Szanowny Użytkowniku,

25 maja 2018 roku zaczyna obowiązywać Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE (określane jako „RODO”, „ORODO”, „GDPR” lub „Ogólne Rozporządzenie o Ochronie Danych”). W związku z tym informujemy, że wprowadziliśmy zmiany w Regulaminie Serwisu i Polityce Prywatności. Prosimy o poświęcenie kilku minut, aby się z nimi zapoznać. Możliwe jest to tutaj.

Rozumiem

Reklama

Laboratorium przyszłości

Laboratorium przyszłości

15.05.2016
Czyta się kilka minut
Austro-Węgry stały się dla zachodniego świata laboratorium wzrostu, rozkwitu i rozłożonego na raty upadku XIX stulecia. Do tego służy wyobraźnia.
Odsłonięcie pomnika cesarzowej Elżbiety, Graz, Austria, 1901 r. Fot. Ullstein Bild Via / GETTY IMAGES
T

Tej sceny z „Marszu Radetzky’ego” Josepha Rotha nie można zapomnieć. Odległe rubieże cesarstwa, tuż pod rosyjską granicą, huczny festyn z okazji stulecia miejscowego pułku – zakłócony (bo przecież nie przerwany...) depeszą o zamachu w równie odległym Sarajewie. Śmierć następcy tronu. Koniec Habsburgów? Koniec monarchii? A może początek czegoś nowego?

Nie pierwszy to oczywiście i nie jedyny taki opis. Motyw dekadenckiej zabawy zakłóconej widmem nachodzącej katastrofy jest literacko zbyt atrakcyjny, żeby go nie eksploatować. Przeczucie końca świata, zagłuszane pijaństwem i eksplozją hedonizmu, końca świata, który nie został zapisany w gwiazdach, ale jest skutkiem przyśpieszających przemian społecznych, skumulowanych przez lata frustracji, zmilczanych konfliktów, rosnącego ciśnienia procesów gnilnych – czegóż pisarz może chcieć więcej? Zwłaszcza pisarz świadomy, że katastrofa już się dokonała.

Woskowa trupiarnia

W „Oziminie” Wacława Berenta huczną zabawę w warszawskim salonie baronostwa Niemanów przerywa wieść o wybuchu wojny rosyjsko-japońskiej. Jest środek nocy, gdy rosyjski pułkownik wkracza na salę, wciąż zastanawiając się, co powiedzieć. Wojna? Na nikim nie zrobi wrażenia. Wojna – w uszach tamtego pokolenia – brzmi zbyt miękko, niemal naiwnie. A więc mówi po rosyjsku, dobitnie, z akcentem kładzionym mocno na ostatnią sylabę: „Gaspada, wajná”. Takie słowa przynajmniej wystraszą biesiadników, uświadomią powagę sytuacji. I rzeczywiście: damy mdleją, ludzie interesu i lojaliści (jak często idzie to w parze) przeklinają wichrzycieli i nieudolną rosyjską dyplomację, patrioci cieszą się ukradkiem, wojskowi wygładzają mundury... Scena jak w teatrze, choć dzisiaj powiedzielibyśmy raczej: filmowa. Tymczasem w ogólnym pomieszaniu z mieszkania wymyka się grupka spiskowców. Oto, powiada nam Berent, zaczyn przyszłej rewolucji, a może i niepodległości. Salon to stare. Nowe wydarzy się na ulicach proletariackiego Powiśla. Tam w przyszłości zakiełkuje i wyrośnie wolność.

Sprawdźmy tymczasem, jak się sprawy mają w innym cesarstwie, w garnizonie austriackim, pod piórem sentymentalnego lojalisty – a nie przedstawiciela tradycji romantyczno-insurekcyjnej – w powieści napisanej wiele lat po katastrofie. Nie tylko zabawa trwa w najlepsze, ale w wielojęzycznym tłumie wnet rozpoczynają się swary, po których następuje wybuch radości w węgierskiej części korpusu oficerskiego. Panowie oficerowie, niepomni, że wciąż noszą mundury cesarsko-królewskiej armii, przechodzą z niemczyzny na swoje niezrozumiałe narzecze i w nim przeklinają znienawidzonego Franciszka Ferdynanda. I tylko w sztok pijany porucznik Trotta, wnuk bohatera spod Solferino, który w zamierzchłych czasach ocalił życie Najjaśniejszego Pana, zyskując jego dozgonną wdzięczność, on, nieudacznik, życiowy rozbitek i zakładnik rodzinnej legendy, na zawsze splecionej z dziejami domu Habsburgów i Austrii, staje w obronie honoru zamordowanego następcy tronu. A przy okazji w obronie sensu własnego marnego życia: „Kto jeszcze jednym słowem obrazi zmarłego, tego zastrzelę!” (Joseph Roth „Marsz Radetzky’ego”, przeł. Wanda Kragen).

