Na końcu świata

Wciąż pojawiają się nowe warianty losu HMS „Bounty”. Najsłynniejsza historia morskiego buntu nie daje nam spokoju. O kapitanie Blighu i oficerze Fletcherze jeszcze nie raz usłyszymy.

03.08.2023

Czyta się kilka minut

Tarita (jako Maimiti) i Marlon Brando (porucznik Fletcher Christian)  w filmie „Bunt na Bounty” (reż. Carol Reed i Lewis Milestone) z 1962 r. / METRO GOLDYWN MAYER / ARCOLA PICTURES
Tarita (jako Maimiti) i Marlon Brando (porucznik Fletcher Christian) w filmie „Bunt na Bounty” (reż. Carol Reed i Lewis Milestone) z 1962 r. / METRO GOLDYWN MAYER / ARCOLA PICTURES

Ot, zdawałoby się incydent, jakich wiele możemy znaleźć w annałach brytyjskiej marynarki. Wydarzenia z 28 kwietnia 1789 r. jednak znacząco wpłynęły na kształt zachodniej cywilizacji. Tuż przed świtem na pokładzie pełnorejowca HMS „Bounty”, płynącego z ładunkiem sadzonek drzewa chlebowego, gdzieś na środku Pacyfiku, część załogi pod dowództwem Christiana Fletchera przejęła kontrolę nad statkiem. Wpierw obezwładnili kapitana Williama Bligha, a potem zmusili go, aby wraz z garstką wiernych mu ludzi odpłynął w niewielkiej, przeciekającej szalupie. Było to równoznaczne z wyrokiem śmierci, tyle że rozciągniętym w czasie.

Buntownicy nie wzięli jednak pod uwagę zawziętości brytyjskiego oficera, a także jego nadzwyczajnych zdolności nawigacyjnych. Bez map i kompasu, ze skromnymi zapasami wody i jedzenia, ruszył w stronę Timoru Wschodniego, podówczas niewielkiej faktorii holenderskiej, a zarazem najbliższego przyczółka zachodniej cywilizacji, gdzie mógł szukać ratunku. Tyle że do przepłynięcia było 7 tys. kilometrów.

Żądza zemsty Bligha okazała się silniejsza od potęgi oceanu. Po 48 dniach – wyczyn do dziś uznawany za jeden z najbardziej spektakularnych w dziejach żeglugi – udało się dopłynąć do celu. W ten sposób świat dowiedział się o dramatycznych wydarzeniach, które rozegrały się na pokładzie ­„Bounty”.

Apostołowie imperium

Trudno sobie dziś wyobrazić, co oznaczał i jakie konsekwencje niósł ze sobą bunt na XVIII-wiecznym okręcie wojennym. Skuteczność machiny kolonizacyjnej zależała bowiem od ślepej i bezwarunkowej lojalności podwładnych, a szczególnie oficerów marynarki. Dlatego najdrobniejszy nawet przejaw niesubordynacji karany był ze spektakularną surowością.

Jeszcze na początku XIX wieku w portugalskiej marynarce panował upiorny zwyczaj – zbuntowane załogi wieszano na masztach, a sam okręt, bez ludzi i żagli, zostawiano na łasce prądów i wiatrów. Niektóre z tych pływających szubienic potrafiły latami dryfować po wodach całego świata, stanowiąc przestrogę dla wszystkich potencjalnych renegatów. Skuteczną.

Na wyposażenie dumnego oficera imperium składały się, oprócz broni i munduru, również przekonanie o słuszności europejskiej misji cywilizacyjnej, a także podręczny zestaw najważniejszych dla ojczyzny wartości i przekonań. Skondensowane i dobrze zabezpieczone, niczym żelazne racje w szalupie ratunkowej, pozwalały załodze bez ideologicznego szwanku przemierzać krainy barbarzyńców.

Nic dziwnego więc, że zdrada imperialnego porządku stała się niewyobrażalnym, budzącym powszechną zgrozę skandalem. Tłumiony lęk przed nią od wieków nawiedza anglosaską podświadomość. Nie przypadkiem to właśnie „Jądro ciemności” Josepha Conrada stało się jedną z najważniejszych opowieści anglojęzycznej kultury, która do dziś pączkuje i wypuszcza nowe fabularne warianty. Intrygujące jednak, że stworzył ją nie prawdziwy syn Albionu, a jedynie przyszywany krewny morskiego imperium zza kanału, urodzony gdzieś tam, w samym sercu kontynentu.

