Mam swoje miejsce

Michał Oleszczyk: Osoby LGBT+ są świetnie wyszkolone w umiejętności nadstawiania drugiego policzka. Ale właśnie nabierają nowej – wyrażania gniewu.

17.08.2020

Czyta się kilka minut

 / AGATA GRZYBOWSKA DLA „TP”
/ AGATA GRZYBOWSKA DLA „TP”

MICHAŁ OKOŃSKI: I jak się teraz czujesz?

MICHAŁ OLESZCZYK: Dziękuję, że pytasz, bo mało kto to zrobił. Raczej dobrze. Chociaż się martwię, i to niekoniecznie o siebie. Martwię się o naszą wspólnotę.

Naszą?

Wspólnotę nas, Polaków.

Przecież tu już nie ma żadnej wspólnoty, Michał. Jest wojna kulturowa.

A ja mam nadzieję, że ciągle jednak jest. Że są wspólne kody i tradycja, silnie oddziałująca na wszystkie strony sporu. Samo to, że jesteśmy w tak morderczym zwarciu, wydaje się arcypolskie.

Zapytałem o Twoje samopoczucie w związku z tekstem, który opublikowałeś najpierw na Facebooku, a później w Onecie. „Jesteśmy jako LGBT+ siłaczkami i siłaczami, bo od najwcześniejszych lat szkolimy się w wytrzymałości na szczególny rodzaj bólu” – napisałeś.

Miałem nadzieję, że ta moja opowieść przyniesie komuś otuchę. Na najprostszym poziomie: że ktoś usłyszy „nie jesteś sam”. Albo „nie jesteś sama”.

Nie czujesz ulgi, że coś z siebie zrzuciłeś?

To nie był coming out, bo zdarzało mi się już mówić o mojej orientacji. Ucieszyły mnie głosy wsparcia, zwłaszcza że niektóre pochodziły ze środowisk, po których mogłem się spodziewać raczej krytyki.

Więc czym się tak martwisz?

Przyjrzyj się naszym zachowaniom. Codziennie rano chwytamy za smartfon i strzelamy sobie w żyłę wiadomościami, które mają niepokoić i gniewać. W efekcie nasz poziom podenerwowania i niecierpliwości wciąż narasta. Co gorsza, odbywa się to w bardzo ciasnych bańkach.

Wciąż nie potrafię dostrzec, co łączy tych, którzy jeżdżą furgonetką z nienawistnymi hasłami na temat LGBT+, z tymi, którzy niszczą tę furgonetkę.

Problemem naszego czasu jest to, że każdy skupia się wyłącznie na własnym bólu. Masz tu zresztą kolejny zwornik wspólnoty: Polacy to bardzo niewypłakany naród. Niewypłakany po wojnie, po transformacji, po pańszczyźnie – długo by wyliczać. Niewypłakane są całe klasy społeczne, nie tylko mniejszości.

No to niech się wypłaczą. Niech wyrażą swój ból, żal i gniew – zwłaszcza słuszny. O wspólnocie porozmawiamy kiedy indziej.

Gniew to paradoksalne uczucie. Mówimy o emocji, o akcie, ale też o jednym z grzechów głównych – w dodatku chyba jedynym, o którym wiemy, że Jezus też go popełnił, wywracając stoły kupców w świątyni.

Zawsze mnie to zastanawiało: dlaczego słuszny gniew miałby być grzeszny?

Bo choć pozwala przeciwstawić się niesprawiedliwości, ma niebywałą właściwość zamykania oczu na innych – głównie na tych, na których się gniewamy. Zaślepia. Byłoby fantastycznie, gdyby energię gniewu dało się użyć wyłącznie do naprawiania krzywd, i chciałbym, żeby obecna erupcja gniewu osób LGBT+ też była źródłem zmiany na lepsze. Wielu mistrzów życia duchowego, nie tylko Jezus, potrafiło się posłużyć tym narzędziem.


Katarzyna Jaśko, badaczka aktywizmu: Trudno znaleźć „właściwą” metodę protestowania. Aktywiści domagają się zmiany, a ona jest trudna, bo wymaga przyznania, że świat jest niesprawiedliwy.