Scena może nazbyt podniosła. Roth, zwłaszcza w późniejszych, „habsburskich” powieściach nie potrafił albo nie chciał zrezygnować z patosu, był jednak zbyt doświadczonym pisarzem, by zaraz nie skontrować jej opisem tyleż żałosnym, co do głębi realistycznym – i to mimo zastosowanych środków z całkiem innego niż realistyczny porządku. Przeczytajmy: „Trzem oficerom podłożono na kamiennych stopniach duże białe chustki. Miało się wrażenie, że siedzą już na własnych całunach pośmiertnych. Na ciemnoniebieskich plecach mundurów wykwitły gwiaździste plamy deszczowe. Do szyi rotmistrza przylgnęły wilgotne strzępy papierowego węża. Podporucznik stanął przed nimi. Nie poruszyli się, głowy zwisały im na piersi. Przypominali woskową grupę w panopticum” (tamże).

To jeszcze teatr czy już trupiarnia?

Roth zdumiewająco często posługiwał się figurą panoptykonu. Jako gabinet figur woskowych jawiły się mu postój dorożek w garnizonowym miasteczku, gdzie stacjonował, pił i tracił pieniądze porucznik Trotta, ale też zabiedzony żydowski ryneczek w Złotogrodzie, który lustrował cechmistrz Anzelm Eibenschütz w „Fałszywej wadze”, albo nowobogackie salony Republiki Weimarskiej. Skojarzenie tyleż usprawiedliwione, że w czasach Rotha gabinety figur woskowych wciąż były, jeśli nie nowością, to przynajmniej atrakcją prowincjonalnych jarmarków Europy Środkowej. Tam członkowie rodziny panującej, herosi i celebryci wystawiali się na widok publiczny, pozwalając oglądać się zwykłym śmiertelnikom ciekawym wielkiego świata. Tam też iluzja wkraczała w życie codzienne – iluzja niepokojąca, tandetna, jak tandetne musiały być jarmarczne figury, a jednocześnie władcza, wywiedziona z innego porządku, tego samego, co figury świętych w barokowych kościołach, gdzie doczesność spotyka się z tym, co wieczne.

Już to stanowiło o chwytliwości literackiego obrazu, było jednak coś jeszcze. Wydaje się, że Roth słusznie rozpoznał, że iluzjon stanowi adekwatną metaforę upadłego świata, że groteskowa teatralizacja, ruch zatrzymany w pół gestu, oddają i utrwalają moment przejścia z kondycji żywych w kondycję umarłych – który w przypadku monarchii austro-węgierskiej rozciągnął się na dobrych kilka dekad.

Dwaj cesarze

Utarło się postrzegać Josepha Rotha jako bezkrytycznego piewcę starej Austrii. Tymczasem postacie oficerów przemienione w nędzny gabinet figur woskowych zdają się temu przeczyć. Tutaj monarchia staje się nie tyle pośmiewiskiem (na to Roth jednak by sobie nie pozwolił), ile atrapą samej siebie z okresu świetności. Świetności, której może nigdy naprawdę nie było – czyż „Marsz Radetzky’ego” nie rozpoczyna się od założycielskiej klęski pod Solferino i zakłamanej w szkolnych podręcznikach opowieści o Najjaśniejszym Panu i dzielnym kapitanie Józefie Trotcie?

Także osoba starego cesarza jest bardziej ambiwalentna, niż można by się spodziewać po zawodowym wielbicielu Jego Apostolskiej Mości. Najstarszy cesarz na świecie, sprawiedliwy i wszechwiedzący gwarant ładu, odmalowany z wdziękiem i miłością, sam wygląda jak figura z panoptykonu, nadal żywy, lecz w gruncie rzeczy umarły albo żywcem przeniesiony do legendy: lustrzana kopia starosty von Trotty, postaci żyjącej wyłącznie na kartach powieści. „Ich białe bokobrody, wąskie, spadziste ramiona, jednakowy wzrost i szczupłość, wywoływały w każdym z nich złudzenie, że widzi swoje własne oblicze w lustrze. Jeden z nich sądził, że przeobraził się w starostę. A drugi, że przeobraził się w cesarza” (tamże). Który jest oryginałem, a który atrapą? Który żył naprawdę, a który istnieje tylko w wyobraźni i w literaturze?

