Reklama

Łatwa strata

Łatwa strata

11.07.2021
Czyta się kilka minut
Skoro on się dziś ze mną nie pożegna, komentując finał mistrzostw Europy, no to niech chociaż ja się z nim pożegnam. Po polsku mówię przecież Szpakowskim, tak samo jak mówię Kaczyńskim, Wałęsą, Makłowiczem, Wojtyłą czy Pilchem. Na złe i na dobre.
Dariusz Szpakowski podczas meczu Słowenia-Polska, Ljubljana, 6 września 2019 r. / Fot. Andrzej Iwańczuk / Reporter / East News
N

Nie zna się na piłce nożnej. Ale ja też się na niej nie znam, choć z miłości do niej napisałem dwie książki. Tym, co nas różni, jest komfort, który ja mam, nie musząc mówić o niej na żywo, do setek tysięcy słuchaczy najróżniejszego autoramentu, wieku i wrażliwości; pamiętam zresztą, jak dawno, dawno temu piłkarska reprezentacja „Tygodnika Powszechnego” rozgrywała jakiś mecz na tyle ważny, że dodatkową rozrywkę licznie zgromadzonej publiczności miał zapewnić komentarz na żywo Jana Nowickiego i Jerzego Pilcha, i po tym, jak mu wtedy poszło, autor „Wielu demonów” nigdy już nie śmiał się z żadnego telewizyjnego dziennikarza. A gdybym miał powiedzieć całą prawdę, powiedziałbym, że nie oczekiwałem od niego piłkarskiej kompetencji: uważałem raczej, że zadaniem stacji, w której przepracował cztery dekady (pierwszy mecz skomentował w maju 1983), jest zapewnienie mu kompetentnego partnera. Takiego, który potrafiłby opowiedzieć nam to, czego on nie widzi i nie rozumie, choć przecież jakoś wyczuwa.

Tak, domyśliliście się. Bohaterem tego tekstu jest nie kto inny, jak Dariusz Szpakowski, który nie skomentuje dziś finału mistrzostw Europy – co miało być, jak się zdaje, finałem jego komentatorskiej kariery na turniejach tej rangi. Piszę, bo chciałbym mu zwyczajnie podziękować. Jego głos towarzyszył tylu moim piłkarskim emocjom, wzruszeniom, radościom i rozpaczom, że wydaje się nierozerwalnie z nimi związany. Może jego pech polega na tym, że rozpaczy było więcej niż radości – że jeśli kiedykolwiek przyjdzie mi do głowy spisanie kroniki polskich klęsk, bynajmniej nie tylko futbolowych, powierzenie misji zamiany jej w audiobook właśnie Dariuszowi Szpakowskiemu, wydaje się rozwiązaniem aż nadto oczywistym. Z drugiej strony: wiem dobrze, że jego legendarne przedwczesne podsumowania (w trakcie meczu Słowenia-Polska w 2009 roku monologował dobre dziewięć minut), jego chwile, w których zawiedziony polską reprezentacją przyglądał się boiskowym wydarzeniom w zaciętym milczeniu, nade wszystko zaś jego „ajjezusmaria”, były wyrazem miłości do polskiej piłki; miłości zazwyczaj nieodwzajemnionej i zawsze ślepej. „Powiem szczerze, że mam dość komentowania takich meczów polskich drużyn, podobnie jak i państwo ich oglądania”… czy mówiąc tamte słowa po porażce Polaków z Izraelem w 1994 roku, nie mówił po prostu tego, co powiedzieć należało, tyle że w formie – jak to u niego zawsze, jak to u nas coraz rzadziej – kulturalnej i eleganckiej?

Oprócz pecha były zresztą te nieliczne chwile szczęścia, które potrafił wyrazić jak mało kto. Bramki „Roberta”, „Ebiego”, „Kuby” cieszyły go tak, jakby ich strzelcami byli członkowie jego najbliższej rodziny, z upływem czasu tylko zmieniało się: bracia, młodsi bracia, dużo młodsi bracia, synowie, wnuki. To pewnie najlepsza strona uprawianego przezeń zawodu: że najpiękniejsze chwile w życiu kibica nigdy już nie dadzą się oddzielić od jego wołania, nawet jeśli w danym momencie był w stanie wykrzyczeć tylko imię strzelca albo ekstatycznie powtarzać „gol!, gol!, gol!” – choć przysiągłbym się, że zdarzył się również taki mecz, w którym po bramce Polaków powiedział niespodziewanie „pocieszmy się razem z nimi” i zamilkł, tym mocniej pozwalając wybrzmieć radości drużyny i trybun. Podczas tej chwili ciszy, „wzruszyłem się, ale myślę, że i państwo w polskich domach” (jak to powiedział przy innej okazji, tłumacząc się z jednego z owych słynnych załamań głosu).