 

A Ty sam? Zadeklarowałeś się jako „homoseksualny Polak i chrześcijanin, który nie wyjedzie z tego kraju, bo za mocno kocha jego historię, kulturę i tradycję, by pozwolić na ich lżenie przez politycznych żołdaków, dla których PRL-owski feudalizm umysłowy jest cenniejszy od idei wolności i społeczeństwa obywatelskiego”. To gniewne słowa.

Wiesz, co sprowokowało mnie do ich napisania? Jechałem pendolino z Warszawy do Gdańska. Siedziałem wciśnięty w kąt blisko dość głośnej grupki współpasażerów, którzy pili piwo i nie założyli maseczek. Miałem z początku pokusę uciszenia ich, ale zdusiłem ją w sobie. Pomyślałem, że czas jest ciężki i że należą im się wakacje. W sprawie maseczek upomniał ich konduktor, jakoś ta podróż minęła, ale kiedy już wysiadałem, usłyszałem końcówkę ich rozmowy. Padło w niej zdanie: „LGBT, LGBT… Ja zawsze mówię: niech to zna swoje miejsce i wszystko będzie OK”. Jedno małe słowo „to” przelało zbierającą się od lat czarę. Poczułem, że chcę wreszcie powiedzieć, że LGBT+ to nie jakieś „to”, tylko sąsiad z przedziału, który pomógł wam wsadzić walizkę na półkę i myślał o was sympatycznie, choć wy się nie zachowywaliście sympatycznie.

Ale jeśli w moim tekście jest gniew, to nie na nich. Raczej na polityków, którzy w ostatnich miesiącach wywołali tyle złych emocji.

Miałem o to pytać: czy te emocje zawsze były, czy są efektem działalności polityków i dziennikarzy?

Rok temu nie wieszano tęczowych flag na pomnikach. Nasz język zradykalizował się po ostatnich kampaniach wyborczych. Najbardziej rażącym przykładem były owe miejscowości „wolne od LGBT”. We mnie sama ta fraza budzi grozę.

Wiesz, że są tacy, w których grozę budzi tęcza?

Wiem. I potrafię to sobie wytłumaczyć. Od lat media z premedytacją dokonują zawężenia reprezentacji osób LGBT+ do jednego obrazka.

Niech zgadnę: półnagi mężczyzna obejmujący innego półnagiego mężczyznę w tanecznych pląsach na jakiejś paradzie.

W samym tym obrazie nie ma nic złego. Wyobraź sobie jednak materiał o paradzie równości, w którym oprócz niego mamy komentarz z offu, że ci najbardziej swobodni uczestnicy marszu to bynajmniej nie wszyscy, bo nasz reporter spotkał Jana i Rafała – imiona wymyślam – którzy są ze sobą od 30 lat i mówią, jak bardzo jest dla nich ważne, że raz w roku mogą w bezpieczny sposób przejść po swoim mieście. A potem jest przebitka i Rafał mówi: „Ogromnie się cieszę, że Janek jest ze mną, bardzo go kocham”.


MARTA, katoliczka i lesbijka: Moja wspólnota, mówiąca o Bożej miłości, nie chce pytać: co u ciebie? Co czujesz? Kim jesteś? Nie wchodzi w mój świat, a jeśli już, to jako kolonizator: „My ci powiemy, co jest dobre, gdy wyrzekniesz się grzechu”.


 

Wydawca serwisu informacyjnego powie, że to kiczowate.

Ale prawdziwe! Przecież społeczność LGBT+ ma różne kolory, właśnie jak tęcza. Byłem na nowojorskiej Gay Pride i widziałem pokojową koegzystencję roztańczonych drag queens w brokacie z mundurowymi LGBT+, idącymi z partnerami i partnerkami za rękę.

