Reklama

Lekcja Alfiego Evansa

Lekcja Alfiego Evansa

01.05.2018
Czyta się kilka minut
Umarł mały chłopiec. Był zbyt mały i zbyt chory, by wiedzieć, że w jego ostatnich chwilach na tym świecie, cały ów świat mówił o nim i na niego patrzył. Dla chłopca w tym wieku całym światem są jednak tata i mama. Mam nadzieję, że jego ostatnie myśli były wypełnione właśnie nimi, że zasypiał po raz ostatni z ich twarzami pod powiekami.
Przed szpitalem Alder Hey, gdzie zmarł Alfie Evans, 28 kwietnia 2018 r. / Fot. Paul Ellis / AFP / East News
Przed szpitalem Alder Hey, gdzie zmarł Alfie Evans, 28 kwietnia 2018 r. / Fot. Paul Ellis / AFP / East News
H

Historii Alfiego Evansa nie da się rozdzielić od historii jego rodziców. Wiem, co mówią specjaliści: rodzice w sytuacjach granicznych mylą często swój komfort z potrzebami dziecka, szarpią malucha w rozpaczy. Twierdzę jednak, że brytyjski sąd - w myśl prawa reprezentujący interesy dziecka - popełnił błąd antagonizując je ze stanowiskiem rodziców. Nie w porządku było uniemożliwienie im kontynuowania terapii paliatywnej w ośrodku oferującym taką możliwość. Nie prowadzonym przez znachorów, księży czy publicystów, ale przez lekarzy dyplomowanych tak samo, jak ci ze szpitala Alder Hey w Liverpoolu (którzy przez wiele miesięcy z wielkim oddaniem opiekowali się Alfiem). Skoro tamci lekarze wyszli z taką propozycją - zakładam, że dokumentacja medyczna przypadku była im znana, mieli już też okazję rozstrzygać dylematy powstające na styku: ludzka śmiertelność - coraz większe techniczne możliwości przedłużania niektórych funkcji organizmu. Medycyna to jednak wciąż - mimo postępującej standaryzacji - dziedzina w sytuacjach skrajnych miejscami mocno subiektywna: jeden lekarz nie daje żadnej nadziei, drugi mówi: będę operował. Jeśli jeden lekarz mówi: "odłączamy", a inny: "u nas możemy jeszcze nie odłączać", to niezależnie od tego, ile paneli ekspertów nie powołałby sąd, trudno nie stanąć po stronie rodziny, która - jeśli już respirator podłączono - jego odłączenie ma za przyspieszenie czegoś, co i tak jest nieuchronne.

Dla mnie "sprawa Alfiego Evansa" była więc nie o "walce o życie" (bo on umierał), ale o ponownym upodmiotowieniu rodziców. Ze zdumieniem obserwowałem, jak dla wielu innych zmieniła się w pole ideologicznej wojny. Czytając to, co pisała w polskim internecie strona biorąca w obronę decyzję sądu, znajdowałem w tym nowy ton, który pojawił się na scenie przy okazji naszej ostatniej wojny o aborcję. Po tamtej stronie wyraźnie puścił jakiś hamulec, nie przypominam sobie by w ciągu ostatnich 20 lat pisano o Kościele, jego nauce i ludziach z nim związanych z taką pogardą (to już nie jest "antykościelność" a la tygodnik "Nie", to przedsmak - obym się mylił - tego, co czeka nas, gdy ideowe wahadło w społeczeństwie pójdzie w drugą stronę).


Czytaj także: kard. Vincent Nichols, prymas Anglii i Walii, o sprawie Alfiego Evansa


Z drugiej strony też można było mieć wrażenie, że chyba komuś tu - przepraszam, ale nie da się tego opisać inaczej - odbiło. Ludzie skrzyknięci pod hasłem "Save Alfie Evans!" (nie wszyscy, rzecz jasna), krążyli po necie, wrzucając wszędzie, gdzie się da, swoje hashtagi i okrzyki, wzywając do wirtualnej insurekcji. Szczyt osiągnęli, gdy po oświadczeniu ojca Alfiego wzywającego do ciszy, zarzucali sieć "potwierdzonymi u źródła" informacjami, że rodzice zostali zaszantażowani, a kiedy Tom Evans poinformował o śmierci syna, dopisywali pod spodem: "Ludzie, to fake! Alfie żyje!", lub odkrywali, że z liter tworzących imię i nazwisko Alfie Evans, da się też ułożyć hasło "Save Life!", "Ratuj życie!". Kompletne odcięcie reakcji na rzeczywistość od rzeczywistości (w której my, Polacy, z zapałem "ratujemy" w internecie jedno dziecko, na którego los nie mamy wpływu, nie ratując w realu tysięcy innych, które - gdyby tak zdecydował polski wyborca - już jutro mogłyby przestać umierać na raty w obozach na południu Europy) to temat na pracę z psychologii internetowego tłumu. Ważnym elementem takiej pracy musiałoby też być opracowanie wątku zredukowania poznawania świata tylko do obrazu: mam wrażenia, że za znaczną część temperatury tej wojny odpowiadał fakt, że śmiertelnej choroby Alfiego nie było widać na zdjęciach, mówiły o niej słowa lekarzy, z którymi niewielu uznało za stosowne się zapoznać.

