Szanowny Użytkowniku,

25 maja 2018 roku zaczyna obowiązywać Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE (określane jako „RODO”, „ORODO”, „GDPR” lub „Ogólne Rozporządzenie o Ochronie Danych”). W związku z tym informujemy, że wprowadziliśmy zmiany w Regulaminie Serwisu i Polityce Prywatności. Prosimy o poświęcenie kilku minut, aby się z nimi zapoznać. Możliwe jest to tutaj.

Rozumiem

Reklama

Stan posiadania: bilans dwuletni

Stan posiadania: bilans dwuletni

12.03.2017
Czyta się kilka minut
Czy festiwal muzyczny bez założeń programowych może działać jako czuły barometr kompozytorskich mód i tendencji?
Fot. Matthias Baus / REQUIEM RECORDS
I

Istniejący od 2005 r. katowicki Festiwal Prawykonań to w naszym środowisku muzyki współczesnej unikatowe biennale premierowych polskich kompozycji. W odróżnieniu od Warszawskiej Jesieni czy Poznańskiej Wiosny Muzycznej impreza ta skupia się wyłącznie na dorobku rodzimym; jednak inaczej niż krakowski Festiwal Muzyki Polskiej czy wrocławska Musica Polonica Nova – tylko na dorobku najnowszym. Ale nie jedynie regionalnym, jak np. Śląska Trybuna Kompozytorów (choć akcent lokalny jest silny). Wreszcie, w odróżnieniu od wyrazistych programowo i gatunkowo wrocławskiej Musica Electronica Nova czy lubelskich Kodów – przegląd ten zdaje się być pozbawiony jakichkolwiek estetycznych wytycznych. (Podobnie jest zresztą w działającym od 2011 r. systemie zamówień kompozytorskich Instytutu Muzyki i Tańca, gdzie propozycje utworów zgłaszane są przez instytucje, NGOsy i wykonawców, a oceniane przez ekspertów).

Jeśli tego milczącego założenia Festiwalu Prawykonań nie zaakceptujemy, wizyta w Katowicach może zaowocować, delikatnie rzecz ujmując, dysonansem poznawczym. Nie jest to bowiem ani kuźnia eksperymentu czy świątynia modernizmu, ani lokalny akademizm czy muzyka filmowa – a właściwie wszystko po trochu: beztroski programowy eklektyzm zestawiający utwory raczej według obsady niż stylu albo znaczenia. Miłośnicy progresywnych tendencji zgrzytają zębami przy noworomantycznych harmoniach, a konserwatywni słuchacze scenicznym szeptem pytają: „I to jest muzyka?!” przy chropowatej elektronice (autentyczny przykład sprzed dwóch lat). I nawet jeśli idea festiwalu nie ułatwia samego festiwalowania, to paradoksalnie pozwala na zorientowanie się, jak w przekroju brzmi dziś muzyka komponowana w Polsce. Jaki zatem mamy stan posiadania, jak wypadnie nowy bilans dwuletni?

Po poprzednim, szóstym biennale, napisałem do „Dwutygodnika” tekst „Poematy egocentryczne”, punktując izolację komponowanej muzyki polskiej wobec otaczającej rzeczywistości i tendencji awangardowych, co wywołało nawet pewne reakcje ze strony samych twórców. Przed siódmym Festiwalem Prawykonań przeglądam listę autorów oraz opisy utworów i mam silne przeczucie, że mógłbym dojść do podobnych wniosków. Jednak tym razem, zamiast projektować oczekiwania krytyka na kompozytorów, powstrzymam się od ocen i spróbuję zarysować główne tendencje muzyki polskiej, widziane przez pryzmat tegorocznego przeglądu. Statystycznie rzecz ujmując, to zatem muzyka męska i raczej średnia lub starsza wiekowo: tylko pięć kobiet na 27 twórców (18 proc.) i jeden autor poniżej 30. roku życia (sic!) oraz kolejna siódemka przed czterdziestką. W większości kompozytorzy związani z Katowicami, Warszawą i Wrocławiem (bardzo mało Krakowa i Poznania), ale także silna reprezentacja mieszkająca za granicą (Niemcy, Holandia, USA). O wiele bardziej interesująca jest jednak specyfika stylu.

