Reklama

Miłość zielona, miłość kiełbasiana

Miłość zielona, miłość kiełbasiana

11.03.2009
Czyta się kilka minut
Dwie książki - jedna fabuła przygodowo-sercowa, jeden żart walentynkowy. Ta druga nie dla dzieci. Raczej dla młodzieży.
N

Naczytałam się dziewczyńskich powieści dla dziewcząt po kokardę. Regułą jest, że dziewczynki czterdziestoletnie piszą dla dziewczynek piętnastoletnich. To rodzaj babskiej zmowy, do której faceci nie mają dostępu. Mężczyźni piszący o miłości są traktowani nieufnie w literackiej twierdzy z emblematem złamanego serca. Brutale, nieokrzesane zwierzęta, gruboskórni kibole - cóż oni mogą wiedzieć o sekretach panieńskiego dzienniczka? W istocie - niewiele. Dokładnie tyle, ile w dziewczyńskich książkach znaleźć można wzmianek o nastoletniej miłości z chłopięcego punktu widzenia.

Napisana przez faceta książka o zadurzonym chłopcu, na dodatek napisana tak, aby chłopcy zechcieli ją przeczytać - to prawdziwy rarytas. O ile dziewczynki rzucają się na literaturę z serduszkiem łapczywie i bez zachęty, o tyle zwabienie trzynastoletniego samczyka do półki z tego rodzaju literaturą wymaga perfidnych zabiegów.

Eoin Colfer - irlandzki nauczyciel, wychowanek katolickich szkół, które w nazwie mają długą listę świętych - dał się poznać w Polsce początkowo jako autor książek typu "bang bang". Na żadne "kiss kiss" nie było w nich miejsca. Jego bestsellerowa seria o Artemisie Fowlu to bardzo zręczny miks sensacyjnej strzelanki w stylu Bonda, gadżetów hi-tech i irlandzkiej mitologii. Nic dziwnego, że seria przysporzyła autorowi sławy - najpierw w Europie, potem w Stanach. Colfera czytają chłopcy, a on sam ma bardzo chłopięcy styl bycia - jak ogładzony zabijaka z podwórkową przeszłością. Dorastanie wśród czterech braci i przez wiele lat wykonywany zawód nauczyciela szkoły publicznej naładowały mu akumulatory wiedzą o nastolatkach. Jego bohaterowie mają kolce, dorastają boleśnie. A równocześnie nie jest to ponure czołganie czytelnika przez życiowe traumy - Colfer jest bardzo dowcipny, inteligentnie bawi się językiem, jest mistrzem sarkazmu i ironii.

Cztery lata trwający nauczycielski kontrakt Colfera w Arabii Saudyjskiej i Tunezji zaowocował książką "Benny i Omar", w której po raz pierwszy pojawia się irlandzka rodzina Shaw, a w niej Geor­ge i Bernard - dwaj chłopcy, nazwani tak przez dotkniętą teatralną pasją mamę (rys autobiograficzny - matka pisarza była opiekunką szkolnych grup teatralnych). Nastoletni Bernard - tytułowy Benny - fanatyczny gracz w hokeja na trawie, wraz z rodzicami i bratem wyjeżdża do Afryki, gdzie tata Shaw znalazł pracę i gdzie rodzina spędzi rok w luksusowym getcie dla białych pracowników. Przypadkowo Benny pozna tubylczego chłopca, z którym początkowa naparzanka zamieni się w przyjaźń. Tu trzeba wspomnieć o zabawnym grepsie Colfera (a zarazem prawdziwym wyzwaniu dla polskiej tłumaczki) - czarny chłopiec nie mówi po angielsku, ale gorliwie ogląda anglosaskie reklamy, dzięki czemu przyjaciele porozumiewają się za pomocą komicznego szyfru złożonego ze sloganów reklamowych.

