Bilety do Lwowa? Już się skończyły! – oświadcza stanowczo kasjerka na kijowskim dworcu. Chcę odejść, ale Jurij nie daje za wygraną. Ukraiński dziennikarz stoi uparcie przy okienku i coś negocjuje.
– Przecież słyszysz, że nie ma biletów. Nie to nie, z pustego nie nalejesz – mówię.
Jurij macha ręką: – Spokojnie, nalejesz. To Ukraina.
Po chwili odwraca się, dzierżąc triumfalnie w dłoni dwa bilety: – Trochę negocjacji i wszystko da się załatwić. Dopłaciliśmy tylko 150 hrywien.
Magiczna materializacja biletów to dla Jurija nic zaskakującego. – Kasjerki ukrywają część z nich, dopóki nie zjawi się ktoś gotowy zapłacić za nie więcej. Mieliśmy szczęście, udało mi się nawet sporo wytargować.
U was tak się nie zdarza? – pyta.
– Nie wyobrażam sobie takiej sytuacji w polskich kolejach…
– No wiesz, tu kasjerki zarabiają mało... To, co dostaną za bilety sprzedane na boku, pewnie składa się na ich drugą pensję – tłumaczy Jurij.
Nowoczesne pociągi produkcji koncernu Hyundai różnią się od innych kursujących po Ukrainie. Są droższe, ale jeżdżą szybciej. Czyste, mają wygodne fotele, klimatyzację, WiFi. Na monitorach wyświetla się prędkość pociągu, temperatura na zewnątrz. Standard zachodni.
– Zobacz, już maj... Trudno uwierzyć, że od Majdanu minął ponad rok – mówi Jurij.
Trudno też uwierzyć, że cieszymy się kolejowym standardem dzięki łapówce o wartości trzech paczek papierosów. Jurij szybko zapomina o sprawie. Ot, codzienność.
Jak w praktyce wygląda na Ukrainie korupcja? Oto parę historii.
Tak działa błędne koło
Mówi Michaił, działacz Euromajdanu:
– Opowiem taką bajkę: mieliśmy Majdan, zły Janukowycz odszedł, nastał nowy rząd, który chce dobrze... A tymczasem skala korupcji jest tak wielka, że doprowadziła do stworzenia całego systemu przynoszącego korzyści i kontrolowanego przez lokalne władze. Nawet wybory samorządowe są wykorzystywane przez oficjeli do wprowadzenia zależnych od siebie osób na stanowiska szefów rad miejskich i gminnych. Dużo mówiło się, że nowy rząd oznacza wymianę skorumpowanych urzędników. W większości miejscowości urzędnicy są ci sami. Albo, w optymistycznym wariancie, zostali przeniesieni na inną funkcję w tym samym rejonie.
W samorządach powszechną praktyką jest też sprzedaż ziemi czy nieruchomości po zaniżonych cenach, w zamian za łapówki. Krok po kroku cenne nieruchomości są wyprzedawane, co powoduje, że miasta i wsie tracą źródła dochodu, a to wymusza kolejne wyprzedaże. Błędne koło, nakręcane przez łapownictwo.
Ukraina musi sama zmienić ten patologiczny system. Państwo musi stworzyć efektywne rozwiązania prawne i podatkowe. Naszym ogromnym problemem jest brak wykwalifikowanych urzędników i sprawnych mechanizmów w administracji.
Jeśli Unia Europejska chce ukrócić u nas korupcję, musi przestać przekazywać pieniądze naszym władzom. Europejskie wsparcie powinno być prowadzone w porozumieniu ze społeczeństwem obywatelskim. Prawda jest taka, że zagraniczna pomoc, także ta związana z wojną, chcąc nie chcąc wspiera korupcję w kraju. Również ta od zagranicznych wolontariuszy. Wy widzicie dół piramidy: chłopaka z ukraińskiej armii, który tej zimy szedł na 20-stopniowy mróz w bieliźnie wyprodukowanej jeszcze przed jego narodzeniem, która mogłaby być eksponatem w muzeum. Tak, zakup porządnej termobielizny i butów dla niego to dobry uczynek. Ale to usypia gniew społeczeństwa na rządzących i nikt nie zacznie szukać osób, które rozkradły pieniądze z budżetu na ekwipunek dla tego chłopaka.
