Reklama

Mykietyn: Szkic do portretu

Mykietyn: Szkic do portretu

03.09.2008
Czyta się kilka minut
Muzyczne dźwięki mają w sobie ogromny teatralny potencjał. W ostatnich utworach jeden z bohaterów tegorocznej "WratislaviI" wykorzystuje go do tworzenia nie tyle klasycznej konstrukcji, co magii, sztuki jako czarodziejskiego czasu zatrzymanego.
2

21 stycznia 2006 r., Teatr Wielki-Opera Narodowa, premiera nowej, teatralizowanej inscenizacji najsłynniejszej wówczas kompozycji Pawła Mykietyna - "Sonetów Szekspira". Od oszałamiającego sukcesu "Sonetów" na Warszawskiej Jesieni minęło 6 lat. Mykietyn jest już innym człowiekiem - po latach szamotaniny z samym sobą i z przejętymi od mistrzów muzycznymi wzorcami - odnalazł własną drogę. Mało kto wie, że ta droga do muzyki trudnej, mikrotonowej, rozedrganej, utrzymanej w formie dalekiej od apollińskiego ładu, była drogą przez mękę.

korzenie

Urodził się w Oławie, 20 maja 1971 r. Codzienne obcowanie z naturą było tam oczywistością, po przeprowadzce do Warszawy tego doświadczenia bardzo mu będzie brakowało.

W dzieciństwie, kiedy rozpoczął grę na pianinie, sądził, że bycie muzykiem oznacza komponowanie. Jakież było jego zdziwienie, gdy w szkole muzycznej okazało się, że muzyk to ktoś, kto czyta nuty i wykonuje dźwięki zapisane przez dawnych mistrzów.

Sam zawsze komponował. Potem spotkał na swojej drodze kompozytorów, od których sporo się nauczył - lekcje u Grażyny Pstrokońskiej-Nawratil dały mu podstawy nowoczesnej instrumentacji; wrocławska kompozytorka, wybitny pedagog, wychowanka Oliviera Messiaena, zwracała szczególną uwagę na brzmieniową stronę muzyki. W Warszawie studiował u Włodzimierza Kotońskiego, w latach 50. twórcy pierwszych w Polsce kompozycji elektroakustycznych. Po drodze zachwycił się muzyką Henryka Mikołaja Góreckiego, zwłaszcza umiejętnością plastycznego formowania czasu, rozciągania go, panowania nad nim, co w kreowaniu za pomocą dźwięków napięć i emocji jest umiejętnością niezbędną. Pewien wpływ na rozwój jego indywidualnego stylu miała też muzyka Hanny Kulenty.

mistrz i uczeń

Na początku lat 90. Paweł Mykietyn poznał Pawła Szymańskiego, kompozytora, którego muzyczne myślenie najsilniej wpłynęło na młodego wówczas artystę. Muzyka Mykietyna do dziś mocno rezonuje z muzyką Szymańskiego. Każda z nich inna, jak inne są doświadczenia i osobowości obydwu artystów, niemniej to Paweł Szymański stał się dla młodszego niemal o pokolenie twórcy mentorem i przyjacielem. Kultywowaną przezeń, sięgającą średniowiecza tradycję dźwiękowego kunsztu, traktowania muzyki jako dziedziny ścisłej, w której konstruowanie dźwiękowych struktur podlega prawom logiki, Paweł Mykietyn nie tyle przejął, co po prostu w niej wzrastał.

Warto też przypomnieć, że ta sama tradycja - konstruowania za pomocą dźwięków zmyślnych matematycznych spekulacji - stała się w początkach minionego stulecia zarzewiem rewolucji zaproponowanej przez "nowych konstruktywistów" - Arnolda Schönberga i Antona Weberna. W Wiedniu, na początku lat 20., badając wcześniej polifoniczne sztuczki renesansowych mistrzów, stworzyli oni nowy, wyspekulowany dźwiękowy system zwany dodekafonią. Bez perspektywy dokonań dodekafonistów nie byłyby możliwe rozmaite nowe konstruktywizmy drugiej połowy XX w. - w tym postmodernistyczne, odnoszące do tonalnej przeszłości pomysły zarówno Szymańskiego, jak Mykietyna.