Myślę, że w naszej kulturze, która z jednej strony ma silny pierwiastek katolicki, a z drugiej zawsze miała problem z erotyką – w kanonie nie mamy wybitnych dzieł skupionych na tym temacie – parady równości mogą być przedmiotem mylnego odczytania. Ich instytucja przyszła z USA, gdzie – zwłaszcza przez wpływy latynoamerykańskie – kultura karnawału stała się bardziej cielesna, dionizyjska, pozwalająca zrzucić na moment wszelkie ograniczenia. To nie jest coś, co byśmy mieli nad Wisłą przyswojone.

W kulturze ludowej, na weselach, tradycyjne zabawy i przyśpiewki bywają bardzo ogniste.

Masz rację, rubaszność bywa dozwolona. Ale radość jednostki z bycia żywym, manifestowana częściową choćby nagością – już nie bardzo. I myślę, że to dlatego formowane przez zmanipulowany medialny przekaz myślenie wielu Polaków o LGBT+ jest przesycone lękiem i poczuciem obcości. Kiedy takie osoby zobaczyły tęczową flagę na figurze Chrystusa, kulturowo kojarzonego z czystością i wstrzemięźliwością, faktycznie mogły poczuć się zagrożone. Dobrze byłoby zrozumieć ten lęk i nazwać jego źródła, jeśli chce się walczyć o jego wyrugowanie.

Trochę mnie niepokoi, że tak potrafisz empatyzować z ludźmi, którym ani w głowie empatyzować z Tobą.

W osobowościowym teście Gallupa empatia zajęła u mnie pierwsze miejsce, wyprzedzając intelekt. Na dobre i złe: bywa, że potrzeba rozumienia drugiej strony alienuje mnie od osób z mojego środowiska. Ale jako LGBT+ musimy myśleć strategicznie. Dzięki wysiłkowi aktywistów dzielniejszych ode mnie (bo ja prawie do czterdziestki żyłem w relatywnym ukryciu) już udało się zdziałać wiele – przypomnę, że w ostatnich latach wskaźnik akceptacji dla par jednopłciowych rósł, nie malał. Ale teraz stoimy przed wyborem: zamknąć oczy na przeciwnika czy ujrzeć go w całej złożoności? Jak mówiłem: obawiam się, że wielu z tych, których oburzyła tęczowa flaga na figurze Chrystusa, zobaczyło w niej symbol erotycznego ekscesu – choć jestem przekonany, że ci, którzy ją wieszali, wcale nie to chcieli powiedzieć.

Mnie się wydaje, że wspólnota wierzących Polaków nie poczuła się zagrożona – tak jak nie poczuła się zagrożona wielkim szalikiem kibiców Falubazu na figurze Chrystusa w Świebodzinie. Mamy do czynienia raczej z ofensywą walczącego o wpływy w obozie prawicy ministra, nomen omen, sprawiedliwości.

Płomyk pod garnkiem jest regulowany, niewątpliwie. Ale mnie najbardziej irytuje to, jak moje państwo nie rozpoznaje rzeczywistości: że sfera jego usług publicznych czy prawodawstwa nie obejmuje sporej grupy Polek i Polaków. Przecież związki osób LGBT+ to nie jest wydumany problem. My już żyjemy w związkach. To, jak musimy się nagimnastykować, żeby prawnie zagwarantować sobie coś, co dla każdego związku jest elementarne, czasami staje się wręcz torturą – zadawaną właśnie przez państwo.

Jakiej prawniczej dykty wymaga od nas np. ulepienie czegoś na kształt wspólnoty majątkowej? Znam pary, które decydują się na rejestrowanie spółki cywilnej. Znam pary, które wyjeżdżają za granicę, by tam wziąć ślub – i często nie wracają, co w kontekście narzekań rządzących na drenaż polskich talentów daje do myślenia. A problem dziedziczenia? Tu nie wystarczy spisać testament, trzeba jeszcze wymóc na biologicznej rodzinie rezygnację z prawa do spadku. A problem opieki nad dziećmi? Władza i jej media przedstawiają go jak bajkę o żelaznym wilku; straszą tym, co czeka nas, jeśli nie obronimy okopów świętej Trójcy. A to już tu jest. Są rodziny jednopłciowe, wychowujące dziecko lub dzieci jednego z partnerów. Z badań wynika, że dzieci z takich związków nie noszą żadnych obciążeń czy traum.