Tragiczni herosi

Ta dygresja jest niezbędna, aby zrozumieć powagę i znaczenie wydarzeń sprzed 232 lat. Cóż bowiem musiało się stać, żeby gentleman i arystokrata, młodzieniec o świetlanej przyszłości, w jednej chwili skazał siebie na (i to w najlepszym razie) wieczną banicję i tułaczkę po dzikich rubieżach świata? I dlaczego konflikt między Blighem a Fletcherem błyskawicznie stał się jednym z założycielskich mitów nowoczesnej anglosaskiej kultury?

Powodów jest wiele, ale wszystkie dają się sprowadzić do jednego – w pierwszych promieniach słońca tamtego kwietniowego dnia na pokładzie „Bounty” doszło do tragicznego, i to w rozumieniu antycznym, zderzenia dwóch, niedających się uzgodnić wartości. Z jednej strony Bligh, którego surowość i bezwzględność ustępowała jedynie fanatycznej lojalność wobec imperium, z drugiej Fletcher, również oddany swojej ojczyźnie, jednak inaczej rozumiejący powinności płynące z honoru oficera – dla niego największą wartością brytyjskiej cywilizacji była wolność i godność człowieka (w tej epoce oznaczało to oczywiście białego mężczyznę z zachodniej Europy).

Dwie postaci – dwa filary rodzącej się właśnie nowoczesności, a także fundament formującego się właśnie imperium, nad którym już wkrótce słońce nie będzie miało okazji, by zajść.

Zaczynała się nowa epoka, potrzebni więc byli nowi herosi. Dlatego też w pustym jeszcze panteonie Bligh i Fletcher stanęli naprzeciw siebie, a konflikt między nimi stał się paliwem dla proimperialnej wyobraźni.

Sadzonki

Tyle jeżeli chodzi o mitologię, teraz garść faktów. Biorąc pod uwagę polityczne, społeczne i kulturowe znaczenie wydarzeń na „Bounty”, zaskakuje niewielka liczba faktów, co do których historycy nie mieliby zastrzeżeń. Podstawowym materiałem źródłowym są listy oraz pamiętnik Bligha, skrupulatnie prowadzony nawet podczas dramatycznej żeglugi w szalupie. Z oczywistych jednak względów trudno uznać te dokumenty za relację obiektywną. Więcej światła na tamte wydarzenia rzucają materiały sądowe z procesu, jaki został wytoczony wszystkim ocalonym członkom załogi – w tym Blighowi, jako że utrata okrętu, zwłaszcza w takich okolicznościach, była skandalicznym wykroczeniem. Kapitana ostatecznie oczyszczono z zarzutów, ale nie pozwolono mu uczestniczyć w pościgu za buntownikami, co bez wątpienia było jego największym marzeniem.

Niżsi rangą oficerowie, a także niektórzy marynarze, również musieli się gęsto tłumaczyć ze swoich nieudanych prób stłumienia rebelii. I to właśnie ich wersje wydarzeń, choć w wielu szczegółach sprzeczne, pozwalają z grubsza zrekonstruować powody dramatycznej decyzji Fletchera.

Pomijając mnożące się przez wiele dekad XIX wieku apokryficzne odnogi tej historii, rzecz miała się następująco: 23 grudnia 1797 r. „Bounty” opuścił Anglię i ruszył w kierunku Tahiti. Nie był to wdzięczny ani dostojny statek – wyjątkowo mocna i pękata konstrukcja, przy ­stosunkowo ­niskim zanurzeniu, czyniła go praktycznym ­transportowcem, odbierała mu jednak szyk i dostojność. To jednak właśnie zalety logistyczne zdecydowały o wysłaniu go na tę szczególnie ważną misję – chodziło o zdobycie sadzonek drzewa chlebowca i przetransportowanie ich na Jamajkę.

Nie chodziło więc, wbrew współczesnym wyobrażeniom, o pełną przygód podróż w nieznane, niemniej rejs ten miał mieć niebagatelne znaczenie dla brytyjskiej gospodarki. Miał zapewnić tanie i wydajne pożywienie dla niewolników pracujących na karaibskich plantacjach cukrowych. Imperialnym urzędnikom marzyła się subtropikalna wersja ziemniaka – rośliny, która ponownie zmieni bieg historii (nic z tego ostatecznie nie wyszło). Załoga jednak z pewnością zdawała sobie sprawę, że ludzie przyczyniający się do epokowych rewolucji agrarnych rzadko zapisują się w pamięci potomnych. Takimi botanicznymi anegdotami trudno też brylować w towarzystwie, jakiekolwiek by było.

