Na początek o tym, jak wygląda festiwal okiem dziennikarza. Otóż przedstawiciele mediów skoszarowani są na placu Marleny Dietrich, a ich codzienne pielgrzymki odbywają się na dwustumetrowej trasie od Berlinale Palast (na co dzień Theater am Potsdamer Platz) do CinemaxX. W piwnicy pałacu temperatura zbliża się do podbiegunowej. Najwytrwalsi korespondenci w kurtkach, czapkach i szalikach dogrzewają się zapałem do pracy.
W centrum prasowym w hotelu Grand Hyatt trudniej o odmrożenia. W marmurowym holu rozdają darmową kawę. Brakuje tylko miejsc do pracy – na niemal dwa tysiące akredytowanych dziennikarzy przypadają ledwie dwa tuziny krzesełek. Dlatego teksty piszę w hostelu na piętrowym łóżku, w tramwaju oraz na sali kinowej, na którą przychodzę z wyprzedzeniem, bo miejsce siedzące jest lepsze niż jego brak.

Berlin zaciska pasa, protestują pracownicy transportu i pielęgniarki
Partnerem Berlinale jest Armani Beauty, mimo to glamour pasuje do festiwalu jak pięść do nosa. Filmfestspiele w niewielkim stopniu przypomina na przykład canneńskie święto ostentacji, przepychu i stratyfikacji. Na Lazurowym Wybrzeżu gwiazdy przyzwyczajone są do drylu i sztywnego dress code’u (gdy Kristen Stewart w 2018 roku na środku czerwonego dywanu ściągnęła szpilki i na bosaka popędziła do kina, reakcjoniści wpadli w szewską pasję). W Berlinie mile widziany jest luz.
Pewnie dlatego w zeszłym roku Adam Sandler na światowej premierze „Astronauty” wszedł na scenę tylko po to, aby poinformować publiczność o doskwierającym mu kacu i podziękować jednym zdaniem za przybycie, tymczasem podczas tegorocznej edycji Timothée Chalamet przed galowym pokazem „Kompletnie nieznanego” wygłupiał się na wybiegu w dresie koloru cukierkowy róż.
Ceny gwałtownie rosną, gwarancja państwowego mecenatu zdaje się tracić ważność. Rok temu wskutek zmian strukturalnych pod nóż poszły sekcje Berlinale Series i Perspektive Deutsches Kino, w tym pożegnaliśmy się z Homage. Dyrektor artystyczna Tricia Tuttle zapewnia, że sytuacja Berlinale jest stabilna, czego nie można powiedzieć o mrowiu berlińskich instytucji, które padły ofiarą cięć wydatków publicznych na kulturę. W ramach pomocy festiwal nawiązał współpracę z kinami oraz ośrodkami kultury borykającymi się z przystosowaniem budżetów do nowej rzeczywistości.
Enklawa artystycznej swobody utknęła w impasie, jednakże pisanie o zaciskaniu pasa w stolicy Niemiec wyłącznie z perspektywy świata sztuki to nie tyle niedopatrzenie, ile ignorancja. 21 lutego rozpoczął się 48-godzinny strajk walczących o wzrost wynagrodzeń i poprawę warunków pracy pracowników Berliner Verkehrsbetriebe. Przez dwa dni poruszanie się po Berlinie sprowadzało się do decyzji: spacer/marszobieg lub krocie za taryfę (na niektórych trasach wciąż można było posiłkować się niezależną od BVG koleją miejską).
Z bliźniaczymi postulatami wystąpili przedstawiciele berlińskiego personelu pielęgniarskiego. Podczas premiery filmu „Heldin” Petry Volpe – szwajcarskiego dramatu medycznego o znoju pracy na oddziale chirurgicznym – demonstranci zebrali się przed Zoo Palast, aby wyrazić swoje niezadowolenie i przypomnieć o brakach kadrowych, trawiących niemiecką służbę zdrowia. Według Federalnej Agencji Pracy w kraju brakuje dziesiątek tysięcy sanitariuszy.
Nie tylko wybory, w Berlinie nie da się odwrócić od polityki
Pisząc ten tekst, nie znam jeszcze wyników wyborów w Niemczech, które przypadły na zwieńczenie jubileuszowego Berlinale. Przypominam sobie jednak obraz z pierwszego dnia: grupa młodych dorosłych bawi się śniegiem przy Christinenstraße; rzucają śnieżkami w podobiznę Olafa Scholza. Nie dopytuję, na kogo zagłosują za kilka dni. Mam dobry humor, postanawiam odsunąć dręczące mnie myśli na bocznicę. W Berlinie nie da się jednak skutecznie od polityki odwrócić. O ile w turystycznej Wenecji i zamkniętym w branżowej bańce Cannes można pozwolić sobie na eskapizm i poddanie Dziesiątej Muzie, o tyle nad Sprewą bieżące sprawy świata dają o sobie znać, co kilka metrów.
Wystarczy wyjść z CinemaxX, aby natknąć się na mężczyznę z tekturową planszą, zawierającą zdjęcia ofiar masakry nankińskiej. Zamieniam z nim kilka słów, nie dopytuję, co ma do powiedzenia o Ujgurach. Kilkaset metrów dalej rozbrzmiewa piosenka na przecięciu psytrance’u i eurodisco promująca inicjatywę antyszczepionkowego ruchu #friedlichzusammen. Tyleż obrzydliwa, co chwytliwa.
Przy płycie z muru berlińskiego ustawionej przed wejściem na dworzec Berlin Potsdamer Platz wypisane są hasła #belarus2020 i #freedombelarus; pod nimi namalowano pacyfę – niegdyś układającą się w barwy białoruskiej opozycji demokratycznej, dziś przemalowaną na wzór flagi Ukrainy. Za monumentem stoi radiowóz. Kilka metrów dalej kordon mundurowych pilnuje skromnej instalacji, przy której tuzin przypadkowych przechodniów ogląda dokument „Tantura” poświęcony masakrze w tytułowej palestyńskiej wsi.
Sprawa Palestyny jest solą w oku organizatorów Berlinale, którzy starają się lawirować między stronami konfliktu, powtarzając jak mantrę hasła o wolności słowa i pełnym szacunku dialogu. Zeszłoroczna gala zamknięcia festiwalu była PR-ową katastrofą. Nagrodę za film dokumentalny „Nie chcemy innej ziemi” odebrał palestyńsko-izraelski duet Basel Adra i Yuval Abraham. Ze sceny przy akompaniamencie aplauzu publiczności padały słowa o ludobójstwie w Gazie i izraelskim apartheidzie.
Podobne można było usłyszeć w tym roku w trakcie premiery filmu „Queerpanorama”, kiedy to jego reżyser Jun Li przeczytał list irańskiego aktora Erfana Shekarriza zawierający hasło „from the River to the Sea, Palestine must be free”. Filmfestspiele ponownie musiało zmagać się z oskarżeniami o antysemityzm, a przecież dla udobruchania opinii publicznej w programie pojawił się dokument „Michtav Le’David” opisujący wziętego za zakładnika przez Hamas Davida Cunio.
Berlinale 2025: Niedźwiedzie z pazurem
Berlinale od swego zarania było wydarzeniem rozpolitykowanym: areną starć różnych frakcji ideologicznych i spotkań narodów. Programerzy 75. edycji wyszli naprzeciw oczekiwaniom widzów i wyważyli mieszankę arthouse’u, kina środka i blockbusterów, ale to filmy o tematyce społecznej wciąż stanowią o sile festiwalu.
Nie zabrakło ich w konkursie głównym, skądinąd naszpikowanym nazwiskami europejskich, azjatyckich i hollywoodzkich mistrzów i mistrzyń. Srebrnego Niedźwiedzia za najlepszy scenariusz odebrał rumuński filmowiec-satyryk Radu Jude. Jego „Kontinental ’25” nie jest filmem tak dopieszczonym, jak „Nie obiecujcie sobie zbyt wiele po końcu świata”, jednak zawiera wszystkie elementy ukochane przez kilkukrotnego laureata Berlinale.

