Szanowny Użytkowniku,

25 maja 2018 roku zaczyna obowiązywać Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE (określane jako „RODO”, „ORODO”, „GDPR” lub „Ogólne Rozporządzenie o Ochronie Danych”). W związku z tym informujemy, że wprowadziliśmy zmiany w Regulaminie Serwisu i Polityce Prywatności. Prosimy o poświęcenie kilku minut, aby się z nimi zapoznać. Możliwe jest to tutaj.

Rozumiem

Reklama

Miasto

Miasto

25.06.2013
Czyta się kilka minut
Lubię Lublin. Prawdziwe miasto, niezadeptane przez miliony turystów, trudny do podrobienia urok, niewielkość, ambicje na ludzką miarę, otchłanie pamięci, blizna obok serca. Nie wiadomo, jak o nim mówić.
K

Kiedy jest się na delegacji, przejazdem, na dzień lub dwa, to uderza jego zwyczajność, a jednocześnie zwyczajność jest tutaj zdecydowanie czym innym niż gdzie indziej. Wolniej, uważniej, miękko. Gmachy, zamek, kościoły, Brama Grodzka, najokazalsze zabytki nie kryją w sobie zamiaru panowania. Nieszczególnie chcą olśnić, zdominować. Nawet jeśli na górze, to jakoś nie górują. Tylko budynek dominikanów, od razu widać, że za duży. Chociaż... Niedaleko stoi kamienica Janusza Palikota, lokalna osobliwość, lekko konfundujący powód do zadowolenia miejscowych, więc może nic nie jest bez przyczyny, może klasztor jest po to, żeby posłowi przypominać, kto większy? Ale dodam od razu, że Palikota też lubię, bo wnosi do polityki czynnik literacki, gombrowiczowski, sowizdrzalski, komplikuje, a nie po prostu niszczy (czy da się zniszczyć łom?) narzędzia perswazji.
Przesada? No cóż, mamy kapitalną okazję, by obserwować, jak pewien inteligentny profesor doszedł do wniosku, że jego skłonności polityczne wymagają przemiany – z subtelnego intelektualisty w aroganckiego prostaka. Inaczej się ponoć nie da, a Strasburg – wiadomo – wart jest kija. Na tym tle Palikot jest jak Tatry przy Wogezach.
W Lublinie widziałem chłopaka w dredach, drągala, który późnym wieczorem, dochodziła jedenasta, stał oparty o latarnię i czytał. W jednej ręce książka, ale jaka, nie wiem, byłem – krótkowidz – bez szans, w drugiej papieros. Coś jeszcze jeździło, zatrzymywało się, jakby chcąc mu przerwać, na próżno. Czytał chciwie, pewnie dlatego (że) pod latarnią było jasno. Ludzie przechodzili, nie dziwiąc się wcale.
Ale dlaczego piszę, że miał dredy? Ci w dredach nie czytają? Że ludzie nie reagowali wrogo... – ale czy gdzieś już biją czytających? Gdyby go sfotografować, a prosiło się, byłby jak zdun zanurzony w Lukrecjuszu. Zdjęcie Aleksandra Jałosińskiego z połowy lat 70., porażające, odrażające, wzniosłe, szydercze. Zdun nie czyta „O naturze wszechrzeczy”. „O naturze wszechrzeczy” czyta zdun. Które zdanie prawdziwe? Hm, w pewnej podpoznańskiej wiosce, prawie przedmieściu, jest sklep, obok sklepu coś w rodzaju zagrody, wewnątrz stołki i pieńki, na nich najzawziętsi miejscowi piwosze... Na zewnątrz dobiegają słowa o Bogu, sprawiedliwości, sensie życia, owszem, ciut rozmazane, bywa, bełkotliwe. Ale dlaczego się dziwię? Że nie słyszę ich w lepszym wydaniu na uniwersytecie? Hm, na uniwersytecie z góry, wiadomo, aporia, a z dołu, wiadomo, rekrutacja (akredytacja, parametryzacja, petryfikacja).