Nie dać? Niekulturalnie!
Mówi Anna, nauczycielka z Winnicy:
– Gdy chodzi o korupcję, moim zdaniem największym problemem jest szkolnictwo wyższe.
Śledzę kariery moich uczniów. Dzieci z dobrych domów dostają się na prestiżowe kierunki studiów i kończą je bez przeszkód. Te z gorzej sytuowanych rodzin nie idą na studia lub je przerywają. Taka jest nasza edukacja: oficjalnie bezpłatna, ale na studia musi zrzucać się cała rodzina. Znam te dzieci, uczyłam je. Wiem, jakie mają możliwości. Czasem widzę, że ktoś np. nie powinien studiować medycyny, bo był miernym uczniem. Ale studiuje. Podejrzewam, że niebawem zaleje nas fala lekarzy i prawników, którzy kupili dyplomy.
Sama studiowałam za granicą, więc wiem, jak to powinno wyglądać. A teraz moja córka studiuje tu, w kraju. Przed egzaminem cała jej grupa zbiera pieniądze i przekazuje profesorowi. Oczywiście, że jestem temu przeciwna! Ale co robić? Jeśli tylko ona z całej grupy nie zapłaci, to na pewno obleje egzamin i w dodatku wejdzie w konflikt z profesorem. Lepiej się nie wychylać. Tak, wszyscy mówimy, że korupcja jest zła. Ale – powtórzę – strach się wychylić.
Niedawno sama się przekonałam, jak to działa. Służba zdrowia też podobno jest darmowa. Ale za wszystko trzeba płacić. Miałam drobny problem zdrowotny i musiałam pojawiać się w szpitalu na codzienne zastrzyki. Usługa bezpłatna, ale pielęgniarce trzeba dać kilkanaście hrywien do ręki. Wszyscy dają, tak jest przyjęte. Tak, to grosze. Ona pewnie nigdy nie spotkała się z sytuacją, żeby ktoś pożałował jej tego grosza. Jakbyś nie dała, byłoby to uznane po prostu za niekulturalne. I kto wie, może celowo wykonałaby zastrzyk źle?
Razem z mężem byliśmy zaangażowani w Majdan, liczyliśmy na zmianę. Ale rewolucyjne idee kończą się, gdy stoisz przed obcą kobietą z opuszczonymi spodniami i wiesz, że od tych 30 hrywien zależy, czy prawidłowo wbije ci igłę w pośladek.
Ładne nazwisko
Alina skończyła prawo. Na jej uczelni problem niezaliczonych przedmiotów rozwiązywało się przez osobę zastępcy dziekana. Wicedziekanem była starsza nauczycielka, pracująca tu jeszcze za czasów Związku Sowieckiego. Nie wykładała żadnego przedmiotu, jej funkcja na uczelni nie była jasna. Ale wszyscy wiedzieli, że wizyta w jej gabinecie rozwiązuje problemy. Alina zdawała sobie sprawę, że nie jest przygotowana do egzaminu z prawa karnego. Poszła więc do niej z indeksem. Wcześniej pytała znajomych o ceny: suma 200 hrywien [niespełna 50 zł – red.] wydała się jej niczym wobec czasu, który musiałaby spędzić nad książkami.
Alina mówi: – Gdy czekałam pod gabinetem, z nerwów trzęsły mi się ręce. Nie, nie ze strachu, że ktoś mnie złapie na gorącym uczynku. Nie słyszałam nigdy, by jakiś student miał problemy z powodu dania łapówki. Denerwowałam się, bo wydawało mi się, że to będzie upokarzające. Myślałam, że będę musiała prosić, długo wyjaśniać sytuację, wymyślać jakieś usprawiedliwienie. A tu nic: pani wzięła pieniądze, zapytała, o jaki przedmiot chodzi, i bez słowa wpisała ocenę do indeksu. Nie zadawała żadnych pytań. Dla niej to była formalność.