Dla Bligha liczyło się co innego. Statek miał dotrzeć na Tahiti w odpowiedniej porze roku, zanim chlebowce zdążą zakwitnąć. W innym przypadku trzeba było czekać prawie pół roku, by sadzonki znów nadawały się do transportu.

Statek wypłynął z Anglii z dwumiesięcznym opóźnieniem. Aby nadrobić stracony czas, Bligh zdecydował się na rzecz szaloną – zamiast płynąć ustaloną i względnie bezpieczną trasą na wschód wokół Przylądka Dobrej Nadziei, postanowił opłynąć przylądek Horn, miejsce budzące wśród marynarzy grozę nawet w miesiącach sprzyjającej pogody. „Bounty” dotarł tam w kwietniu, gdy właśnie zaczynał się okres największych sztormów. Po dwóch tygodniach walki z żywiołem nawet żelazna wola Bligha musiała skapitulować. Statek zawrócił na pierwotną trasę.

To i kolejne odnotowywane zdarzenia, same w sobie być może mało istotne, składają się na obraz człowieka balansującego na granicy szaleństwa. Kapitan powtarzał, że „jest na wojnie z oceanem, którą musi wygrać dla brytyjskiego imperium”.

Wraz z upływem czasu zawziętość Bligha miała zacząć objawiać się coraz okrutniejszym traktowaniem załogi. Nawet drobne wykroczenia karane były w najsurowszy sposób, czyli chłostą testującą granice wytrzymałości ludzkiego organizmu. Niektórzy historycy twierdzą, że punktem zapalnym rebelii była kara wymierzona jednemu z marynarzy dwa dni przed buntem. Za kradzież butelki rumu winowajca miał otrzymać dwanaście uderzeń wyjątkowo perfidnym narzędziem zwanym kotem (dziewięcioogonowy bicz, który zdzierał całe płaty skóry, często trwale okaleczając ofiarę). Przy dziesiątym uderzeniu marynarz stracił przytomność, co zgodnie z powszechnym zwyczajem kończyło kaźń. Bligh jednak kazał nieszczęśnika ocucić i dokończyć wykonywanie wyroku. Tego było za wiele, zwłaszcza że załoga wciąż miała w pamięci półroczny pobyt na rajskiej wyspie.

Kosz kwiatów

Wróćmy do porządku chronologicznego, do momentu, gdy „Bounty” po ponad 50 tys. przepłyniętych kilometrów dotarł wreszcie do celu. Tahiti leżało po drugiej stronie świata – i to dosłownie. W stosunku do Londynu to najdalszy punkt, do którego można dotrzeć, nie rozpoczynając jednocześnie drogi powrotnej. Sama geografia podsuwa w tym miejscu naręcza metafor. Pierwsi marynarze, którzy dotarli tam wraz z kapitanem Cookiem, byli porażeni pięknem wyspy. Mówili o koszu kwiatów rzuconym na wodę, rajskim ogrodzie zagubionym na bezkresnym oceanie. Louis Antoine de Bougainville, który dotarł tam kilka miesięcy po Cooku, nazwał ją Nową Cyterą, a w swoich tryskających zachwytem opisach używał zdań składających się z ponad dwustu słów. Nie potrafił, nie mógł skończyć.

Archipelag wydawał się marynarzom odwrotnością wszystkiego, co do tej pory znali. Umęczeni pracą ponad ludzkie siły, wygłodniali, zamknięci miesiącami w drewnianej klatce, w której trudno było się poruszać, do tego bez perspektyw na poprawę życia po powrocie do domu – nietrudno zrozumieć ich zachwyt krainą wiecznego lata, pięknych kobiet i ekstatycznych tańców. Jak na ironię, metaforycznym domknięciem tego doświadczenia okazały się właśnie chlebowce. Ci wycieńczeni fizycznie i zniszczeni psychicznie mężczyźni dotarli do miejsca, gdzie chleb rośnie na drzewach.

Był to oczywiście obraz fałszywy. Tahiti końca XVIII w. nie było krainą wiecznej szczęśliwości. Obowiązywał tam system kastowy i to bardziej rygorystyczny niż w Anglii. Religia, niepodobna do chrześcijaństwa, surowo regulowała wiele obszarów życia – w tym seksualność. Często toczyły się międzyplemienne wojny, w których chodziło o pełną eksterminację wrogiej populacji. Badania współczesnych archeologów sugerują, że jeden z takich konfliktów zakończył się tuż przed przybyciem „Bounty”, co tłumaczyłoby panującą atmosferę radości i święta.