Najstarszy cesarz na świecie, podobny do słabnącego i dotkniętego sklerozą Pana Boga. Cesarz zbierający perły z rozsypanego naszyjnika pięknej pani baronowej na balu w Burgu w „Austerii” Juliana Stryjkowskiego (a zwłaszcza we wspaniałej filmowej adaptacji Jerzego Kawalerowicza) – w jasno- błękitnym mundurze, w otoczeniu „osiemdziesięciu arcyksiążąt i osiemdziesięciu arcyksiężniczek oraz innych panów i dam z najwyższej arystokracji” i obowiązkowo przy dźwiękach walca „Nad pięknym modrym Dunajem” (Julian Stryjkowski „Austeria” ). I cesarz wizytujący manewry w pogranicznym garnizonie, tym samym, który wkrótce zamieni się w prawdziwy, a nie urojony panoptykon Wielkiej Wojny. „Błogosławiony jesteś, nie dożyjesz zagłady świata!” – błogosławieństwo starego Żyda. Czy Franciszek Józef usłyszał je naprawdę? Czy Joseph Roth mógł sprawić taki cud?

I jeszcze Franciszek Józef małego Rudolfa. Niepochlebny portret dobrotliwego, ale miernego władcy bez talentu, który chłopcu jawił się na podobieństwo ucharakteryzowanego „na dobroć zgorzkniałego lisa” z twarzą „bez humoru i bez genialności”, jest przecież symboliczną dominantą „Wiosny” Schulza. Jak gdyby – czy to możliwe? – pisarz polemizował z ogłoszoną kilka lat wcześniej (i prędko przełożoną na polski) powieścią Rotha. Cesarz z „Marsza Radetz- ky’ego” i cesarz z „Wiosny” – dwaj różni władcy. Tam opoka, tutaj ośrodek stagnacji, cesarsko-królewski starzec, który „pokratkował świat na rubryki, uregulował jego bieg przy pomocy patentów, ujął go w karby proceduralne i zabezpieczył przed wykolejeniem w nieprzewidziane, awanturnicze i zgoła nieobliczalne” (Bruno Schulz „Wiosna”), przesłaniając niebo i uniemożliwiając grę wyobraźni...

Ale czy aby na pewno? Porównajmy obydwa opisy: „Jasnymi, twardymi oczyma patrzył od wielu lat zagubionym wzrokiem w zagubioną dal” (Roth, tamże). „Jego oczy wąskie, tępe jak guziczki, siedzące w trójkątnych deltach zmarszczek nie były oczyma człowieka” (Schulz, tamże). Czy bardzo różni? A może paradoksalnie, przez swój sentymentalizm i jednocześnie brak złudzeń, pozostają ze sobą w zgodzie?

Upadek

Należy zauważyć, że mityzacja habsburskiego świata – w utworach pisanych po jego upadku (choć nie po zagładzie: Austria umarła, lecz nie została zamordowana, czego nie da się powiedzieć o wszystkich cywilizacjach Europy Środkowej i Wschodniej) – dotyczy epoki najpóźniejszej, niejako emblematycznej, kiedy bezład państwa rymował się z postępującą starością cesarza. Była to „dobroduszno-demoniczna kraina, której zasadą istnienia w trwającym ćwierć wieku schyłku była ambiwalencja chaosu i biurokracji, bądź – w sferze artystycznej – wdzięku i samozatraty. Towarem eksportowym monarchii Franciszka Józefa I, tej oazy nierzeczywistości na mapie Europy, był już na długo przed jej zgonem narkotyczny mit dekadencji” (Jan Gondowicz „Trans-Autentyk”). Stąd może ów wyjątkowy splot nostalgii i ironii, z jaką traktowali starą Austrię jej patrioci, już to podkreślając uniwersalizm zwrócony przeciwko nowoczesnym nacjonalizmom oraz solidność urzędów, kolei i kawiarń, elegancję i staroświeckość (by nie rzec: reakcyjność) jej form społecznych, to znów pławiąc się w stęchliźnie – tak jakby, co zauważył Claudio Magris – starością zarazili się jeszcze w dzieciństwie.