A w Lublinie można zobaczyć wiersze na murach, na przykład rozciągnięty na trzy kondygnacje „Wiersz” Andrzeja Sosnowskiego. Gdyby Sosnowski napisał jedynie „Trackless”, a poza tym ani strofki, i tak zająłby centralne miejsce w czułej i zatrwożonej duszyczce interpretatora. Bo niewiele rzeczy napisanych po polsku tak zarazem swobodnie i logicznie wije się w dwóch przeciwnych kierunkach jednocześnie. Ale gdyby tylko to, kuglarstwo palindromu, to nie byłoby o czym mówić. Ale jest, bo w wierszu chowa się zagadka, ba, tajemnica – tajemnica? jaka tajemnica? – układu słów, z którego wymyka się „piąte, dziesiąte” znaczenie, zdarzenie, czarowanie, brzmienie, drżenie, od których na świecie robi się ciekawej:
Wiersz wychodzi z domu i nigdy nie wraca
Wiersz nie pamięta domu którego nie było
Dla tej ciemnej miłości dzikiego gatunku
Wstecz wzdłuż ulicy której dawno nie ma
Idzie bez pamięci i znika bez śladu
Nie ma wiersza pamięci siostry ani domu
Czyta się go od lat, z pogłębiającym się wrażeniem, że bezradność może uszczęśliwić. Interesujące, co o tym myślą uczniowie ze szkoły, do której należy ściana z wydrukowanym Sosnowskim. Ściana-ściema. Tak mówią? Tak myślałbym, lecz jesteśmy w Lublinie, tu zaś dzieją się dziwy. Aż się chce powiedzieć: wiersz przypięty do muru odnalazł się w końcu. Ale co powiedziałby o tym poeta?
Wiersz Julii Hartwig, chyba krótszy, mignął mi z okna taksówki; jeszcze go kiedyś przeczytam. I wiersze Piotra Matywieckiego, Tomasza Różyckiego, Ryszarda Krynickiego, gdzieś tam podobno są. Miasto do czytania. Samo o sobie mówi, nieskromnie, a może i skromnie – bo kto się jeszcze chlubi literaturą? – że jest miastem poezji:
Kamienie, kamienice,
ściany ciemne, pochyłe.
Księżyc po stromym dachu toczy się, jest nisko.
Zaczekaj. Zaczekajmy chwilę –
jak perła
upadnie w rynku miskę –
miska zabrzęknie.
Jak pięknie. Mistrzem od księżycowej liryki jest Marian Stala, więc nieśmiało i naiwnie powiem jedynie, że obraz toczącego się, staczającego, upadającego, upadłego, w domyśle, uprzystępnionego, danego ludziom, przez to jakby jeszcze większego księżyca, „perły w misce rynku”, skarbu w pospolitym naczyniu, ta gra w zniżanie, które nie obniża, w obecność, która powtarza się co noc pogodną, lecz nigdy się nie spełnia – że to wszystko jest świetne, pozornie wyłącznie ładne, w istocie zaś misterne i niepokojące. Nie cały Czechowicz jest taki dobry, ale ten jest.
Lubelskie siedzenie, bez celu i libidynalnych przewag, acz treściwe. Upływa wieczór, odjeżdżają kolejne pociągi, rozmowa się klei. Nagłe przypuszczenie: kultowa dla niektórych „Noc poetów” Bohdana Zadury musiała powstać w pobliżu. Pewnie, nieproszony erudyta kosi błyskotliwy domysł, w Puławach, czyli obok. Koniecznie – ze względu na tempo, tętno, osobowe (im więcej nazwisk w poemacie, tym więcej czytelników), niepospieszne, a mimo to zdolne zamachnąć się na bezkresy: „Artyści nie dostaną się do Nieba (qui es in coelis), nawet w Niebie / trudno wyobrazić sobie aż taką ilość pojedynczych cel, no (...) mam nadzieję, że nie będę tym jedynym zbawionym: / Wieczność bez papierosa! Nowak, to nie to!”. Jasne, Drogi Redaktorze, ale przez chwilę, proszę, nie pal...

Czytasz ten tekst bezpłatnie, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum
Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]