Wiesz, jaki jest największy paradoks tej sytuacji? Że osoby LGBT+ nie walczą o wolność od zobowiązań. Przeciwnie: chodzi o ich prawne usankcjonowanie.

W swoim wyznaniu pisałeś także o cierpieniu związanym z powściąganiem własnych impulsów: bliskości, czułości, miłości, a biorącym się z toksycznego lęku, że „ludzie zobaczą”. O bólu wymuszonej niewidzialności; wymuszonego ignorowania siebie samego. Albo o bólu ciągłego wymijania pytania: „To kiedy ślub?”, zadawanego przez dawno niewidzianą ciotkę lub wujka.

Jeśli miarą chrześcijańskiego podejścia do życia jest umiejętność nadstawiania drugiego policzka, to osoby LGBT+ są świetnie wyszkolone w tej umiejętności.

Nie musisz mówić o swoim stosunku do religii.

Ale mogę. Temperatura mojej wiary była różna na różnych etapach, ale nigdy nie miałem wątpliwości, że filozoficznie jestem chrześcijaninem. Że wszystkie te kontrintuicyjne zasady, jak właśnie nadstawianie drugiego policzka, modlitwa za nieprzyjaciół, powiedzenie o belce i oku, są najlepszym przewodnikiem po życiu.

Ale tym dobitniej muszę powiedzieć, że winy polskiego Kościoła w związku z dzisiejszym kryzysem są ogromne. Jego hierarchowie nawet nie próbują rozmawiać z dużą grupą wiernych. Nie wypowiadam się na temat zmiany doktryny – wiem, że Katechizm mówi o „obiektywnym nieuporządkowaniu moralnym”. Ale wiem też, że mówi o traktowaniu homoseksualistów „z szacunkiem i delikatnością”. No i co? Totalny fail. Brak duszpasterstw, brak odniesień w kazaniach, poza potępianiem i straszeniem.


Politycy, urzędnicy bawią się życiem. Mogą doprowadzić do nieszczęść, które w środowisku młodzieży LGBT+ i tak się zdarzają. Dać oręż tym, którzy będą chcieli skrzywdzić nasze dzieci. Na osiedlu, w szkole – mówi Irmina Szałapak ze stowarzyszenia My Rodzice, zrzeszającego matki, ojców i sojuszników osób LGBT+


Nigdy nie zapomnę wizyt w brooklyńskim kościele na Bay Ridge – tego, jak wspaniale się czułem, kiedy ksiądz witał swoich homoseksualnych wiernych, mówiąc, jak bardzo cieszy się z ich obecności na nabożeństwie. Wyobrażasz to sobie w Polsce? Tutaj w kościołach mamy być niewidzialni, ewentualnie mamy być odważnikiem stawianym na jakiejś politycznej wadze. A najczęściej i tak jesteśmy „ideologią”.

Niesamowita jest kariera tego pojęcia. Niesamowita i czysto polska: jak wpisać w wyszukiwarkę „LGBT ideology”, pojawiają się tylko informacje znad Wisły.

Rozumiem, że ludzie boją się zmian. Usłyszałem niedawno zdanie, które dało mi do myślenia – że w szkołach nie powinno się już uczyć żadnych twardych umiejętności, bo wszystko, co uczniowie będą w stanie teraz przyswoić, za 10 lat okaże się nieaktualne. I że należy w związku z tym nauczać przede wszystkim psychologii zmiany.

Ja jestem rocznik 1982, czyli do podstawówki poszedłem w 1989 r. Była to niewielka szkoła w małym mieście na Górnym Śląsku. Świat, w którym nie sposób było zadać sobie pytania o własną seksualność, bo nie było do tego języka. Nie było internetu, z wiedzą na wyciągnięcie ręki. Jak teraz wspominam swoją pierwszą spowiedź, z całą tą manufakturą strachu, jaką była poprzedzająca ją katecheza, myślę z przerażeniem i współczuciem o straszonym piekłem dziecku. To był czas paraliżującego lęku.