Tak postrzegana, realność Cekanii była ze swej istoty nie tylko anachroniczna i odłączona od biegu dziejów, jak ów spowolniony pociąg w wizji Roberta Musila i równie słynne boczne odnogi czasu w pisarstwie Schulza, jak kolej, którą nieświadomi nadchodzącej katastrofy zmierzają na wakacje do słonecznego Triestu stateczni lwowscy mieszczanie z „Nieba w płomieniach” Jana Parandowskiego („Teofil ocknąwszy się zobaczył twarz ojca i matki, obie spokojne, chociaż i nad nimi wisiała pożoga”), ile po prostu nierzeczywista. Czy zdecydowała osławiona rzetelność austriackiego państwa, czy może ślepota albo usypiająca moc przyzwyczajenia i ciepłej stabilizacji, a może – jak chciałby Claudio Magris w „Micie habsburskim” – wielowiekowa habsburska tradycja zniekształcania rzeczywistości, czerpiąca z dziedzictwa baroku, która tak dobrze odnalazła się w epoce operetek i gabinetów figur woskowych, dość że jeszcze za swego życia Cekania stała się obiektem z iluzjonu, atrapą samej siebie.

Atrapą wcale nie martwą. Schyłkowość oraz dekadencja sprzyjały wytworzeniu wielości form metafizycznych, które trudniej odnaleźć w literaturach towarzyszących wielkim procesom dziejowym albo pełniących rolę wspólnototwórczą – jak literatura polska doby zaborów, będąca i dzisiaj zasadniczym punktem odniesienia tak dla krytyki z różnych stron politycznych barykad, jak i dla czytelników. Tymczasem anachronizm, a nawet pewnego rodzaju programowa ahistoryczność cesarstwa Habsburgów sprzyjały konwersji uwagi ku temu, co psychiczne – „jak gdyby ten chylący się ku upadkowi świat stanowił sprzyjającą okazję do subtelnego, czułego i dyskretnego zrozumienia człowieka” (Parandowski, tamże). Stąd wiedeńska psychoanaliza i galicyjski spirytyzm, stąd literatura uzdrowisk z jej perwersyjnym erotyzmem, gdzie indziej tłumionym albo składanym na ołtarzu rewolucji, ale i szamotanina Józefa K. w sądowych kancelariach i niepewność co do jego statusu ontycznego.

Zarazem Austro-Węgry stały się dla zachodniego świata laboratorium wzrostu, rozkwitu i rozłożonego na raty upadku XIX stulecia, najbardziej wyrafinowaną, obok francuskiej, formą belle époque. To również dlatego okazały się nadspodziewanie żywotne. Albo inaczej: Cekania, z jej oszałamiającą kulturą rozciągniętą od Triestu po Czerniowce, z wiedeńskim centrum, w którym Freud jakby na zaś zdefiniował pojęcie melancholii (praca żałoby po tym, co nieuświadomione), jest nie tyle ucieleśnieniem nowoczesności, ile symbolem zaprzeszłej genialnej epoki. Epoki, w którą wpisany był jej własny upadek. Upadek odczytywany dzisiaj jako przeczucie i prefiguracja kolejnych historycznych katastrof, jakie dotknęły i być może jeszcze dotkną Europę.

Stąd jej budząca grozę aktualność. Czy nie jest przypadkiem tak, że pytanie o atrakcyjność, a na pewno żywotność mitu ck monarchii (o którym to micie napisano już grube tomy), a także intrygującą zagadkę jej upadku i uporczywego trwania, zaprząta nam głowę dlatego, że przeczuwamy, iż w tamtej rozłożonej na raty wesoło-ponurej agonii odbija się, niby odległe i niewyraźne widmo w zwierciadle, nasz własny czas? ©

PIOTR PAZIŃSKI (ur. 1973) – pisarz, filozof, naczelny redaktor „Midrasza”, badacz związany z Uniwersytetem Muri im. Franza Kafki. Przez kilka lat zajmował się „Ulissesem” Jamesa Joyce’a (książki „Labirynt i drzewo”, 2005; a także przewodnik „Dublin z Ulissesem”, 2008), następnie ogłosił dwa tomy własnej prozy: „Pensjonat” (2009) i „Ptasie ulice” (2013). Laureat Paszportu „Polityki” i Europejskiej Nagrody Literackiej. Niedawno opublikował zbiór esejów pt. „Rzeczywistość poprzecierana” (2015).

Czytasz ten tekst bezpłatnie, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum
Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]