Reklama

Złe dziewczyny

Złe dziewczyny

26.01.2006
Czyta się kilka minut
Mają lat 14 albo 18 - zawsze przed maturą. Już nie dziewczynki, niekiedy wręcz dziewuchy, bo bywają obcesowe i kolczaste. Obrażone na świat egoistki, długo rozpamiętujące doznane krzywdy - prawdziwe i urojone. Nawet jeśli ładne - to nieświadome swojej urody, złaknione pochwał, na które czekają daremnie.
Z

Z bliskimi porozumiewają się za pomocą pomruków, na cierpliwy papier przelewają jadowite pretensje do rodziców. Toczą wojnę z kilkoma koleżankami z klasy, nauczycieli traktują jak chorobę zakaźną. Przyjaźnią się byle jak, powierzchownie. Są samotne. Biedne. Często histeryczne. Szczerze rozmawiają tylko z psem. Mamę mają na bezrobociu, na saksach w Ameryce albo w odległej wsi. W niemal nikim nie znajdują oparcia, oferowaną pomoc odtrącają nieufnie. Uzbrojone po zęby w pozę nieczułości, są słabe jak ślepe kocięta. Płaczą, klną, zuchwale odszczekują się chłopakom, do których tęsknią po nocach.

Paula, Klara, Linka, Marcyśka (siostra Patryka i Andżeliki) - jakże inne od "dobrych dziewczyn" z moich nastoletnich lektur. Tamte były córkami bibliotekarek, uczyły się dobrze, zakochiwały się taktownie i po cichu, czekając cierpliwie na wzajemność. Chodziły na harcerskie zbiórki i pomagały rodzicom. Nie paliły, piły tylko sok z marchwi. Happy end następował przed pierwszym pocałunkiem, zero seksu. Oj! Jak to dawno było!

Książki dla dziewcząt - zawsze o miłości - wyświechtane i skropione łzami lektury nadobowiązkowe. To w nich szuka się lekarstwa na różne sercowe przypadki, to one opisują hormonalne dramaty i trądzikowe katastrofy. Świat hermetyczny, niefotogeniczny, babski - mężczyznom wstęp wzbroniony. Balzac pozazdrościłby im poczytności - są pożerane łapczywie i ciągle ich przybywa.

Dwa lata temu na jakiejś konferencji dzieciologów utyskiwałam na fałszywą słodycz rodzimych książek dla młodzieży, konfrontując je z zachodnioeuropejskimi "trudnymi" lekturami. No to teraz mam za swoje! Namnożyło się niechcianych ciąż, alkoholików, zdrad i rozwodów, literatura dziewczęca wprawia w zakłopotanie swoim weryzmem. Czytam te książki, tłumiąc belferski odruch, powstrzymuję się od prawienia w duchu morałów. Bo przecież ja znam te dziewczyny, tyle tylko że z widzenia. To one stoją z chłopakami na boisku szkolnym, przyjmując bez protestu "końskie zaloty" - obraźliwe i wulgarne. To one bywają na przemian płaczliwe i agresywne, bo mają się za nic. To one piszą do kolorowych pism dramatyczne listy odsłaniające bezradność i ignorancję w sprawach męsko-damskich.

Pytanie tylko, czy sięgają po książki o nich napisane? A może książki o złych dziewczynach potrzebne są tym dobrym, żeby się w swojej nudnej dobroci utwierdziły?

Autorki wyrzekły się przywileju rozstrzygania o tym, kto ma rację. Morały są przewrotne lub nie ma ich wcale. Happy end już nie jest warunkiem koniecznym. Zdezorientowana czytelniczka nie doczeka się podpowiedzi, musi sama rozwiązać cudze (literackie) dylematy, przejrzeć się w nich. Po otuchę niech idzie do pani Małgorzaty Musierowicz (świetnej skądinąd!) - tu znajdzie krew, pot i łzy.

***

Najciekawsza z tych czterech książek to opowieść Beaty Ostrowickiej o osiemnastolatce z prowincji, która w zamian za stancję w Krakowie opiekuje się starą ciotką. Marcyśka jest twarda i zamknięta w sobie - za cenę "służby" u zrzędliwej staruszki chce się wyrwać ze świata, w jakim wyrosła. Dom rodzinny to bieda, wódka, niewielkie potrzeby, małe aspiracje.