Paweł Mykietyn ma tego pełną świadomość. "W pierwszym Sonecie wprowadzam pewne zasady, które porównać można do tych rządzących dodekafonią. Oczywiście nie chodzi mi o dodekafonię jako taką, tylko o ścisłość" - powiedział mi w rozmowie, która miała miejsce w styczniu 2006 r. O samym zetknięciu z muzyką Szymańskiego mówił jako o najważniejszym muzycznym spotkaniu. "Oczywiście cudowna jest np. muzyka Lutosławskiego, ale nikt nie zawładnął mną tak jak Szymański. Ważna też była znajomość z nim samym. To był mój mistrz" - wyznał w ubiegłym roku Agacie Kwiecińskiej.

Jednak obu artystów sporo różni. Szymański jest bowiem trochę jak średnio­wieczny mnich (albo twórca renesansowych polifonicznych sztuczek) - jego dźwiękowe konstrukcje abstrahują często od natury instrumentu, wynikają zdecydowanie z racjonalności, w mniejszym stopniu z empirii. Mykietyn do niedawna grał na klarnecie w założonym przez siebie zespole Nonstrom; bezpośredni kontakt z żywą muzyką jest dla niego bardzo istotny. Autor "Sonetów Szekspira" ma też naturalne wyczucie efektu, formy, dramaturgii, co również wpływa na kształt jego muzyki. Tak więc dwa muzyczne żywioły - spekulacja prowadzona na papierze oraz gra na instrumencie - stoją u podstaw indywidualnego stylu tego artysty.

"Trzeba znaleźć rozsądne proporcje między matematyką a spontanicznością" - mówił Mykietyn w cytowanym już wywiadzie Agaty Kwiecińskiej, dodając: "Faza prekompozycji daje mi możliwość zaskoczenia samego siebie". A pytany przeze mnie o dźwiękowy porządek "Sonetów", odpowiadał: "To jest czysto matematyczne myślenie, trzeci sonet jest wariacją na temat ściśle polifonicznego czterogłosowego transponującego kanonu kołowego".

kryzys

Czas powstania "Sonetów Szekspira" (przełom wieków, rok 2000) był jednak dla kompozytora wyjątkowo trudny. Mimo pełnego panowania nad dźwiękową materią i niedoświadczanego w tamtym czasie przez żadnego innego polskiego kompozytora uwielbienia publiczności, wreszcie: mimo między­narodowych sukcesów (w 1995 r. pierwsze miejsce na prestiżowej "Trybunie Kompozytorów" w Paryżu za "3 dla 13", rok później czwarte miejsce na równie prestiżowej "Trybunie muzyki elektroakustycznej" w Amsterdamie za "Epiforę"), Paweł Mykietyn przeżywał w tamtym czasie poważny kryzys.

W styczniu 2006 r. wyznaje: "Czas, kiedy pisałem »Sonety«, był dla mnie niesłychanie ciężki emocjonalnie, to jakiś moment tąpnięcia. Wszystkie utwory, jakie skomponowałem pomiędzy »Epiforą« (1996) a »Ładnieniem« (2004), wycofałem. »Sonety Szekspira« są wyjątkiem z tamtego czasu". W innym miejscu tłumaczy: "Od pewnego czasu intuicyjnie czułem, że zaczynam się kręcić w kółko, że zamykam się wewnątrz jakiejś konwencji. Jednocześnie pisząc muzykę do teatru, zacząłem stosować w niej akordy zawierające mikrointerwały. Usłyszałem wtedy, że te współbrzmienia są bardzo zmysłowe. Zacząłem więc przebudowywać swój język harmoniczny".

teatr, głos i mikrotony

Tak więc teatr przyszedł Mykietynowi na ratunek, i to teatr nie byle jaki - od 1996 r. kompozytor współpracuje z Krzysztofem Warlikowskim. Charyzma tego reżysera, przebywanie w teatralnej aurze, obcowanie ze sztuką, która jest umiejętnością interakcji i nie powstaje (jak komponowana muzyka) w samotności - całe to teatralne zamieszanie odrywa kompozytora od notowanych na papierze dźwiękowych, matematycznych konstrukcji, daje mu impuls do wielu przemyśleń i przewartościowań. "W pracy w teatrze wspaniałe jest to, że przez kilka miesięcy grupa osób pracuje nad kształtem spektaklu. Proces jego powstawania wymaga oczywiście demiurga, który ostatecznie weźmie wszystko w ryzy, ale przez wiele tygodni można po prostu wymieniać myśli, rozmawiać i zastanawiać się nad tym, co chce się pokazać" - mówi.