Z jednej strony jest to traktat o tkance miejskiej (przeistaczanej wedle woli deweloperów bez smaku i planu miejscowego) oraz jej wpływie na mieszkańców, z drugiej – to eksplikacja fiksacji Jude: policzek wymierzony mieszczańskim wartościom, rumuńskiemu nacjonalizmowi i niewydolnemu systemowi prawnemu. „Kontinental ’25” jest opowieścią o splocie Zachodu ze Wschodem, który w istocie leży u podłoża Berlinale.
Nagrody aktorskie powędrowały do hollywoodzkiej delegacji. Tę za rolę drugoplanową otrzymał Andrew Scott, za pierwszoplanową Rose Byrne. Irlandzki aktor podtrzymał znakomitą passę trwającą od „Dobrych nieznajomych”. Nagrodę za wybitny wkład artystyczny wręczono Lucile Hadžihalilović, której „La Tour de Glace” jest hipnotyzującym wizualnym hołdem dla klasyki kina niemieckiego, a zarazem filmem tak płytkim, pozbawionym emocjonalnej wagi i przeraźliwie nudnym, że pisząc to podyktowane kronikarskim obowiązkiem zdanie, nieomal zasnąłem przed klawiaturą.
Dużo ciekawszym filmem jest nagrodzone Nagrodą Jury „El mensaje” Ivána Funda, ekofeministyczny dramat o argentyńskiej dziewczynie zdolnej porozumiewać się ze zwierzętami. Żartobliwie film Funda można nazwać festiwalowym odpowiednikiem „Doktora Dolittle”. Sam wolę sięgnąć po opisy bardziej wydumane, lecz trafniej oddające jego naturę – wszak mowa o eterycznej, realistycznomagicznej opowieści o świecie, w którym nie tylko dorośli wysłuchują dzieci, lecz także ludzie ogółem otwierają się na dialog ze zwierzętami.

Najlepszym reżyserem okrzyknięto Huo Menga, autora „Sheng xi zhi di”, Wielką Nagrodę Jury otrzymał film „O último azul” Gabriela Mascaro, z kolei Złotego Niedźwiedzia areopag pod przewodnictwem Todda Haynesa wręczył filmowi „Drømmer” Daga Johana Haugeruda. Po dwóch poprzednich edycjach, gdzie nagradzane były kameralne dokumenty „Adamant” i „Dahomej”, uhonorowanie lesbijskiej opowieści inicjacyjnej wydaje się ożywczą odmianą.

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.



















