Szanowny Użytkowniku,

25 maja 2018 roku zaczyna obowiązywać Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE (określane jako „RODO”, „ORODO”, „GDPR” lub „Ogólne Rozporządzenie o Ochronie Danych”). W związku z tym informujemy, że wprowadziliśmy zmiany w Regulaminie Serwisu i Polityce Prywatności. Prosimy o poświęcenie kilku minut, aby się z nimi zapoznać. Możliwe jest to tutaj.

Rozumiem

Reklama

Prorok z Galicji

Prorok z Galicji

10.05.2015
Czyta się kilka minut
Czy los „artysty przeklętego” był mu pisany? A może tragiczna, przedwczesna śmierć uchroniła pisarza przed czymś jeszcze straszniejszym?
Fot. The Granger Collection; NEW YORK / FORUM
n

na gruzach zburzonych świątyń i opłakują
te gruzy. Roth należał raczej do gatunku
Izajaszów, którzy z daleka widzą
nadciągającą Apokalipsę i ostrzegają przed nią.
Takich proroków Bóg zabiera ze świata w wigilię katastrofy.

JÓZEF WITTLIN

Fatum zdawało się wisieć nad Josephem Mosesem Rothem już od dnia narodzin. Nigdy nie poznał ojca, handlującego w galicyjskich Brodach zbożem i drewnem w imieniu jakiejś hamburskiej firmy eksportowej. Ojciec oszalał – nagle, gdzieś na Górnym Śląsku, podczas podróży służbowej. Z pociągu zawieziono go wprost do szpitala psychiatrycznego, cztery lata później zmarł w Kongresówce na dworze jednego z cadyków. Dziecko wychowywali dziadek i matka.

Prawdziwi wyznawcy Austrii

Nic dziwnego, że Roth już jako znany dziennikarz i pisarz mitologizował swoje dzieciństwo, mieszał tropy, które pomogłyby dociec prawdy. Twierdził np., że nie pochodzi z Brodów, ale z Radziwiłłowa (pytanie – którego? miejscowości o tej nazwie jest kilka) albo Schwabendorfu (chyba tylko dlatego, że spodobała mu się niemiecka nazwa).

Portierowi wiedeńskiego hotelu z łatwością potrafił wmówić, że jest nieślubnym synem jednego z Habsburgów i porucznikiem c.k. armii. Węgierski reżyser i scenarzysta Géza von Cziffra wspominał rozmowę, podczas której Roth zwierzył się, że jego ojciec był urzędnikiem austriackim, który zostawił matkę – Żydówkę. „Ale proszę to zachować dla siebie. – Co powinienem zachować dla siebie? Tego szubrawca? – Nie. Tę Żydówkę”.

Nie zrozummy tego opacznie: Roth nie wstydził się swego pochodzenia. Rzecz w tym, że przynajmniej od czasów nauki w niemieckojęzycznym c.k. Gimnazjum im. Następcy Tronu Księcia Rudolfa czuł się przede wszystkim obywatelem państwa Habsburgów. I obywatelem języka niemieckiego. Jak wielu innych żydowskich mieszkańców Galicji uważał, że to wieloetniczne państwo daje szansę narodowi bez ojczyzny.

Stefan Zweig we wspomnieniu wygłoszonym po śmierci przyjaciela (niedługo później sam popełni samobójstwo) mówił: „Tajemnicza to doprawdy sprawa, że w czasach naszej osobliwej Austrii jej prawdziwi wyznawcy i apologeci nie mieszkali w jej niemieckojęzycznej stolicy, lecz na najdalszych peryferiach Imperium, gdzie mieszkańcom dana była codzienna możliwość porównania łagodnie opieszałego panowania Habsburgów z karnym i mniej humanitarnym systemem panowania w krajach sąsiednich. Żydzi z rodzinnego miasteczka Josepha Rotha spoglądali z wdzięcznością w stronę Wiednia, gdzie zamieszkiwał, niedosiężny jak Bóg na niebie, stary, prastary cesarz Franciszek Józef. Kochali go i wielbili w bojaźni, niczym legendę. Wielbili również barwne anioły tego boga: oficerów, ułanów i dragonów, którzy wnosili w ich ponure i biedne życie błysk światła. Tę bojaźń wobec Cesarza i jego armii, mit swojego dzieciństwa, przywiózł Roth do Wiednia”.