Polecamy: felietony i analizy pomeczowe Michała Okońskiego w specjalnym serwisie poświęconym mistrzostwom Europy


Bo jest i tego fachu strona najgorsza. Lapsusy na wieki zaklęte w internecie, unieśmiertelnione na jutubie, zamienione na memy. Hejt w trakcie meczu i po jego zakończeniu – czasami tak intensywny, że można się zastanawiać, czy jego podmiot nie jest aby obiektem zastępczym, by nie rzec: ofiarnym kozłem, umożliwiającym dalsze funkcjonowanie wspólnoty. Hejt porównywalny z takim, który spotyka piłkarza ośmielającego się nie strzelić karnego, dostać czerwoną kartkę czy strzelić samobója; niepotrzebne skreślić.

Jasne: mnie też irytował mnóstwo razy. Mnóstwo razy śmiałem się z jego manieryzmów, pomyłek i przejęzyczeń (choć niektóre mnie zachwycały, np. notoryczne mylenie Maradony z Messim – wszyscy przecież wiedzieliśmy, o którego Argentyńczyka mu chodzi, a dzięki tej pomyłce zyskiwaliśmy nieoczekiwany wgląd w chłopięcą duszę jej autora). Także podczas tego Euro zżymałem się, kiedy w sześćdziesiątej minucie meczu Polaków ze Szwedami zaczął kolejne („ponownie on”) podsumowanie – głównie zresztą zaszkodził w ten sposób sam sobie, bo drużyna Paulo Sousy zdołała wyrównać i walczyła o zwycięstwo. Niewiele tu się zresztą zmieniło: „Koniec marzeń, koniec snów – tak żegnamy się z mistrzostwami”, mówił już podczas spotkania z Brazylią, na mundialu w 1986 roku, choć do ostatniego gwizdka sędziego pozostawało jeszcze sporo czasu. Miał szczęście, że wtedy nie było internetowych forów, Facebooka, Twittera? Z drugiej strony jednak: zastanawiałem się mnóstwo razy, czy jakakolwiek decyzja podejmowana pod wpływem internetowego hejtu może być tak naprawdę dobra. Już nie mówiąc o kwestii, na ile owi hejterzy są tak naprawdę reprezentatywni.

Mateuszowi Borkowi życzę dziś wszystkiego najlepszego – z Kazimierzem Węgrzynem tworzą fantastyczny duet, imponujący zarówno przygotowaniem merytorycznym, zdolnością czytania gry, jak dzielenia się z nami swoją emocją (o zdrowie Węgrzyna wręcz się parę razy martwiłem, tak wiele jej było). Kiedyś jednak musiałem powiedzieć to proste zdanie, że Dariusz Szpakowski jest jednym z tych, których polszczyzna naznaczyła mnie na zawsze. Kiedy piszę o meczach na Twitterze, niemal bezwiednie stosuję wyliczenia w stylu „uwolnił się, poszedł, ruszył”. W mojej głowie pełno „okazji”, „szans”, „niespożytych sił”, „ostrych kątów”, „serii zwodów”, „łatwych strat”, „jęków zawodu”, „szukania miejsca do oddania strzału”, „czekania, by nie spalić”, „nic nie było”, „a konkretnie” i „jak niewiele brakowało”. Po prostu mówię Szpakowskim, tak samo jak mówię Kaczyńskim, Wałęsą, Makłowiczem, Wojtyłą, Pilchem i Gombrowiczem.

Nie jest to, prawdę powiedziawszy, zła polszczyzna. Nie jest to zły głos, zła dykcja, tembr i akcent, nawet kiedy wypowiada frazę o „podaniu do Sziry”. Napisałem już kiedyś chyba, że mój stosunek do niego przypomina stosunek do matki. Pamiętam, jak wiele lat temu wróciłem do rodzinnego domu, by obejrzeć retransmisję meczu rozegranego parę godzin wcześniej, który (jakby powiedział Dariusz Szpakowski: „z poświęceniem”) dla mnie nagrała. „Nie podam ci wyniku, ale nie spodziewaj się bramek” – powiedziała, przynosząc mi herbatę, kobieta, którą tak bardzo kocham.


Eurodostęp 2021 - oferta specjalna
https://www.tygodnikpowszechny.pl/sklep
Eurodostęp 2021 - oferta specjalna

Kup roczny dostęp do strony TygodnikPowszechny.pl i odbierz w prezencie książkę Michała Okońskiego "Światło bramki". Nie czekaj, oferta ograniczona! Sprawdź →

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Autor artykułu

Dziennikarz, redaktor wydań specjalnych i publicysta działu krajowego „Tygodnika Powszechnego”, specjalizuje się w pisaniu o piłce nożnej i o stosunkach polsko-żydowskich. W redakcji od...

Napisz do nas

Chcesz podzielić się przemyśleniami, do których zainspirował Cię artykuł, zainteresować nas ważną sprawą lub opowiedzieć swoją historię? Napisz do redakcji na adres redakcja@tygodnikpowszechny.pl . Wiele listów publikujemy na łamach papierowego wydania oraz w serwisie internetowym, a dzięki niejednemu sygnałowi od Czytelników powstały ważne tematy dziennikarskie.

Obserwuj nasze profile społecznościowe i angażuj się w dyskusje: na Facebooku, Twitterze, Instagramie, YouTube. Zapraszamy!

Newsletter

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]