Właśnie tego Mykietyn najbardziej wówczas potrzebował: interakcji, drugiego człowieka (artysty), kontaktu ze sceną, także z muzycznymi dźwiękami brzmiącymi w innym niż w muzyce autonomicznej kontekście, oderwania od papieru w pięć linii, sprawdzania, jak realnie brzmią wymyślone (zapisane) dźwiękowe pomysły.

Paradoksalnie jednak, zauważone w teatrze i fascynujące go mikrotony - czyli dźwięki nienależące do ustalonego w Europie od kilku stuleci systemu temperowanego - znów prowadzą go za biurko. Kompozytor podejmuje ogromną pracę, prowadzi harmoniczne eksperymenty, dzieli dźwięki na czworo, wszystko zapisuje na ogromnych tablicach, matematycznie wyliczone mikrotony kataloguje. To prawdziwie mnisza praca, wysiłek, który sprawi, że słuchacze przyzwyczajeni do dość tradycyjnego harmonicznego porządku dotychczasowych utworów artysty przyjmować będą ze zdziwieniem jego nowe utwory. Za to krytycy i miłośnicy muzyki współczesnej znów zastrzygą uszami.

Ale kontakt z Warlikowskim i z teatrem wpłynie na twórczość Mykietyna jeszcze inaczej: teatralny gest, teatralna sytuacja zaczną go inspirować w sposób, który niełatwo przełożyć na muzyczną gramatykę. Niektóre aspekty dzieła teatralnego mają wymiar uniwersalny, np. plastyczność czasu (panowanie nad czasem sztuki i jego dramatyzowanie). Dzięki spotkaniu z teatrem Mykietyn pogłębił to, co niegdyś tak poruszyło go w muzyce Góreckiego: nauczył się takiego zaczarowania w dźwiękach czasu, by były one dla słuchacza żywą kontemplacją. Czy był to proces, działanie świadome? Chyba nie.

Muzyczne dźwięki mają w sobie ogromny teatralny potencjał, w ostatnich utworach Paweł Mykietyn coraz częściej wykorzystuje go do tworzenia nie tyle klasycznej konstrukcji, co magii, sztuki jako czarodziejskiego czasu zatrzymanego.

I wreszcie słowo...

To za sprawą obcowania ze sceną Paweł Mykietyn uwrażliwia się na tekst, na semantykę, która dotąd, w jego "autonomicznej", jak mówi, muzyce, nie była mu właściwie potrzebna. Po "Sonety" Szekspira sięgnął podczas pracy nad spektaklami. "W 2000 r., kiedy powstawały »Sonety«, bardzo intensywnie pracowałem w teatrze, niemal cały czas z dramatami Szekspira. Zaczynałem myśleć o sonetach, komponując muzykę do »Hamleta« w reżyserii Krzysztofa Warlikowskiego. Połowa utworu powstała w Stuttgarcie, gdzie pisałem muzykę do »Burzy« (też w reżyserii Krzysztofa). Chwilę wcześniej pracowałem jeszcze z Andrzejem Woronem nad Szekspirem w Bremie" - opowiada. Potem, w 2001 r. tworzy wraz z Krzysztofem Warlikowskim (libretto) dzieło ogromne, operę według Thomasa Bernharda, "Ignorant i szaleniec". Wreszcie, w 2004 r. powstaje kompozycja inna od wszystkiego, co skomponował dotąd: trwające ponad 20 minut "Ładnienie" na baryton i klawesyn, do wiersza Marcina Świetlickiego pod tym samym tytułem.