Idealny moment dla spragnionych wytchnienia marynarzy był fatalny dla Bligha. Chlebowce właśnie zakwitły i nie było wyjścia – załogę „Bounty” czekało kilka miesięcy przymusowego postoju w miejscu, które przypominało raj.

Ostatnie archipelagi

Słowo „raj” nie jest w tym kontekście jedynie wyświechtaną metaforą. Pod koniec XVIII w. znacząca część mórz i oceanów przestała kusić tajemnicą i przygodą. Definitywnie skończyła się już epoka piratów i korsarzy, którzy zwyczajnie przestali być potrzebni. W 1776 r. z Karaibów wypłynęła ostatnia hiszpańska Srebrna Flota, która przez dwa wieki nieprzerwanie przerzucała z obu Ameryk do Europy niewyobrażalne ilości szlachetnych kruszców i innych cennych surowców. Cztery lata później dogorywające już imperium znosi embargo na handel ze swoimi koloniami, co można uznać za symboliczny początek globalnego kapitalizmu, a przy okazji kolejny krok na drodze do supremacji brytyjskiej marynarki.

Gdy „Bounty” wypływał po sprawunki, na morskiej mapie globu zostało niewiele białych plam. Najważniejsze lądy dawno już odkryto, wytyczono też optymalne szlaki handlowe. Epoka odkryć geograficznych miała się ku końcowi.

Wyjątkiem pozostawał południowy Pacyfik. Odkrycia dokonane przez Jamesa Cooka podczas jego trzech podróży z lat 70. XVIII w. przez długie dekady rozpalały wyobraźnię Europejczyków. Choć udało mu się zmapować sporą część Oceanii – setki mniejszych i większych wysp, a także fragmenty linii brzegowej Australii – ten odległy kawałek globu jeszcze długo pozostawał tajemnicą. Nic więc dziwnego, że to właśnie tam znalazły schronienie ostatnie fantazje o cudownych przygodach, dla których nie było już miejsca w szybko kurczącym się świecie.

Niestety, po przejęciu statku Fletcher i jego ludzie nie mogli tam wrócić. Wiedzieli, że to pierwsze miejsce, gdzie będzie ich szukać karząca ręka sprawiedliwości. O powadze sytuacji i palącej konieczności ukarania buntowników świadczyć może fakt, że w pościg za nimi wysłano fregatę „Pandora”, okręt wyjątkowo szybki i ważny z militarnego punktu widzenia. Pomimo toczonej właśnie wojny z Francją zdecydowano się wyłączyć go na długi czas z walk.

Wyjęci spod prawa marynarze musieli szukać nowego domu. Po wielu miesiącach żeglugi trafili na bezludną wyspę Pitcairn. Ten maleńki spłachetek ziemi na środku oceanu, z dala od szlaków handlowych, idealnie nadawał się na kryjówkę przed całym światem. Dalsze, tragiczne losy buntowników, jak również ich potomków, to już osobna historia, świetnie zresztą opisana przez Macieja Wasielewskiego w reportażu „Jutro przypłynie królowa”.

Jestem w piekle

Wróćmy na „Bounty”. Gdy wreszcie ładownia statku została wypełniona po brzegi sadzonkami, członkowie załogi stracili zapał do dalszej żeglugi. Bligha to oczywiście nie obchodziło. Jako jedyny odmówił sobie rajskich rozkoszy, przez co najprawdopodobniej stał się jeszcze bardziej zgorzkniały i okrutny, czym przypieczętował swój los.

Tyle że to wszystko może być nieprawdą. Przez ponad dwie dekady wojen napoleońskich niewielu interesowało się historią „Bounty”. Gdy jednak nastał w Europie nowy ład, historia Fletchera i jego towarzyszy, którzy wybrali życie z dala od zepsutej cywilizacji, trafiła na niezwykle podatny grunt. Szybko okazali się idealnymi bohaterami dla kiełkującej właśnie wyobraźni romantycznej.

Fletcherem – bojownikiem o wolność, równość i braterstwo – zachwycali się William Wordsworth i Samuel Coleridge, a George Byron, który w poemacie „Wyspa, czyli Christian i jego towarzysze” niby wychwala męstwo i honor kapitana Bligha, co rusz jednak zdradza swoją fascynację postacią „zuchwałego mordercy”. Po nich był Jules Verne z opowiadaniem „Buntownicy z Bounty” (które, swoją drogą, potajemnie odkupił od pracownika Biblioteki Narodowej w Paryżu, żeby wydać je pod swoim nazwiskiem), a także absolutny best­seller – listy z podróży na „Bounty”, które Fletcher pisał do brata w Anglii. Choć szybko udowodniono, że są one jedynie zręcznym falsyfikatem, nie zaszkodziło to ich olbrzymiej popularności w całej Europie.