Nostalgicy i ironiści

Na najwyższym poziomie uogólnienia widziałbym kilka tendencji: noworomantyczną lub repetytywną nostalgię, ironiczną polistylistykę, warsztatową kaligrafię oraz architekturę czasoprzestrzenną, choć granice między nimi nie są ostre, a twórcy nie trzymają się jednej pozycji. Szczególnie pierwsze dwie orientacje są w Polsce popularne od czterech dekad i estetycznego zwrotu koryfeuszy awangardy (Pendereckiego, Kilara i Góreckiego) oraz równoczesnych debiutów na festiwalu w Stalowej Woli (Knapik, Lasoń, Krzanowski, Szymański). Drogi kompozytorów do ożywiania przeszłości wiodą różnie i różnie są motywowane; reprezentatywnym przykładem niech będzie komentarz Sławomira Czarneckiego do Divertimenta na orkiestrę kameralną, które zabrzmi w Katowicach. „W swoich kompozycjach ostatniego okresu często odnoszę się do tradycji, łącząc ją z wybranymi elementami modernistycznymi. W formie i charakterze odwołuję się tu do klasycznej lekkości i klarowności, ale także i do barokowych koncepcji concerti grossi (...). W melodyce, obok motywów »ptasich« (w końcu jestem uczniem Oliviera Messiaena), nawiązuję często do wątków wywodzących się z polskiej ludowości, choć w tym wypadku nie ma żadnego konkretnego odniesienia. Motoryka, tak istotna w moim utworze, wywodzi się zarówno z motoryki barokowej, jak i z muzyki repetytywnej XX wieku”.

Do tego momentu noty programowej Czarnecki – skądinąd wybitny pedagog, animator Uczniowskiego Forum Muzycznego w ZSM im. Elsnera w Warszawie – sytuuje się jednoznacznie po stronie dość odległej przeszłości.

Nawiązania do baroku, repetytywizmu czy Messiaena są u nas całkiem modne i w programie Prawykonań można znaleźć jeszcze kilka utworów z podobnymi aluzjami. Kompozytor kontynuuje jednak: „Harmonika ma różne źródła. Z jednej strony można usłyszeć tradycyjne brzmienia akordowe, ale wzbogacone w specyficznie utkaną przeze mnie warstwę quasi-spektralną. (...) Można tu także zauważyć brzmienia sonorystyczne, np. w kulminacji części trzeciej. A wszystko to zmierza do jednego, najważniejszego dla mnie celu – uzyskanie piękna muzycznego, podstawowego elementu prowadzącego do przeżycia artystycznego – emocjonalnego i estetycznego”. Dochodzą więc nowsze, lecz wciąż historyczne odwołania – do polskiego sonoryzmu i francuskiego spektralizmu – ale najważniejsze to cel z puenty, usprawiedliwiający wszystkie eklektyzmy.

Zarówno polistylistykę Czarneckiego, jak i poniższe przykłady nurtów nostalgicznych można by więc wpisać w retrotopijną (w sensie Baumanowskim) ucieczkę na łono idealizowanej przeszłości. Łączy je pozostawanie w kręgu elitarnej muzyki poważnej, zamknięcie uszu i oczu na teraźniejszość, o przyszłości nie wspominając – termin „postęp” został wymazany ze słownika.