Gdy gdzieś gromadzi się tłum, wystarczy poczekać pięć minut, by na miejscu zjawił się polityk, zabiegający, by z owego tłumu zrobić elektorat. Tak było i tym razem. Deklaracje polskich ministrów, którzy publicznie zapisywali się do ruchu "Obrońców Alfiego" można by rozpatrywać w kategoriach szczerych intencji, gdyby chodziło o osoby prywatne. W ustach ludzi, którzy (jako się rzekło - na zlecenie swoich wyborców) nie dopuścili, by w Polsce schronienie znalazła choć setka syryjskich sierot, którzy wywalają miliony złotych na idiotyzmy w rodzaju grających ławeczek czy "rejsów narodowych" (ten projekt realizuje fundacja, jednak za pieniądze spółek Skarbu Państwa i przy nadzorze polityków), a których nie stać na to, by okrzyki o "obronie życia" ucieleśniły się w pomocy dla rodzin niepełnosprawnych dramatycznie walczących o to, się im należy w Sejmie - to festiwal obłudy, by nie szukać określeń większej mocy.

A propos tych ostatnich protestów: w sieci pojawiły się też pytania, dlaczego mocno nie wsparły ich ruchy pro life i Kościół, zarzuty że ich postawa "za życiem" nie jest konsekwentna. Bo jeśli walczymy o to, by osoby z niepełnosprawnościami mogły się urodzić, czy nie powinniśmy też z całych sił wspierać wszystkich walczących o to, by po urodzeniu mogły godnie żyć? Co do najgłośniejszych środowisk pro life - nie wiem, być może wydaje im się, że gdy wesprą ruch, który kontestuje poczynania władzy, owa władza w akcie rewanżu "uwali" ostatecznie ich antyaborcyjny projekt, na którym najbardziej im zależy. Co do Kościoła zaś - to bardzo dobrze, że po kuriozalnych frazach abp. Hosera, występującego w roli adwokata rządu, a nie protestujących ludzi, przyszedł bardziej sensowny wywiad szefa zespołu charytatywnego Episkopatu, bp. Wiesława Szlachetki, jego słowa pozwolą nam zachować przynajmniej część twarzy. Ale na tym skończyć się nie może. To naprawdę ostatnie momenty dla polskiego Kościoła, polskiego Episkopatu by zrozumieć, że jego miejsce nie jest w chórze z butnym posłem poniżającym protestujących, a na podłodze obok nich. Nie ma znaczenia, ile już żeśmy zrobili dla innych niepełnosprawnych, dla tych akurat wciąż zrobiliśmy za mało.


Czytaj także: Michał Rychert o milczeniu Episkopatu w sprawie protestu niepełnosprawnych w Sejmie


W historii Izraela kapłani reprezentowali interesy ludu przed  Bogiem, interesy Boga przed ludem reprezentowali prorocy. Tych pierwszych mamy dziś aż nadto, w pompatycznym wielosłowiu wypraszają dziś przychylność dla narodów, rządów, cywilizacji. Tych drugich trzeba umieć wyłuskać z wydarzeń, zauważyć że są "znakiem czasu". Mam wrażenie, że Alfie Evans był właśnie jednym z nich. I że najważniejszą lekcję dał nam w ciągu ostatnich godzin, gdy na życzenie rodziców większość "broniącego" go tłumu zamilkła, pozwoliła rodzinie być w milczeniu przy odchodzącym dziecku. Umiemy w internecie zabijać bliźniego słowem w ramach walki o życie, w Sejmach bronić chrześcijańskiej cywilizacji przed syryjskimi niemowlakami, kokietować władzę z ambon. Ale albo nauczymy się, że nasze miejsce zawsze jest po stronie człowieka (nie zjawiska, nie zdjęcia - człowieka), przy nim, nie przy swoich emocjach czy sądach, albo marny będzie nasz los.

Napisz do nas

Chcesz podzielić się przemyśleniami, do których zainspirował Cię artykuł, zainteresować nas ważną sprawą lub opowiedzieć swoją historię? Napisz do redakcji na adres redakcja@tygodnikpowszechny.pl . Wiele listów publikujemy na łamach papierowego wydania oraz w serwisie internetowym, a dzięki niejednemu sygnałowi od Czytelników powstały ważne tematy dziennikarskie.

Obserwuj nasze profile społecznościowe i angażuj się w dyskusje: na Facebooku, Twitterze, Instagramie, YouTube. Zapraszamy!

Newsletter

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]