Alfred Hitchcock mawiał, że film powinien zaczynać się od trzęsienia ziemi, a potem napięcie powinno stopniowo rosnąć. Aniela, tytułowa bohaterka nowego serialu w reżyserii Jakuba Piątka i Kuby Czekaja, ze scenariuszem Pawła Demirskiego (Netflix), przeżywa na początku swojej historii coś znacznie bardziej dramatycznego niż trzęsienie ziemi: spod nóg usuwa się jej społeczny, bytowy, klasowy grunt. Mąż, zamożny prawnik, zapewniający jej życie wśród elity, zostawia Anielę dla swojej dawnej szkolnej miłości. Gdy porzucona żona dowiaduje się o decyzji małżonka, rani go nożem. Choć nie trafia za to do więzienia, w wyniku rozwodu zostaje bez grosza przy duszy, z luksusowej hipernowoczesnej rezydencji trafia do kawalerki w blokowisku i do pracy w liceum gastronomicznym.
Kryzys psychiczny i wybory prezydenckie
Dla kobiety przywykłej do stołecznego luksusu, restauracji z gwiazdkami Michelina i sportowego samochodu świat po drugiej stronie Wisły, w tej gorszej Warszawie, na Pradze, jest równie niesamowity, jak ten, który Alicja spotkała po drugiej stronie lustra w powieści Lewisa Carrolla.
Zaludniające ten świat postaci – Czeczenka w chuście sprzątająca domy bogaczy na lewym brzegu rzeki, gangsterzy i osiedlowe sebixy, młodzi mężczyźni w sportowej odzieży aspirujący do gangsterskiego świata, ich twarde siostry walczące o szacunek na dzielni, lokalna bohaterka, której udało się wyrwać z biedy nagrywając hip-hop, zabiedzeni pracownicy budżetówki – są dla Anieli (w tej roli Małgorzata Kożuchowska), przynajmniej na początku, jak członkowie egzotycznego plemienia. Wydają się równie odlegli i obcy jak przedstawiciele rdzennych ludów Syberii mogli wydawać się polskim zesłańcom trafiającym z mazowieckiego dworku w głąb azjatyckiej części Rosji po powstaniu styczniowym.
„Aniela” jest chyba pierwszym polskim serialem, który w centrum narracji, jako swój główny problem, tak wyraźnie stawia klasę społeczną, narastające dziś w Polsce wokół klasowych i statusowych różnic fantazje i emocje: nieufność, zazdrość, pogardę, resentyment. Nie jest to nowy temat w twórczości Pawła Demirskiego, pojawiał się w jego najbardziej znanych sztukach. W serialu wraca on w innym medium, zachowując swoją dawną drapieżność, społeczny i językowy słuch, stanowiące zawsze największą siłę Demirskiego jako dramaturga.
W „Anieli” otrzymujemy wykrzywiony, miejscami bardzo inteligentnie złośliwy obraz elity, która zakumulowała już na tyle dużo kapitału finansowego, że może zatroszczyć się także o ten kulturowy. Aniela, zanim trafiła na prawy brzeg Wisły, próbowała przy pomocy pieniędzy męża budować kolejne kulturalne inicjatywy, od księgarni po galerię sztuki współczesnej.
Akcja serialu zawiązuje się na organizowanym przez bohaterkę wernisażu, gdzie artystka objaśnia bogatym znajomym Anieli znaczenie swojej pracy: instalacji zrobionej z tabletek, które musiała brać w związku ze swoimi różnymi kryzysami zdrowia psychicznego. Elita z „Anieli” doskonale zdaje sobie sprawę z jego znaczenia, zinternalizowała język terapeutyczny, podobnie jak ten związany ze społecznym równouprawnieniem kobiet, prawami mniejszości, prawami zwierząt czy ekologią. Córka Anieli nie chce wracać samolotem z wypadu na narty w Alpy, bo troszczy się o ślad węglowy, matka przekonuje ją, że może polecieć, bo przecież jej narty zostały wyprodukowane w niskoemisyjny sposób.
Demirski pokazuje w kilku świetnie napisanych scenach, jak podobne, teoretycznie progresywne i emancypacyjne języki stają się dziś w Polsce narzędziem społecznej dystynkcji, sygnalizowania statusu, dyscyplinowania tych na dole. Elita bardzo sprytnie potrafi też zawłaszczać język i kulturę klasy ludowej, współczesnej ulicy, taką jak hip-hop. Wspólnik męża Anieli, prawnik aktywny na polu deweloperki, Marecki, ma syna robiącego karierę jako gwiazda rapu o pseudonimie Banan – nietrudno zgadnąć, do kogo Demirski robi tu aluzje.
„Aniela” z tymi tematami idealnie trafia w swój czas. Wszystkie emocje wokół klasy i statusu, jakie przedstawia serial, wybrzmiały przecież w trakcie ostatniej kampanii prezydenckiej, zwłaszcza w drugiej turze. Obie kampanie starały się zmienić konkurenta w klasową karykaturę: z jednej strony nieznającego prawdziwej Polski „bążura” z warszawki, z drugiej dresa i gangusa z półświatka; z jednej strony kandydata z Piwnicy pod Baranami i seminarium profesora Geremka, z drugiej z blokowisk i kibolskich ustawek.