Wśród „kompozytorów nostalgicznych” można wymienić postaci nawiązujące mniej lub bardziej bezpośrednio do różnorodnych nurtów, lecz dominują wśród nich (nowy) romantyzm i repetytywizm (jedna z technik minimal music). Ten pierwszy odzywa się często w harmoniach Justyny Kowalskiej-Lasoń, zresztą żony wspomnianego Aleksandra Lasonia, jednego z protagonistów grupy stalowowolskiej, bardzo z tą orientacją związaną. To romantyzowanie dochodzi jeszcze mocniej do głosu u najmłodszego kompozytora tegorocznych Prawykonań, urodzonego zresztą w Darmstadcie, miejscu legendarnych letnich kursów nowej muzyki (o, paradoksie!), Romana Czury. Na poprzednim biennale debiutował Koncertem fortepianowym „Kraftfelder”, filmowo montując obiegowe figury (akordy septymowe, szeregi, harmoniczne pasaże à la Rachmaninow), a teraz wraca z II Symfonią „Wie ein Naturlaut”, inspirowaną Mahlerem. Z kolei Ryszard Gabryś, z natury twórca polistylistyczny o bogatym dorobku, w swym nowym dziele nawiązuje do Ryszarda Straussa i jego „Salome”. W bardziej własnych przestrzeniach – choć nie bez związku z tonalnością dur-moll, formą łukową i retoryką muzyczną – od lat poruszają się dolnośląscy kompozytorzy Marcin Bortnowski i Sławomir Kupczak.

Ten ostatni kompozytor na Prawykonaniach przedstawi „Pełnię”, koncert na fortepian Rhodesa, jeden z kilku zamówionych przez Pianohooligana i orkiestrę AUKSO. Powrót tego oldskulowego instrumentu elektronicznego o analogowym brzmieniu – podobnie jak Hammond Organ Project zainicjowany przez Dariusza Przybylskiego na Musica Polonica Nova 2014 – wydaje mi się w kontekście nostalgii znaczący. Rhodes silnie kojarzy się z muzyką amerykańską, podobnie jak tonalny minimalizm lub repetytywizm, powszechne tak w twórczości akademickiej, jak i filmowej. W Polsce zaadaptowało go wielu twórców, poczynając od Jarosława Siwińskiego i Mikołaja Góreckiego, przez Jana Duszyńskiego (dzieła tych dwóch będą obecne na festiwalu) i Weronikę Ratusińską, po Annę Marię Huszczę w ostatnim pokoleniu. Choć często wiąże się to u nich z uprawianiem muzyki użytkowej (kino, teatr, taniec, dzieci), to przenika także utwory autonomiczne. Styl muzyki Góreckiego syna (zamieszkałego notabene w USA) słyszałbym jako ucieleśnienie tej tendencji: bardzo uproszczona i raczej eufoniczna harmonia, forma procesualna lub łukowa, homogeniczne brzmienia i obsady.

Chociaż brylującego w świecie filmu Krzesimira Dębskiego można by podejrzewać o skłonności do minimalizmu, to w symfonicznych i kameralnych utworach żongluje on technikami i estetykami, zbliżając się raczej do drugiej z wymienionych postaw: ironicznej polistylistyki. O ile nostalgikom łezka zbiera się w oku w momencie spoglądania wstecz – ach, gdzież to niegdysiejsze muzyczne piękno! – to wzrok ironistów pozostaje bystry i rzuca figlarne błyski. To przede wszystkim przypadek zdolnego stylisty Aleksandra Nowaka, który nie stroni od osobistych anegdot i metaforycznych tytułów, a bawić się potrafi zarówno mikrotonowymi poszukiwaniami, jak i tonalnymi aluzjami. Parę lat od niego starszy Cezary Duchnowski słynie z absurdalnego poczucia humoru oraz komponowania algorytmicznego, co stanowi mieszankę wybuchową i za każdym razem zaskakującą. Inny przypadek to Marcin Stańczyk, który z początku swej kariery wydawał się pochłonięty nową złożonością i iluzjami percepcyjnymi, a okazało się, że ma też czułe ucho na jazz i techno. W gronie polistylistów można by też widzieć, nieobecnych akurat na tegorocznym Festiwalu Prawykonań, Macieja Jabłońskiego, Edwarda Sielickiego, Macieja Zielińskiego oraz przede wszystkim – Pawła Mykietyna.