Żołnierz – dziennikarz – pisarz 

Pojawił się w stolicy tuż przed końcem imperium – jesienią 1913 r. Zdążył jeszcze podjąć studia na Wydziale Filozoficznym Uniwersytetu Wiedeńskiego, zapisując się na kursy z germanistyki, historii sztuki, etnografii, psychologii, filozofii i muzykologii. Zdążył zaprzyjaźnić się z Józefem Wittlinem, który w przyszłości tłumaczyć będzie jego książki na polski. Choć początkowo ich relacje były mocno napięte: podobno monokl w oku „germańskiego blondyna” do tego stopnia drażnił dziewiętnastoletniego Polaka, że ten zamierzał wyzwać go na pojedynek.

Katastrofa nadeszła niespodziewanie w dniu zamachu w Sarajewie. W 1916 r. zarówno Wittlin, jak i Roth postanowili podjąć walkę w obronie habsburskiej ojczyzny – mimo pacyfistycznych, a nawet anarchistycznych deklaracji. Dlaczego? „Z pogardą patrzyliśmy na różnych zdrowych jak byki kindermanów, którym wojna nie przerywała kariery, podczas gdy nad Isonzo i Piave ginęli nasi koledzy, przeważnie z Galicji rodem, z Bukowiny, z Chorwacji, Dalmacji, Czech i Moraw” – wspominał Wittlin. Po szkoleniu w 21. Batalionie Feldjegrów przyjaciele zostali rozdzieleni. Roth wyjechał na front w Galicji, a następnie odkomenderowano go do służby prasowej.

Mimo upadku monarchii, którego nigdy nie przebolał, wydawało się, że kariera młodego dziennikarza potoczy się gładko. W 1918 r. rozpoczął pracę dla najważniejszych czasopism wiedeńskich i berlińskich. Poznał też piękną kobietę Friederike (Friedl) Reichler – drobną, o kruczoczarnych włosach i ciemnych oczach. W 1922 r. wzięli ślub w wiedeńskiej synagodze Pazmanitentempel (spłonie podczas Nocy Kryształowej) i niemal natychmiast przeprowadzili się do mieszkania w berlińskim Schönbergu. Rok później „Wiener Arbeiter Zeitung” wydrukowała w odcinkach pierwszą powieść Rotha – „Sieć pajęczą”. W 1924 r. ukazał się „Hotel Savoy”...

Ucieczka bez kresu 

Jednak już wkrótce dopaść miała pisarza ta sama plaga, która naznaczyła jego dzieciństwo: tym razem choroba psychiczna objawiła się u jego żony. Rozpoczęła się gehenna: kolejni lekarze, szpitale psychiatryczne, sanatoria... A przede wszystkim poczucie winy, które ogarnęło pisarza, chora obwiniała bowiem męża, że to on sprowadził na nią schizofrenię.

Jak pisze Soma Morgenstern, przyjaciel i rodak pisarza, Roth „jak wszyscy pozbawieni nadziei uwierzył w cud i chciał wyjść mu naprzeciw. Pogłębiał wiedzę i nie tracił czasu, a zimą przesiadywał tylko w tych kawiarniach, które abonowały pisma medyczne. (...) Chciał zdążyć przed specjalistami – przed ostatecznym wyrokiem: »przypadek nieuleczalny«”. Diagnoza okazała się jednak bezlitosna: Friedl Roth resztę życia miała spędzić w szpitalu. Zamordowano ją w 1940 r. w komorze gazowej zakładu psychiatrycznego w Niedernhart w Górnej Austrii, w ramach nazistowskiego programu eutanazji T-4.