Inaczej było z wychowaniem fizycznym. Wiele osób nie chodzi na WF, bo nie ma na to czasu. Tu nie czuję się winna, to bezsensowny przedmiot – chcę być prawnikiem, nie lekkoatletą. Zebrała się nas grupa może 20 osób, które nie chodziły na WF. Każdy dał po 100 hrywien i wysłaliśmy jedną osobę, która poszła do trenera i negocjowała zaliczenie.
W Kijowie ceny egzaminów wahają się od 100 do 500 hrywien. Na uniwersytecie lwowskim jest drożej: kwoty podobne, ale w dolarach. Mówi Jarosław ze Lwowa: – Nie wiem, czemu u nas jest drożej. Tym bardziej że przyjęło się, iż na zachodzie Ukrainy wszystko jest tańsze niż w stolicy. Kraj szczyci się darmową edukacją, ale w praktyce wielu osób nie stać na studia – albo w pewnym momencie nie są już w stanie płacić łapówek i odchodzą. Bo to wielkie koszty. Daniem w łapę czy kupionym dyplomem nikt się raczej nie chwali. Na mojej uczelni deleguje się do tego starostę. On zajmuje się kontaktami z wykładowcami. Zawsze przed egzaminem przeprowadza zbiórkę wśród studentów i z zebraną sumą udaje się do egzaminatora. Co dalej, zależy od tego ostatniego. Jedni wykładowcy traktują to jako swego rodzaju nieoficjalną zapłatę za samo przystąpienie do egzaminu i jeśli ktoś jest zupełnie nieprzygotowany, może oblać, mimo że zapłacił. Inni wpisują stopnie w ciemno. Ciekawe, że czasem oceny są zróżnicowane, choć płacimy tyle samo. Żartujemy wtedy, że stopień zależy od ładnie brzmiącego nazwiska.
Nie dałem już rady
Mówi Iwan, taksówkarz z Kijowa: – Spotykam się z korupcją przy kontaktach z milicją. Ale nie wierzę, że skorumpowana milicja to ukraińska specjalność. Łapówka dla milicjanta za to, że przymknie oko, to chyba problem w każdym kraju.
Nie zawsze byłem taksówkarzem, jeszcze rok temu zajmowałem się budownictwem, miałem firmę. To dopiero branża! 50 proc. obrotu trafia do kieszeni urzędników. Od początku: załatwiasz pozwolenie na budowę, zostawiasz po 5, 10 proc. kolejnym inspektorom. Inspektor od ochrony środowiska, inspektor od bezpieczeństwa przeciwpożarowego itd., itp. A spróbuj nie dać, to zatrzymają budowę.
Zauważyłaś, że w Kijowie jest mnóstwo niedokończonych domów? Zastanawiałaś się, czemu? Bo firmy zbankrutowały, zanim skończyły budowę. Zaczął się Majdan, potem wojna, ludzie bali się kupować nieruchomości. Mamy kryzys. Wszyscy cieszą się ze spadającego rubla i zbliżającego się bankructwa Rosji, ale Ukraina nie jest w lepszej sytuacji. A po Majdanie przyszli nowi urzędnicy i powiedzieli, że wszystkie poprzednie ustalenia są nieaktualne. I dawaj pan 50 proc. znowu... Nie dałem rady. Firma padła, zacząłem jeździć taksówką.
Parę dni temu wiozłem niemieckiego biznesmena, zaczął robić interesy na Ukrainie. Biedak nie wie, w co się pakuje. Był zszokowany, że taksówkarz zna dobrze angielski. Nie przyszło mu do głowy, by zapytać, jak to jest, że zostałem taksówkarzem. I wiesz co? On wyjrzał przez okno i powiedział z zachwytem, iż to niesamowite, że u nas wojna, a tyle domów się buduje, że faktycznie pomógł nam ten Majdan...
Nic nie odpowiedziałem. Nie chciałem go rozczarować. ©
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.
