Ja jestem rocznik 1971, chyba wiem, o czym mówisz. A starsi od nas mieli pewnie jeszcze gorzej.

Spowiadałem się kiedyś w jamajskim kościele na Brooklynie. Pamiętam stres, który zwyczajowo towarzyszył mi w tym akcie, i pamiętam, jak ksiądz powiedział: „Wow, it was a great confession!”. Wiesz, co to było za uczucie, uświadomić sobie, że nie o samych grzechach mówimy i że ten po drugiej stronie zobaczył we mnie człowieka?

Zważywszy na to, jak wielką władzę ma w Polsce Kościół, ma też wielkie pole do działania. Może naprawdę włączać osoby LGBT+ w swoje życie. Ich grzechy nie wykluczają przecież ze wspólnoty – jak zresztą jest z innymi grzesznikami, o ile się orientuję. Najpierw jednak należy zrezygnować z opowieści o żelaznym wilku. I dopowiedzieć, że żyjemy w państwie świeckim, więc osoby nienależące do Kościoła nie powinny żyć w systemie układanym pod konkretną konfesję.

O czym dokładnie traktuje ta opowieść o żelaznym wilku? Adam Bodnar mówił mi, że problemem jest łączenie homoseksualizmu z pedofilią i jeszcze z edukacją seksualną: że jeśli ktoś się lęka osób homoseksualnych, to dlatego, że uwierzył w brednie o tym, że ktoś taki może skrzywdzić jego dziecko.

Tu nie mam nic do dodania, może poza przypomnieniem, że na furgonetce, którą zaatakowała Margot, znajdowały się właśnie hasła o rzekomych związkach między homoseksualizmem a pedofilią.

Wiesz, słucham tych słów płynących z megafonu furgonetki i mam przed oczami wielu moich przyjaciół LGBT+, którzy są nauczycielami, lekarzami, ratownikami. Boże, oni tak ciężko pracują, służąc także dzieciom! Przypinanie im łatki pedofili to niewiarygodny skandal, zwłaszcza jeśli odbywa się w obrębie instytucji, która sama ma problem z rozliczeniem przestępczych zachowań seksualnych w stosunku do dzieci. Jestem zwolennikiem praworządności i nie podoba mi się niszczenie cudzego mienia, ale mogę zrozumieć nieposłuszeństwo obywatelskie, które doprowadziło Margot do aresztu.

Ja jestem zwolennikiem praworządności i uważam, że ta furgonetka powinna była zostać zatrzymana z paragrafów o mowie nienawiści.

To nas odnosi do innego wątku: prawo i styl jego przestrzegania. Szczepan Twardoch słusznie napisał, że trzeba mówić o ramieniu władzy, a nie o jej mieczu – czyli nie należy mieć pretensji do policji, tylko do tych, którzy ją wysłali i którzyde facto dyrygują teatrem ulicznych represji.

Ustaliliśmy, że władza gra tym problemem instrumentalnie, ale, jak rozumiem, ma się do czego odwołać. Czytałem kiedyś esej Tadeusza Mazowieckiego o antysemityzmie ludzi łagodnych i dobrych – i myślę o homofobii ludzi łagodnych i dobrych.

To może ty teraz powiedz, skąd się ona bierze.

Mówiłeś o strachu przed zmianą. Dołożę strach przed innością. I może jeszcze przed samym sobą – przed przyjęciem w sobie pierwiastka kobiecego, jeśli urodziłem się mężczyzną. Każdy z nas go w sobie nosi – tak jak kobiety noszą w sobie pierwiastek męski.

Tak, homofobia jest, koniec końców, strategią obronną przed spotkaniem z sobą samym. Nie w znaczeniu zwulgaryzowanym: „masz takie skłonności, tylko boisz się przyznać”. Chodzi o coś głębszego, bardziej egzystencjalnego. Jestem czytelnikiem Levinasa, więc powiem, że chodzi o spotkanie z twarzą innego. I że dzisiaj spotykają się głównie symbole innego – np. krzyż z tęczą – a nie twarze. Każdy lęk najłatwiej przełamuje się przecież w spotkaniu jeden na jeden.