Kaligrafowie i architekci

Osobne miejsce pomiędzy nurtami zajmują twórcy tak uznani, jak Zbigniew Bargielski, Zygmunt Krauze i Krzysztof Meyer (a listę tę można by poszerzyć o Krzysztofa Knittla i Elżbietę Sikorę). Nie musząc już niczego udowadniać, po prostu kontynuują rozwój swojego języka muzycznego i raz na jakiś czas pozwalają sobie także na lżejszy kawałek. Sądząc po opisach, takimi właśnie scherzami mogą się okazać „RONDO” Krauzego (na fortepian Rhodesa i orkiestrę) oraz Trio Meyera (na flet, skrzypce i wiolonczelę). Pierwszy z twórców cytuje w notce uwagi Mozarta o potrzebie znalezienia złotego środka między łatwością a głębią, drugi zaś otwarcie się przyznaje: „Wykonawcom zapragnąłem dostarczyć przyjemności wspólnego muzykowania, prowadzenia ze sobą wyraźnych dialogów i zespołowego budowania napięć. Moim zamierzeniem było też danie im szansy popisania się pięknym dźwiękiem i umiejętnością prowadzenia rozległej kantyleny. (...) napisałem partyturę prostą, niewymagającą rozszyfrowywania kolejnych taktów. Sobie natomiast sprawiłem przyjemność, komponując tę prostotę ze ścisłych porządków harmonicznych i rytmicznych, nad którymi pracuję od wielu lat”.
To cyzelowanie własnego stylu, praca nad własnym systemem harmonicznym czy skalowym, nad ulubionymi technikami artykulacyjnymi i kombinacjami barwowymi – pasuje tak do wspomnianego Zbigniewa Bargielskiego, jak i do młodszego o pokolenie Rafała Augustyna czy o trzy pokolenia Dariusza Przybylskiego.

To kaligrafowie warsztatu, pochyleni nad papierem nutowym lub instrumentem czy komputerem i stawiający sobie wyzwania, a to związane z konceptem formy czy brzmienia, a to z udaną stylizacją. Przykładowo Augustyn w utworze prawykonywanym w Katowicach bierze na warsztat „Rozprawę” Reja, z przeciwstawieniem nie tyle postaci, co całych klas społecznych. Komentując, świadomy jest bogatej tradycji muzycznego dialogu i tego, że „nie odkrywa tu żadnej Ameryki”, lecz „zamierza ćwiczyć się w szczególnym medium”. Języki muzyczne kaligrafów są zazwyczaj z daleka rozpoznawalne (nawet jeśli czasem przewidywalne), a ich kolejne utwory stanowią kolejne stopnie schodów ku samodoskonaleniu. Poza programem tegorocznego biennale znaleźli się młodsi przedstawiciele tej orientacji: Paweł Hendrich, Artur Kroschel, Andrzej Kwieciński i Agata Zubel.

Wielka kariera tej kompozytorki i śpiewaczki wynika właśnie z wyrazistości jej ekspresjonistyczno-sonorystycznego stylu, podpartego często osobistym wykonawstwem partii wokalnej.

Wreszcie dochodzimy do czwartej grupy, szumnie nazwanej na potrzeby tego tekstu architektami czasoprzestrzennymi. Przestrzeń można tu rozumieć w dwóch wymiarach: wewnętrznym (a więc budowa spektralna, szumowość i ziarnistość, sposób artykulacji), jak i zewnętrzną (a więc wielokanałowa projekcja elektroniki, niekonwencjonalne rozmieszczenie wykonawców, kompozycje i instalacje site-specific). Czas zaś można kształtować na wielu poziomach – używając metaforyki kompozytora Gérarda Griseya – od samego szkieletu metrycznego przez ciało jego wypełnień i odchyleń aż po skórę percepcji słuchacza. W tym duchu myśli właśnie Hanna Kulenty, która przywiezie do Katowic swój I Koncert altówkowy: „Ostatnio nazywam swoją muzykę nie tylko »polifonią czasoprzestrzeni«, ale też: »musique surrealistique«. Dlaczego? Dlatego, że jestem kompozytorem, który świadomie łączy i łączyć będzie poszczególne elementy muzyczne w taki sposób, aby zmienić im... (właśnie) – czasy. Próbuję np. rozciągnąć melodię tak, aby pozorny brak kontaktu z nią uderzał w naszą podświadomość, albo próbuję przyspieszyć ową melodię tak, aby nie było miejsca na żadną refleksję, a tylko nasza nadświadomość odgadywała ewentualną prozodię tej melodii. Zmieniam czasy elementom muzycznym. Zmieniam ich stany”.