Nieoczekiwanie ciotka umiera. Zapis testamentowy czyni Marcysię spadkobierczynią krakowskiego mieszkania. Rodzina w myślach dzieli spadek, ale dziewczyna stawia na swoim - zatrzymuje mieszkanie, chce się uczyć. Urażeni rodzice zrywają stosunki z córką. Osamotniona dziewczyna w przededniu matury zyskuje trudną wolność - pojawiają się chłopcy, flirty, pierwsza bliskość. Marcysia wybiera głupio i na oślep, wyrządza sobie krzywdy. Nie ma suflera - jest sama ze swoimi wyborami. A chociaż podejmowane chaotycznie i w popłochu - to jej suwerenne decyzje. Co jej nie zabije, to ją wzmocni.

Dwie książki Hanny Kowalskiej-Pamięty traktują o gimnazjalistkach i oparte są na bliźniaczej konstrukcji - zagadka prawie kryminalna, trudne relacje rodzinne, osamotniona nastolatka, kłopoty w szkole, tajemniczy chłopak. Tyle tylko, że ta nastolatka nosi w sobie bombę - wielki, autodestrukcyjny potencjał.

Czytam i nie lubię jej. Drażni mnie jej brak ogłady, egoizm, talent do popadania w kłopoty, brak wdzięku. Karolina i Paula - bohaterki obu książek - są de facto jedną nieznośną trzynastolatką. I jakkolwiek nie podoba mi się ten dwugłowy twór - to rozpoznaję w nim znane mi dziewczyny i ten emocjonalny dygot, jaki jest następstwem bolesnego dorastania. Jest tu jakaś - niechciana i niezbyt pociągająca - prawda o generacyjnych rozterkach nastolatek i dobrze zaobserwowany trud przepoczwarzania się.

Autorka, trochę bałamutnie, obiecuje swoim czytelniczkom, że miłość rozwiąże wszystkie ich problemy. Między wierszami tkwi obietnica, że poczucie niskiej wartości, brak porozumienia z koleżankami i rodziną - zostaną zrekompensowane przez pierwszą miłość. Tymczasem kolczasta, egocentryczna Paula-Karolina nadal będzie zapewne przysparzać kłopotów sobie i innym. Nie ma morału, jest happy end, zmącony moimi wątpliwościami.

"Niebieskie nitki" to oryginalny pomysł na połączenie w jednym "grocholi" dla matek i nastoletniej powieści dla córek. Napisana ze swadą książka, o dobrze skonstruowanej intrydze - przynosi zaskakujące zakończenie. Dziewczyna, jak w bajce, ma dwóch zalotników - jeden to uważny, opiekuńczy sierotka, drugi jest powierzchownym, nonszalanckim księciem. Zgodnie z logiką bajek dziewczyna powinna wybrać sierotkę. I tu niespodzianka! Autorka najpierw długo przekonuje nas o wyższości sierotki, żeby na koniec wbić sobie samobójczego gola. Ten desperacki krok pieczętuje na dodatek anachroniczną opowiastką o mezaliansie, włożoną w usta książkowej babci. Wniosek - nastolatki są nieprzewidywalne, zasada lojalności jest im obca, osądź, czytelniku, sam!

Kto spodziewa się po tych nowych książkach oczywistej puenty - ten będzie srodze zawiedziony. Bo życie nastolatek nie układa się według matczynych scenariuszy, to slalom od bandy do bandy, bolesne manewry miłosne okupione siniakami. Literatura jest papierowym "symulatorem" tych manewrów, a siniaki literackie bolą mniej niż realne. Toteż kupujcie swoim złym i dobrym dziewczynom książki nastoletnie - niech płyną strumienie katartycznych łez.

  • Beata Ostrowicka, "Zła dziewczyna", Wrocław 2005, Ossolineum, seria "Nasza Biblioteka";
  • Hanna Kowalska-Pamięta, "Pamiętnik jedynaczki", Kraków 2005, Wydawnictwo Skrzat;
  • Hanna Kowalska-Pamięta, "Kto nie lubi Klary?", Kraków 2005, Wydawnictwo Skrzat;
  • Małgorzata Gutowska-Adamczyk, "Niebieskie nitki", Warszawa 2005, wydawnictwo Ezop.

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]