Harmonie, współbrzmienia partii instrumentów, szkliste w kolorach, mikrotonowo rozstrojone, nie są w "Ładnieniu" rozgrzane do czerwoności. Ich zadaniem jest towarzyszenie chorej atmosferze przekazywanej przez tekst. "Zastosowanie akordu, w którym żadna tercja nie jest ani mała, ani wielka, tworzy nową jakość czysto zmysłową" - mówi kompozytor. Warstwa instrumentalna funkcjonuje tu zatem jak teatralna scenografia do partii solisty. Natomiast ogromny i całkowicie odmienny arsenał ekspresyjnych detali zarezerwowany został dla barytonu (kongenialny Jerzy Artysz). To nie jest ani mowa, ani śpiew, ani nawet znana od czasów Schönberga śpiewo-mowa (Sprechgesang). To całkowicie nowa jakość - Sprechgesang sparaliżowany, powykrzywiany od bólu. Pojedyncze słowa, sylaby, spółgłoski wyolbrzymione, powiększone, jakby przystawiono im szkło powiększające, a wszystko skąpane w tragicznej tu ironii. Tak wstrząsającej muzyki, działającej siłą przedziwnej, nowej ekspresji, Paweł Mykietyn wcześniej nie skomponował.

drugi okres

Paweł Mykietyn niby wciąż ten sam - kompozytor pracujący nad kartką papieru, cyzelujący każdy dźwiękowy detal, kompozytor obdarzony przy tym wyjątkowym muzycznym instynktem, intuicją, której znaczenie - nawiasem mówiąc - w wypowiedziach najczęściej pomniejsza ("Faza prekompozycji daje mi możliwość zaskoczenia samego siebie. Tworzę jakieś prawo, potem przekształcam je na muzykę i efekt, który powstaje, jest niemożliwy do osiągnięcia w inny sposób - ani przez improwizację, ani czystą intuicję").

Zarazem od kilku lat mamy do czynienia z twórcą innego kalibru - muzykolodzy nazwą pewnie ten czas drugim okresem twórczości. Skomponowana w 2007 r. II Symfonia, pierwsze poważne symfoniczne dzieło, przyniosła mu w czerwcu Opus - Nagrodę Mediów Publicznych 2008. Dwa wcześniejsze utwory, z 2006 r.: Sonata na wiolonczelę solo i II Kwartet smyczkowy, mimo ogromnego - jak to w partyturach Mykietyna - porządku, metrów, precyzyjnie zapisanych rytmów, pełnego panowania nad dźwiękami, z perspektywy słuchacza rozgrywają się poza kreską taktową, poza metrum i w ogóle jakąkolwiek miarą.

Znów, jak w większości partytur tego kompozytora, mamy tu kilka dźwięków poddanych permutacji, zgodnie z prawami logiki i matematyki. Lecz efekt jest zadziwiający: czysta medytacja, improwizacja, nurzanie się w tych dźwiękach, trwanie w nich niczym w magicznym "teraz". No i mikrotony, tak subtelnie nastrajające muzykę szczególnego rodzaju nostalgiczną emocjonalnością.

8 września 2008 r., w ramach Festiwalu "Wratislavia Cantans", usłyszymy najnowsze dzieło Mykietyna - "Pasję wg św. Marka". Nie będzie w niej głosów męskich: tenorowej partii tradycyjnie, od czasów baroku "opowiadającej" pasyjną historię (będzie, jak w "Pasji Łukaszowej" Krzysztofa Pendereckiego - narrator), ani basu-barytonu, któremu zwykle powierzano partię Chrystusa. Będą solowe głosy kobiece, chór, saksofony, tuba, sporo perkusji i smyczków, będzie zespół rockowy i nietypowe "instrumenty", takie jak szklanki, puszki po piwie, filiżanki, pstrykające aparaty fotograficzne... Biblijny tekst w języku hebrajskim (zdekonstruowana chronologia wydarzeń) przedstawi mękę Chrystusa w sposób nieciągły. Jakie jest najnowsze dzieło Mykietyna, wkrótce usłyszymy.

Ewa Szczecińska jest dziennikarką Polskiego Radia

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]