Lista 500

Mamy nową listę agentów. Ujawnił jej istnienie sam prezes IPN Janusz Kurtyka, a premier Jarosław Kaczyński wręcz zalecał jej ogłoszenie. Miała ona bowiem zawierać spis sprzedajnych autorytetów bądź osób uchodzących za autorytety. Rzecz w tym, że prezes Kurtyka szybko wyjaśnił, iż taki katalog właściwie nie istnieje. A gdyby istniał, to i tak pozostawałby tajny, bo tak nakazał Trybunał Konstytucyjny, który w ogóle przeciwny jest tworzeniu list agentów bez rzeczowych uzasadnień, możliwych tylko w profesjonalnych opracowaniach (do których IPN jest szczególnie zobowiązany). Listy więc nie ma, ale przecieki już są (choć wyklucza to prezes Kurtyka), a przoduje w tym Polskie Radio, publikując, jako pierwsze, kilka nazwisk - tak się składa - polityków lewicowych. Dowodów współpracy nie ma, a więc i szans na obronę dobrego imienia nie ma. Mamy za to wierzyć na słowo. Pytanie tylko - czyje?
Czyta się kilka minut

I tak cofnęliśmy się z lustracją do punktu wyjścia sprzed kilkunastu lat. Nie obchodzą nas orzeczenia sądu lustracyjnego ani to, czy przyznano komuś status pokrzywdzonego - bawimy się tak od nowa, wpisując jakieś nazwiska, nie wiadomo wedle jakich kryteriów. Jeśli jednak wierzyć owym przeciekom, są to głównie nazwiska z dawnej listy sędziego Bogusława Nizieńskiego piastującego nieistniejące już stanowisko Rzecznika Interesu Publicznego. Sęk w tym, że sędzia Nizieński nie przesłał odpowiednich wniosków do sądu lustracyjnego, gdyż uznał - zgodnie z obowiązującą wykładnią - że fakt samej tylko rejestracji w wykazach SB nie czyni jeszcze człowieka agentem. Nawet IPN uważa obecnie, że można było wpisać kogoś, np. jako "kontakt operacyjny", bez jego wiedzy i zgody. Wydawałoby się więc, że czegoś się już - z trudem - nauczyliśmy. Tymczasem wśród nazwisk, które obecnie przeciekły, znów są ludzie oczyszczeni na drodze sądowej bądź rejestrowani tylko jako "kontakt operacyjny", a nie jako TW.

Po listach Macierewicza i Wildsteina mamy znów do czynienia z jakąś listą, która miesza wszystko ze wszystkim, uniemożliwiając ustalenie, kto naprawdę był winien i w jakim stopniu. Poza tym, tego rodzaju listy mają to do siebie, że raz ujawnione tracą moc niczym zwietrzały proch. Lista Macierewicza nie stała się w najmniejszym stopniu ustrojowym przełomem: losy polityków tam wymienionych rozmaicie się potoczyły, ale bynajmniej nie dlatego, że byli na liście. Lista Wildsteina nie przyczyniła się do moralnego odrodzenia narodu i któż właściwie - poza wtedy skrzywdzonymi - dziś o niej pamięta? Także obecna lista (jeśli istnieje) zasługiwałaby jedynie na wzruszenie ramion, gdyby nie była przejawem niekończącej się lustracji, której skutkiem będą w przyszłości kolejne siejące niepokój listy. Równie bezwartościowe, co politycznie użyteczne.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

Ilustracja na okładce: Przemysław Gawlas & Michał Kęskiewicz dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru TP 26/2007