Styl mieszkającej w Holandii kompozytorki jest jednym z bardziej rozpoznawalnych, ogniskując wiele omawianych tu tendencji: hipnotyczny repetytywizm, tonalne aluzje, ale i architekturę czasu. Dwoje kolejnych twórców z programu Festiwalu Prawykonań pracuje bardziej nad przestrzenią wewnętrzną i relacjami między realnym a wirtualnym dźwiękiem. Lidia Zielińska w „Threesome C” za punkt wyjścia bierze kwartet smyczkowy, lecz jest on jednocześnie amplifikowany, nagrany na taśmę i przetwarzany środkami live electronics; Krzysztof Wołek w „Spin” zakręci całą orkiestrą oraz przestrzenną siecią głośników, wykorzystując także ambientowe szumy płynącego prądu. Oboje są specjalistami w pracy nad elektroniką, która umożliwia im wniknięcie głębiej w brzmienie również instrumentów akustycznych – i iluzjonistyczne połączenie obu przestrzeni. Wreszcie postać odrębna, twórca zakrojonych na szeroką skalę rytuałów świetlno-muzycznych, czyli Prasqual. Po bardzo dobrze przyjętej na poprzednim biennale „Muqarnyas”, także tegoroczna „Mashrabiyya” na rożek angielski, waltornię i 93 muzyków zapowiada się ekscytująco. Zamieszkały w Kolonii – niedaleko swojego zmarłego już mistrza, Stockhausena – kompozytor konsekwentnie buduje swój świat w monumentalnej tetralogii rytuałów poświęconej postaci Orlanda. Prasqual pracuje nad obiema przestrzeniami dźwięku: wewnętrzną wyznaczają precyzyjnie obmyślane mikrotony, a zewnętrzną ruchy po okręgu, linii i spirali, w dialogu ze sztuką i filozofią islamu. W tej grupie widzieć można także takich kompozytorów, nieobecnych tym razem na Festiwalu, jak Dobromiła Jaskot, Dominik Karski czy Ewa Trębacz.

CZY TEN PODZIAŁ wyczerpuje kompozytorskie postawy w Polsce? Oczywiście nie. Mówimy przecież o ponad setce aktywnych twórców! Jednak jeśli bawimy się w typologie, to zastanawia mnie słaba obecność na radarach Festiwalu Prawykonań grupy piątej, którą nazwałbym roboczo performerami metamuzyki. Chodzi o coraz powszechniejsze w młodym pokoleniu podkreślanie cielesnego, teatralnego, wykonawczego aspektu twórczości, często poprzez osobiste zaangażowanie w interpretację (Mikołaj Laskowski, Jacek Sotomski, Artur Zagajewski) lub kreowanie własnej persony scenicznej (Jagoda Szmytka, Wojtek Blecharz). U wszystkich bardzo istotne jest krytyczne podejście do używanych środków: traktowanie medium dźwiękowego z konceptualnej perspektywy meta-, wielopoziomowe powiązanie muzyki z rzeczywistością, internetem lub nauką (Piotr Peszat, Rafał Ryterski, Monika Śniady, Sławomir Wojciechowski, Anna Zaradny). Co znamienne, grupa ta wymyka się instytucjonalnym sieciom muzyki, o wiele częściej występując w przestrzeniach teatralnych (Blecharz) czy galeriach (Zaradny), albo też powołując własne zespoły czy kolektywy (Kompopolex, Spółdzielnia, gen~rate). Ich nieprzewidywalne kreacje często przekraczają ramy festiwalowego formatu czy sali koncertowej, a zwłaszcza modelu 10-minutowej kompozycji, co zapewne przekłada się na niską reprezentację na tegorocznym biennale. Ale to już temat na inną opowieść. ©

„Mashrabiyya" Prasquala zabrzmi 25 marca o g. 19.30

W związku z festiwalem na www.tygodnikpowszechny.pl także wywiad z dyrygentem José Maria Florêncio.

Czytasz ten tekst bezpłatnie, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum
Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]