Jakieś dziesięć lat temu użytkownicy popularnego serwisu mikroblogowego Tumblr, służącego zazwyczaj do gromadzenia zdjęć czy obrazów w ulubionej estetyce, mogli się mocno zdziwić patrząc na stronę główną. Znaleźli tam obrazy, których z dużym prawdopodobieństwem oglądać nie zamierzali. Zamiast stopklatek ze stylowych starych filmów, sesji mody i lekko kiczowatych aktów dostali sceny godne niesławnego czasopisma „Zły” zdjęcia z kostnicy, makabryczne „pamiątki” z egzekucji w wojnach gangów, ciała zmasakrowane w wypadkach. Była to jedna z odsłon wzajemnych „najazdów” z użytkownikami innej platformy, słynących z zamiłowania do trollowania bywalców serwisu 4chan; obie strony odpowiadały sobie nawzajem atakami hakerskimi i rozmaitymi aktami sabotażu. Przy okazji oberwali zupełnie zwyczajni użytkownicy, którzy znaleźli to, czego wcale nie szukali i szukać nie chcieli.
Zmienił się sposób, w jaki przyswajamy drastyczne treści
To „wmuszanie” komuś drastycznych scen przypomina mi się czasami dzisiaj, bo niepostrzeżenie zmienił się sposób, mówiąc brzydko, konsumpcji obrazów przemocy. Niby obowiązuje konsensus, zgodnie z którym „na powierzchni” nie tylko nie należy epatować śmiercią, ale wręcz można ponieść konsekwencje za publikowanie treści zbyt wrażliwych. Jednocześnie i tak pozostaje jasne, że dla chcącego nic trudnego i obrazy te są dostępne, choć nie od ręki. Nie tak trudno je znaleźć, ale wymaga to pewnego wysiłku i przede wszystkim aktywnej zgody użytkownika.
Takich poszukujących jest oczywiście niemało, bo pokusa ciekawości wiodącej do naruszenia tabu, nawet przy świadomości ryzyka szkody dla własnej psychiki, jest duża. Oczywiście w kontrolowanych, bezpiecznych warunkach, kiedy sami jesteśmy cali i zdrowi, z daleka. Poszkodowany w wypadku niekoniecznie chce patrzeć na własne obrażenia, co innego gapie, którzy trochę odwracają oczy, a trochę jednak nie.
We wczesnych latach istnienia internetu wiedza o pewnej stronie zaczynającej się na „r”, zawierającej makabryczne zdjęcia, była w jakimś sensie oznaką wtajemniczenia, świadectwem, że oto przeszedłem próbę ognia i wiem, na czym internet polega. O ile jednak nie dochodziło do takich przypadków jak wspomniany atak na Tumblr, pozostawało jasne, że nie podstawia się drastycznych obrazów znienacka i prosto pod oczy. Chcesz zobaczyć śmierć − robisz to na własną odpowiedzialność, adres strony musisz wpisać sam.
Oczywiście dopóki nie wchodzisz na pewien serwis społecznościowy, a pewnie i nie tylko. Tam stosowana jest polityka powielania jak najczęściej kadrów z głośnych zbrodni i serwowania czyichś ostatnich chwil widzom bez pytania o zgodę. Wchodząc po wiadomości, po to, by się pokłócić czy kogoś poobrażać − otrzymują niezamawiany cios prosto w oczy. Przy tym strategia nie jest tu radośnie sadystyczna, jak w przypadku użytkowników 4chan, którzy czerpali frajdę z zaskoczenia i obrzydzenia swoich przeciwników. Przypomina raczej metodę tabloidu, czyli udawane oburzenie: „to skandaliczne, odrażające, bulwersujące, jak tak można − dlatego zobaczmy to jeszcze raz, na powiększeniu i w zwolnionym tempie”.
Czym jest „syndrom podłego świata”
Stare dobre tabloidy wiedziały, że okrutnym treściom musi towarzyszyć notka pozornie rozgrzeszająca i nadawcę, i czytelnika, by mogli usprawiedliwić się sami przed sobą. Tu mamy do czynienia ze zjawiskiem nieco podobnym, lecz nie takim samym. W latach 60. medioznawca George Gerbner zidentyfikował złudzenie poznawcze zwane „syndromem podłego świata”, występujące wśród ludzi konsumujących zbyt wiele treści z telewizji. Ich percepcja okazywała się znacznie bardziej pesymistyczna, niż wynikałoby to z jakichkolwiek danych, ale także z ich własnego doświadczenia. Żyli spokojnym i przewidywalnym życiem, co nie kłóciło się z przekonaniem, że za każdym rogiem czyha nieuchronne zagrożenie. Przejawiali o wiele więcej strachu, nieufności, a koniec końców − cynizmu. Ten negatywny interfejs był kształtowany przez dobór informacji, które do nich docierały, jak przez wąską rurkę.
Epatowanie bez ostrzeżenia i umiaru scenami przemocy to współczesna maszyna do produkowania syndromu podłego świata na skalę przemysłową. Rurka z danymi jest tak wąska, że nie widać już żadnego światła, a jako produkt końcowy powstaje człowiek tak naładowany strachem i oburzeniem, że przestaje wierzyć nawet w rzeczywistość dookoła siebie.

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.
