Książka "Benny i Babe" jest sequelem "Benny’ego i Omara". Oto rodzina Shaw wraca do Irlandii i letnie wakacje spędza w małej nadmorskiej dziurze, gdzie dziadek Benny’ego jest latarnikiem. "Miastowi" nie mają lekko wśród "wieśniaków" - rodzina Shaw jest dopuszczana do towarzyskiej zażyłości jedynie przez wzgląd na osobę dziadka. Benny przyłącza się do lokalnych rozgrywek w hokeja. Ku jego zdumieniu, w drużynie "wieśniaków" najtwardszym zawodnikiem jest dziewczyna, na dodatek o dziewczyńskim imieniu: Babe. Benny, dotąd unikający dziewczyn jak dżumy i cholery, niechętnie musi przyznać, że Babe w niczym mu nie ustępuje, jeśli chodzi o ciętość języka i odwagę. Wkrótce Benny i Babe zawiązują dwuosobową "spółdzielnię" - razem wyławiają z morza zgubione błystki na ryby i oferują je turystom. Interes świetnie się kręci, ale oto w paradę wchodzi im starszy chłopak - Furty, do niedawna pensjonariusz domu poprawczego. Rywalizacja z Furtym omal nie zaprowadzi Benny’ego i Babe na cmentarz.

Obok wątku przygodowego Colfer kapitalnie opisuje uczucia trzynastolatka, który przywykł traktować dziewczyny z wyższością i pogardą, a w którym zdradzieckie hormony sabotują tę - jedyną godną prawdziwego twardziela - postawę. Jest w tej książce kapitalna scena na wiejskiej dyskotece, gdzie Benny zabiega o względy Babe, ale, straszliwie nieporadny, popełnia wszystkie błędy, jakie może popełnić zalotnik debiutant. Jeszcze wczoraj najtwardszy napastnik drużyny hokejowej, dziś amant, bezradny jak kotek.

Colfer bezlitośnie odsłania cały komizm wieku dojrzewania, kiedy to piżama z misiem Rupertem albo plastikowa lalka komandosa może zhańbić trzynastoletniego mężczyznę w oczach dziewczyny. Wydaje się, że wątek sentymentalny zajmuje w tej książce dokładnie tyle miejsca, ile w hierarchii dorastającego chłopca zajmują dziewczyny - uczucia są ważne, ale przecież nie tak ważne jak finał mistrzostw świata w hokeju, to się wie! Ta proporcja gwarantuje Colferowi poczytność u męskiej widowni - książkę można potraktować od biedy jako stricte przygodową i pominąć wzgardliwym milczeniem nastoletnie afekty.

Książka druga absolutnie mnie zachwyciła. Jest fajerwerkowym debiutem młodej graficzki Oli Cieślak, której przepowiadam niniejszym świetną przyszłość. "Love story" rozmiarem i objętością przypomina książkę dla dzieci. Nic bardziej mylnego. Jest to typowa picture book, co - bardzo nieadekwatnie - tłumaczy się po polsku na "książkę z obrazkami", w domyśle - dla maluchów. Tymczasem termin picture book definiuje jedynie proporcję tekstu do obrazka - zawsze na korzyść tego drugiego. Adresat bywa różny, od przedszkolaków po lubieżnych starców (w wypadku erotycznych picture books).

Tutaj mamy oto walentynkową opowiastkę o miłości jelenia do żony leśniczego, zakończoną groteskową puentą. Z podziwem i zazdrością przyglądam się, jak inteligentnie i pomysłowo Ola Cieślak prowadzi narrację - każda strona to przemyślana anegdota, dyskretna zapowiedź ciągu dalszego, zakamuflowane sensy. Użycie szwabachy - niemieckiego gotyku - wprowadza do książki poboczne konotacje: kpinę z makatkowej moralności, prowincjonalnego machismo, samczego honoru. A wszystko to razem jest walentynkowym żartem, przyjemną odmianą po wysypie badziewnych purpurowych bombonierek. Smacznego!

Eoin Colfer, Benny i Babe przeł. Rafał Lisowski, Warszawa 2009, Wydawnictwo W.A.B.

Ola Cieślak, Love Story Warszawa 2009, Wydawnictwo Dwie Siostry

Napisz do nas

Chcesz podzielić się przemyśleniami, do których zainspirował Cię artykuł, zainteresować nas ważną sprawą lub opowiedzieć swoją historię? Napisz do redakcji na adres redakcja@tygodnikpowszechny.pl . Wiele listów publikujemy na łamach papierowego wydania oraz w serwisie internetowym, a dzięki niejednemu sygnałowi od Czytelników powstały ważne tematy dziennikarskie.

Obserwuj nasze profile społecznościowe i angażuj się w dyskusje: na Facebooku, Twitterze, Instagramie, YouTube. Zapraszamy!

Newsletter

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]