chłopskie i robotnicze społeczeństwo.

Komuniści nie wiedzieli, że rząd emigracyjny przestał być siłą po Jałcie?

Chodziło też o coś innego. Ważnym polem bitwy między władzami emigracyjnymi, w tym Andersem, a władzami komunistycznymi były obozy dla tzw. dipisów, uchodźców i osób przesiedlonych w czasie wojny i przebywających w zachodnich strefach okupacyjnych. Obie strony wysyłały do nich emisariuszy, by wrócili do kraju albo przeciwnie - zostali na Zachodzie. Nakłaniano ich do opowiedzenia się po którejś ze stron. Wtedy Anders naprawdę był ważny i do czasu wyjazdu do Londynu i rozwiązania II Korpusu stanowił ważną alternatywę.

Po co więc te akcje propagandowe wymierzone w Andersa, z odebraniem mu obywatelstwa, gdy po demobilizacji armii polskiej na Zachodzie nie przedstawiał on już realnej siły politycznej ani militarnej?

Przeciętny Polak nie wiedział wiele o trudnościach życia emigrantów. Nie zdawano sobie sprawy, że członkowie elity II Rzeczypospolitej zatrudniają się np. jako barmani, by wymienić choćby gen. Maczka. Przeciwnie, propaganda PRL narzucała stereotyp emigranta jako tego, któremu CIA i inne instytucje Zachodu wciskają do głowy kłamstwa, a do ręki pieniądze. Tak prezentowano później też Radio Wolna Europa.

Stosunek władz PRL do Andersa czy Maczka, któremu też odebrano polskie obywatelstwo, wynikał z szerszego kontekstu. Władza PRL wiedziała, że nie ma legitymacji do rządzenia. Tę mieli właśnie przywódcy w Anglii. Trzeba było więc im tę legitymację odebrać i pokazać, że dla władzy w kraju nie ma żadnej alternatywy. Należało Andersa ośmieszyć i zbagatelizować. To odnosiło sukces, bo nadzieje związane z emigracją z każdym rokiem słabły. W 1956 r., gdy robotnicy formułowali swoje postulaty, nie traktowali już emigracji jako alternatywnej siły politycznej. Komunistom udało się ją zmarginalizować.

Dr MARCIN ZAREMBA (ur. 1966) jest adiunktem w Instytucie Studiów Politycznych PAN i Instytucie Historii UW, zajmuje się historią społeczną. Opublikował m.in.: "Komunizm, legitymizacja, nacjonalizm. Nacjonalistyczna legitymizacja władzy komunistycznej w Polsce".

Czytasz ten tekst bezpłatnie, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum
Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]