„Aniela” wolna jest od bezpośrednich politycznych aluzji, ale widz oglądający serial chwilę po pełnej emocji kampanii zrozumie bez problemu, że bohaterka przenosi się ze świata społecznie bliskiego prezydentowi Warszawy do tego, z którego wyrwał się Nawrocki. Emocje bohaterów tej „gorszej” strony Wisły, jakie pokazuje serial – gniew, aspiracje, by należeć do „lepszego” świata, poczucie, że mimo sukcesu i pieniędzy nigdy nie uda się zostawić za sobą pochodzenia naznaczonego piętnem „niższości” – są też częścią złożonej odpowiedzi na pytanie o to, „co się właściwie stało w Polsce 1 czerwca?”.
Małgorzata Kożuchowska w nowej roli
To, co napisał Demirski, trafiło w ręce dwóch reżyserów: Jakuba Piątka i Kuby Czekaja. Piątek całkiem udanie zadebiutował w pełnym metrażu filmem „Prime Time” (2021) – przedstawiającym młodego człowieka, który w sylwestra 1999 r. dokonuje wtargnięcia do telewizyjnego studia z bronią w ręku, bierze prezenterkę jako zakładniczkę i żąda wejścia na wizję w czasie największej oglądalności. Piątek stworzył tam kameralne, rozgrywające się w jednej przestrzeni, rozpisane na kilka aktorów widowisko, łączące thriller z dramatem psychologicznym, a oba te gatunki z rozliczeniami lat 90. i transformacji.
Piątek nakręcił pierwsze cztery odcinki „Anieli” i w dużej mierze ustawił estetycznie serial – znacznie mniej widać w nim odrealniony, oniryczny styl kina Czekaja – wykorzystując podobne chwyty, jakie doskonale zagrały w jego kinowym debiucie. Piątek ma wielką umiejętność uruchamiania aktorów, wydobywania z nich maksimum możliwości. „Aniela” przypomina nam – o czym oglądając rodzimą serialową produkcję czasem można zapomnieć – jak świetnych mamy w Polsce aktorów i co mogą zrobić, jeśli pozwoli się im pracować na dobrym materiale z niebojącym się odważnych posunięć reżyserem. To dzięki nim tekst Demirskiego ożywa i oddycha na ekranie.
Największym zaskoczeniem jest Małgorzata Kożuchowska w tytułowej roli. Aktorka latami sklejona z rolą Hanki Mostowiak, potem marnująca się w produkcjach Patryka Vegi i Michała Węgrzyna – na czele z rolą żony tytułowego bohatera w „Gierku” – przypomina tu o swoim niezwykłym aktorskim potencjale. Cały serial opiera się na jej roli, to wokół niej skupia się narracja, Aniela wielokrotnie przełamuje „czwartą ścianę”, zwraca się bezpośrednio do widza i kamery. Gdyby Kożuchowska nie poradziła sobie z zadaniem, gdyby nie stworzyła na ekranie bohaterki zdolnej od pierwszej do ostatniej minuty przykuć uwagi widowni, to nie byłoby serialu.
Aniela idzie w lud. Czy ktoś pójdzie za nią?
A jednocześnie zabrakło kilku elementów, które pozwoliłyby uznać „Anielę” za dzieło spełnione, kompletne. Demirski ma świetny słuch, umiejętność konstruowania dialogów, postaci i scen, ale gorzej radzi sobie z konstrukcją fabularną całego sezonu. Całość jest przesadnie rozciągnięta – historia zyskałaby, gdybyśmy przyspieszyli tempo i zamiast ośmiu odcinków dostali sześć. Dwa przedostatnie niewiele wnoszą fabularnie i w bardzo męczący sposób prowadzą do bardziej dynamicznego finału.
Wraca też ten sam problem, jaki pojawia się w sztukach Demirskiego – jak przekonująco pokazać wyjście z klasowego konfliktu, budowanie nieoczywistych sojuszy przekraczających podziały podsycane w interesie tych, którzy realnie posiadają władzę? W sztuce „Tęczowa trybuna” mieliśmy pytanie o to, czy możliwe jest przekroczenie podziału między środowiskiem kibiców i społecznością LGBT+ – grupami na początku poprzedniej dekady, jak postrzegał to autor, demonizowanymi przez władzę z różnych powodów. W serialu „Artyści” – wizję sojuszu kibiców i wspólnoty teatralnej przeciw neoliberalnym władzom miejskim.
W „Anieli” tytułowa bohaterka ostatecznie wybiera prawą stronę Wisły, lojalność wobec nowej społeczności, dla dobra której postanawia wykorzystać swoje umiejętności, kontakty, kapitał kulturowy. Przedstawicielka warszawki z obsesją na punkcie statusu zmienia się więc ostatecznie w polską inteligentkę idącą w lud, jak z „Rodowodów niepokornych” albo prozy Żeromskiego.
Ta wizja jest sympatyczna, podnosząca na duchu. W ostatnim odcinku, dopełniającym przemianę bohaterki, nie brakuje wzruszających scen. Ale jednocześnie to rozwiązanie konfliktu, jakie przedstawia „Aniela”, pozostawia sceptycznym, nie jest w stanie nas zaangażować, podobnie jak wcześniejsza złośliwa satyra na elity wydaje się po prostu naiwne.
W Polsce nie tylko w polityce bardzo trudno nam dziś – niezależnie, po której stronie sporu się znajdujemy – uwierzyć w jakieś pozytywne zakończenie, trudno przedstawić je nawet przekonująco w sztuce. „Aniela” przy wszystkich swoich zaletach nie przełamuje niestety tego impasu.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.



















