Piłkarz klubu Aston Villa Matty Cash – za słaby, by grać w reprezentacji Anglii, ale wystarczająco dobry, by wzmocnić naszą – otrzymał polskie obywatelstwo. Choć formalnie sprawa nie budzi wątpliwości – matka Casha jest córką polskich emigrantów, dziadek był deportowany na Syberię – w świecie okołopiłkarskim wywołała kontrowersje. Przez lata obowiązywała w nim wszak doktryna, że w drużynie narodowej występują wyłącznie sportowcy urodzeni w Polsce i mówiący po polsku; zawodników o polskich korzeniach, których przed dekadą zapraszał do kadry trener Smuda, nadwiślańscy ksenofobi zwali „farbowanymi lisami”.
To jedna z najgorszych fraz w pełnych skądinąd niedobrych zdań dziejach naszego futbolu. Nie tylko na tle reszty kontynentu, gdzie o wzbogacaniu reprezentacji przez potomków imigrantów albo ludzi odzyskujących nagle pamięć o swoich korzeniach można by napisać niejedno. Także w kraju, którego tylu obywateli szukało lepszego miejsca do życia i który tylekroć otwierał bramy przed przybyszami. Jeśli za sprawą Casha to fatalne powiedzenie odchodzi w przeszłość, trzeba się cieszyć – niezależnie od tego, ile zyskamy w sensie czysto piłkarskim.©℗
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.



