W XX w. pojawiło się aż pięć filmów o buntownikach, pierwszy już w 1916 r. Dziś widz zapewne kojarzy tylko dwa ostatnie: „Bunt na Bounty” (1962) i „Bounty” (1984). W pierwszym Bligha zagrał Trevor Howard, a Fletchera Marlon Brando, w drugim, odpowiednio, Anthony Hopkins i Mel Gibson. Każdy z nich stworzył oryginalną kreację swojego pierwowzoru, co tylko pokazuje, jak plastyczna jest ta opowieść. Każdą z fabułą łączy natomiast to, że racja zawsze wydaje się być po stronie zbuntowanego oficera, który w powszechnym wyobrażeniu stał się uosobieniem walki z tyranią.

Czy sprawa jest faktycznie taka prosta? Oczywiście nigdy się nie dowiemy, co naprawdę wydarzyło się na „Bounty” – to mało istotne w przypadku mitu. Historycy nie przestają jednak drążyć pasjonującego tematu, publikując kolejne monografie. Większość badaczy skupia się na rehabilitacji Bligha, argumentując, że okrucieństwo wobec załogi zostało ex post wyolbrzymione, a jego metody dowodzenia nie odbiegały od standardów epoki. Inna sprawa, że jego proces poruszył dużą część opinii publicznej, nieświadomej realiów, w jakich żyli marynarze. Bunt na „Bounty” stał się ważnym punktem odniesienia dla wielu późniejszych reform w brytyjskiej marynarce.

Niektórzy idą dalej i stawiają tezę, że Fletcher cierpiał na poważne zaburzenia psychiczne, a sam bunt był wynikiem narastającej od miesięcy paranoi. Scenę, gdy kapitan zmuszony jest opuścić pokład swojego okrętu, wszyscy świadkowie opisują zgodnie. Każdy z nich przytacza też te same słowa Fletchera, który wezwany po raz ostatni przez Bligha do opamiętania się, miał powiedzieć: „za późno, jestem w piekle, jestem w piekle”.

Trudno powiedzieć, co miał na myśli. Z dużą dozą prawdo­podobieństwa można natomiast stwierdzić, że historia najsłynniejszych buntowników mórz południowych była dobrze znana Conradowi. Czy Fletcher dotarł na skraj świata, za którym ziała już tylko czarna otchłań? Być może jako pierwszy dostrzegł czający się w niej horror, na który sto lat później natknął się również Kurtz w „Jądrze ciemności”.

Bastylia południowego oceanu

Można też inaczej. Wydarzenia z 28 kwietnia 1789 r. rozegrały się ledwie kilka miesięcy przed szturmem rozwścieczonych paryżan na mury Bastylii. Z zachowaniem wszelkich proporcji można pokusić się tu o analogię – w obu przypadkach bowiem mamy do czynienia z walką o ludzką godność i powszechne prawo do lepszego życia.

Historia „Bounty” jeszcze za życia jej bohaterów zamieniła się w matrycę dla kolejnych opowieści, które później przez dekady formatowały rodzącą się w bólach nowoczesność, szczególnie w jej atlantyckim wariancie. W zależności od bieżących potrzeb albo porywów serca inaczej rozkładano na szachownicy dobrze już opatrzone figury. Tej partii jednak żadna ze stron nie była w stanie wygrać. Bligh i Fletcher od ponad dwustu lat tkwią w patowej sytuacji, bo ich racje wywodzą się z różnych porządków. Nie ma tu miejsca na negocjacje, możliwe jest jedynie zwarcie – wciąż elektryzujące. ©℗

Dziękujemy, że nas czytasz!

Wykupienie dostępu pozwoli Ci czytać artykuły wysokiej jakości i wspierać niezależne dziennikarstwo w wymagających dla wydawców czasach. Rośnij z nami! Pełna oferta →

Dostęp 10/10

  • 10 dni dostępu - poznaj nas
  • Natychmiastowy dostęp
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Autorskie newslettery premium
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
10,00 zł

Dostęp kwartalny

Kwartalny dostęp do TygodnikPowszechny.pl
  • Natychmiastowy dostęp
  • 92 dni dostępu = aż 13 numerów Tygodnika
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Autorskie newslettery premium
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
79,90 zł
© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]
Redaktor i krytyk literacki, stale współpracuje z „Tygodnikiem Powszechnym”.

Artykuł pochodzi z numeru Nr 28/2021