Skądinąd: wiele osób zmieniło sobie teraz nakładkę na Facebooku na tęczową, odhaczając obowiązek, oznaczając się „właściwym totemem”. Ilu z nich zadzwoniło do znajomej osoby LGBT+ ze słowami wsparcia i solidarności? To chyba jest moment na takie właśnie gesty.

Zawstydza mnie to, co mówisz.

Nie mam takiej intencji.

A to spotkanie jeden na jeden: ono ma warunki brzegowe?

Wypracujmy je wspólnie. Powiedzmy, co nas najbardziej boli, każdą ze stron. A jeśli nie uda się znaleźć słów pojednania, rozstańmy się, nie bluzgając na siebie.

Dlatego właśnie zdecydowałem się opowiedzieć o swoim bólu. Osoby LGBT+ są w bólu wyćwiczone i znają miliony małych ukłuć, a oddanie sprawiedliwości bólowi jest istotą człowieczeństwa. Często myślę o moim dziadku Leonie, mechaniku samochodowym ze Śląska, który srogo się nacierpiał w życiu. I przypominają mi się słowa niedawno zmarłego amerykańskiego pisarza Pete’e Hamilla. Opowiadał o swoim ojcu, który ciężko pracował, żeby utrzymać rodzinę: wspominał, że nocami słyszał, jak po powrocie do domu tamten irlandzki imigrant bez jednej nogi płakał w łóżku. „You have to honor that pain”, powiedział Hamill; „Musisz uhonorować ten ból”. Otóż cokolwiek się wydarzy dalej, nasz ból, ból osób LGBT+ trzeba uhonorować – a dzięki temu także w dużej mierze uśmierzyć. Państwo ma narzędzia do włączenia nas we wspólnotę na równych prawach. Wiele krajów już to zrobiło.

Jak widzę szyderstwa wiceministra Jakiego czy europosłanki Mazurek, to nie mam wielkich nadziei.

Czytałem twoją rozmowę z Robertem Krasowskim: on dobrze pokazywał nieuhonorowany ból i dzisiejszy odwet na elitach tych, którzy go przez lata przeżywali. Problem w tym, że odwet przybiera formy spotworniałe. A państwo nie reaguje, albo wręcz go podsyca.

No właśnie: nie o małych ukłuciach mówimy – o tym, że wujek Cię rani pytaniem, kiedy się ożenisz – ale o przemocy werbalnej i fizycznej, która spotyka osoby LGBT+.

Dodajmy, że ta przemoc (vide Białystok lub bomba w plecaku w Lublinie) nie bywała ścigana równie spektakularnie, jak ściga się ludzi uzbrojonych jedynie w kolorową flagę.

Ale jeszcze słowo o ukłuciach. Jedną z egzystencjalnych strategii, które osoby LGBT+ przyjmują, żeby nadrobić deficyt właściwej samooceny, jest albo pracoholizm, albo nadmierne wręcz nakierowanie na służbę innym. Używając strasznych słów: chodzi o to, żeby „usprawiedliwić swoje istnienie”. Wielu z nas biega w kółko, coraz szybciej, niezwykle ofiarnie i z małą delikatnością w stosunku do siebie, po to, żeby spłacić wyimaginowany dług wobec społeczeństwa.

Nawet jeśli ono wyklucza?

Tak działa moralna perwersja wykluczenia. Ale ja już wiem, że to nie jest tak, że „zasłużyłem sobie” na miejsce przy stole, choćby pracą dydaktyczną. Ja na to miejsce zasługiwałem od samego początku, przez sam fakt bycia człowiekiem.

Może jest tak, że to są problemy starszego pokolenia. Wspomniałeś w swoim wpisie o młodszym o 10 lat Barcie Staszewskim – autorze m.in. projektu fotograficznego w miastach, które ogłosiły się „strefami wolnymi od LGBT”. Napisałeś, że ma więcej odwagi i samoświadomości: że gdy ty wybierałeś złudny komfort głowy w piasku, on mówił głośno i oddychał pełną piersią. Może jest tak, jak śpiewał Dylan: czasy nadchodzą nowe.

Czasy są zupełnie nowe, widzę to też po moich studentach. Zazdroszczę młodszym, że mają gdzie pozyskiwać informacje, zazdroszczę otwartości, z jaką mogą mówić o swojej tożsamości seksualnej. Ale myślę, że przed nimi są inne niebezpieczeństwa, np. spalenia się w cudzej walce politycznej.

Jest też kwestia, o której napisał na Twitterze Konrad Piasecki: „Fatalnie będzie, jeśli odpowiedzią na język agresji i nietolerancji wobec mniejszości będzie kaganiec poprawnościowy. Wolni ludzie winni spierać się, dyskutować, mylić, ale nie terroryzować kogoś, kto ośmieli się wyłamać, wyrazić wątpliwość albo mieć inne zdanie”.

Podzielam ten pogląd. W swoim najgłębszym rdzeniu cancel culture – kultura unieważniania, w której ktoś z powodu jednego niefortunnego zdania czy odrębnej opinii nagle przestaje być „jednym z nas”, a cały jego dorobek przestaje się liczyć – jest kołtuńska i ufundowana na obłudzie. Nikt nie przeżyłby opublikowania wszystkich swoich prywatnych wiadomości, bo każdy powiedział kiedyś coś niewłaściwego. A ostracyzm i poszukiwanie kozłów ofiarnych nie są przypisane do jednej formacji.

Ale można inaczej. Jestem współscenarzystą filmu fabularnego, który kręci Łukasz Ronduda, a inspirowanego postacią Daniela Rycharskiego. Kojarzysz?

Pisaliśmy w „Tygodniku” o jego wystawie „Strachy”.

Daniel jest artystą silnie czerpiącym z katolicyzmu i kultury ludowej, a zarazem wyrażającym tożsamość nieheteronormatywną. Jedną z jego ostatnich inicjatyw jest akcja „Opieka rodzinna” – wywozi z miasta gejów i lesbijki cierpiących na depresję i umieszcza ich w wiejskich domach w jego rodzinnym Kurówku. Przybysze z miasta pomagają w gospodarstwie, a życie wśród rolników okazuje się formą terapii. Spójrz, jakie tu odwrócenie wszystkich stereotypowych wyobrażeń, że oto tych zacofanych ze wsi trzeba przywozić do miast i poddawać reedukacji.

Przypomniał mi się wywiad z Tobą w „Przekroju” i deklaracja: „Uważam, że ludzkość wcale nie jest taka zła”. Co było do udowodnienia.

Wciąż wspominam te kolacje wigilijne, wydawane przez bardzo bliską mi i bardzo konserwatywną osobę (na co dzień słuchaczkę Radia Maryja), która rok w rok zapraszała do stołu swojego zakażonego HIV przyjaciela geja (i jego partnera, o kolorze skóry innym niż biały). Widziałem tamten stół, więc wierzę, że zmiana jest możliwa i że zaczyna się właśnie na poziomie mikro.


Zobacz nasz serwis specjalny poświęcony osobom LGBT+ oraz ich rodzicom i bliskim


W ogóle mam taki obraz społeczeństwa jako wielkiego zgromadzenia przy stole: każdy przyniósł swoją potrawę, każdy siada do wieczerzy, a potem dzielimy się obowiązkami przy zmywaniu. W jednym z moich ukochanych filmów grupa dwunastu niechętnych zmysłowym przyjemnościom luteran rozpoczyna właśnie kolację, nieufnie próbując francuskich dań, które wydają im się z początku pochodzić od szatana. A potem, stopniowo, zaczynają się dziać między nimi rzeczy cudowne. Rozmawiają, czują, że im smakuje, śmieją się i cieszą, a w kuchni obok siedzi ta, która w ich szczęściu nie uczestniczy, ale je stworzyła.

O tytułowej bohaterce „Uczty Babette” mówi się czasem, że jest figurą Chrystusa.

Nie uważasz, że potrzebujemy takich kolacji?

Na pewno potrzebujemy otwarcia na sygnały płynące z własnego ciała, bo o tym także ten film opowiada.

A ile tam jest niezabliźnionych ran, zazdrości, zawiedzionych miłości…

To jeszcze Cię zapytam o drogę, która doprowadziła do tego facebookowego wyznania. Może to jest trochę à propos tego filmu – czy w ogóle Twojej pasji filmowej.

Bardzo wcześnie zaczynałem nabierać świadomości własnej seksualności. Ale nie miałem słownika, żeby ją nazwać. Pamiętam ogromny strach, zwłaszcza przed spowiedzią. Brak towarzyszącego autorytetu: psychologa czy duszpasterza. W świecie małego miasta skorupa milczenia była potężna.

Było to doświadczenie gigantycznej samotności. Zalęknionego poruszania się po zaciemnionym pokoju, w którym nie wiadomo, czy nie natrafię nagle na jakiś przedmiot, o który mogę się zranić.

Cieszę się, że mówisz o tym w czasie przeszłym.

Pewnie mógłbyś jeszcze zapytać o rolę rodziców. Uszanuję ich prywatność i powiem ogólnie. Nasi rodzice zostali wychowani w świecie jeszcze bardziej zamkniętym. Trudno przykładać do nich miarę nowoczesnej edukacji seksualnej. Ale nie chciałbym też uprawiać jakiejś martyrologii środowiska LGBT+. Dostrzeżenie bólu to etap konieczny, ale nie warto się w nim pławić.

Przejmuje mnie w opowieściach o odkrywaniu tożsamości homoseksualnej to nagromadzenie cierpienia. Czy nie powinno się mówić również o tym, że to odkrycie może po prostu dać szczęście?

Tak, to ważne – i pozwala nawiązać do tej pasji kinowej, o której wspomniałeś. Ja ze swoim okresem cierpiętniczym skończyłem jakoś po studiach, gdy napisałem książkę o kinie Terence’a Daviesa. Jej bohater również jest homoseksualistą dorastającym w katolicyzmie i chyba dał najpotężniejsze świadectwo bólu, o którym rozmawialiśmy. Ale po paru latach zajmowania się nim poczułem, że czas się odłączyć. Że ból został opłakany i że mogę podjąć rozmowę właśnie o prawie do szczęścia osób LGBT+.

Ono może wyglądać różnie. Może to być szczęście założenia rodziny, tworzenia relacji, ale też samotności i niezależności. Tyle tylko, że to musi być wybór. Wolny wybór, dokonywany przez ludzi widzialnych.

Jak u heteroseksualistów.

Jesteśmy przecież tacy sami. ©℗

MICHAŁ OLESZCZYK (ur. 1982) jest konsultantem scenariuszowym, filmoznawcą i krytykiem, wykładowcą Wydziału „Artes Liberales” UW i Warszawskiej Szkoły Filmowej. Autor podkastu „SpoilerMaster”; przed laty prowadził na stronie „TP” blog „Ostatni fotel po prawej stronie”. W latach 2013-16 dyrektor artystyczny Festiwalu Filmowego w Gdyni.

Dziękujemy, że nas czytasz!

Wykupienie dostępu pozwoli Ci czytać artykuły wysokiej jakości i wspierać niezależne dziennikarstwo w wymagających dla wydawców czasach. Rośnij z nami! Pełna oferta →

Dostęp 10/10

  • 10 dni dostępu - poznaj nas
  • Natychmiastowy dostęp
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Wybrane teksty dostępne przed wydaniem w kiosku
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
10,00 zł

Dostęp kwartalny

Kwartalny dostęp do TygodnikPowszechny.pl
  • Natychmiastowy dostęp
  • 92 dni dostępu = aż 13 numerów Tygodnika
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Wybrane teksty dostępne przed wydaniem w kiosku
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
79,90 zł
© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]
Dziennikarz, redaktor wydań specjalnych i publicysta działu krajowego „Tygodnika Powszechnego”, specjalizuje się w pisaniu o piłce nożnej i o stosunkach polsko-żydowskich, a także w wywiadzie prasowym. W redakcji od 1991 roku, był m.in. (do 2015 r.) zastępcą… więcej

Artykuł pochodzi z numeru Nr 34/2020