Czy to choroba ukochanej żony sprawiła, że Roth zaczął swą wielką ucieczkę? A może szybciej niż inni zrozumiał, że katastrofa I wojny to dopiero początek apokalipsy? Uciekał przez kolejne miasta, hotele i kawiarnie, z jedną walizką, naostrzonymi ołówkami i kilkudziesięcioma kartkami papieru – prosto w alkohol. Twierdził, że bez picia nie jest w stanie pisać. Świadomy swego nałogu, nie chciał się leczyć. Nawet wtedy, gdy nakazał mu to z wygnania syn ostatniego cesarza – ostatnia nadzieja Rotha na uchronienie Austrii przed nazizmem.

Jestem prosty Mensch 

Myliłby się jednak ten, kto wyobrażałby sobie Rotha – obserwatora zdarzeń w całej Europie, reportera, któremu nieobce były sowiecka Moskwa czy Albania, kawiarnianego salonowca i wielbionego przez czytelników autora – jako postać przerażającą, trudną w kontakcie, egotyczną, samolubną, „artystowską”. Owszem, wiódł życie cygańskie, nie liczył się z pieniędzmi nawet wtedy, kiedy ich nie miał, potrafił się obrazić, wyrazić ostry sąd...

W gruncie rzeczy jednak najlepiej opisywało go określenie, którego sam kiedyś użył, zapytany przez nazbyt szczere dziecko znajomego, kim jest: „Ja jestem prosty Mensch”. Ta prostota kryła jednak jakąś tajemnicę. Niezawinionego cierpienia?

Nie bez powodu „opowieścią o prostym człowieku”, jak głosi podtytuł, jest jedna z najlepszych powieści Rotha, wydany w 1930 r. „Hiob”. Jej bohater, żydowski nauczyciel z ukraińskiej prowincji, „nie jest – czytamy w recenzji Stefana Zweiga – człowiekiem bardzo szczęśliwym, ale też bardzo nieszczęśliwym. Jest pobożny, ale nie fanatyczny. Pieniędzy ma niewiele, ale jemu wydaje się, że dosyć (...). Ten Hiob kocha swoją żonę, ale nie za bardzo. Wszystko płynie jakby bez znaczenia – średnio i zwyczajnie. Któregoś dnia pojawia się los...”.

Mendel Singer próbuje z nim walczyć, uciec – choćby i za ocean. Nieszczęście musi się jednak dopełnić. A wtedy „stary człowiek cierpi i czuje, że musi wykrzyczeć swój ból jak oskarżenie, a ponieważ nie zna winnego, krzyczy przeciwko temu, kto ponowi winę za wszystko – Bogu”. Bluźni, nie wierząc w cud. Ten jednak nadchodzi.

Nie bójmy się: ta książka nie ma w sobie nic z dydaktyzmu, pedagogiki czy czułostkowości. Przypomina trochę „Trzeci cud”, znany film Agnieszki Holland z 1999 r. Powieść chroni bezwzględny, ascetyczny realizm. To nie tylko literatura – w ten sam sposób autor traktował siebie.

List gończy za cesarzem

Roth i jego nowa partnerka życiowa, egzotyczna Andrea Manga Bell (córka Niemki i kubańskiego pianisty), wyjechali z Wiednia do Paryża nad ranem 30 stycznia 1933 r. W południe tego samego dnia ówczesny prezydent Rzeszy Paul von Hindenburg powierzył tekę kanclerza Adolfowi Hitlerowi...

W Paryżu ku zdumieniu wielu przyjaciół Roth zaangażował się w ruch monarchistyczny skupiony wokół Ottona von Habsburga. Najstarszy syn ostatniego cesarza Austro-Węgier Karola i Zyty Burbon Parmeńskiej po zakończeniu wojny i ogłoszeniu republiki udał się z rodzicami na emigrację. Zdetronizowany Karol wkrótce zmarł na Maderze. Otto deklarował, że mimo likwidacji monarchii przez parlament nadal czuje się cesarzem.

W 1938 r. pisarz – coraz bardziej schorowany, cierpiący na marskość choroby, ledwie poruszający się na opuchniętych nogach, tuż przed poważnym atakiem serca – w imieniu cesarza wyruszył z Paryża do Wiednia z misją dyplomatyczną do kanclerza Kurta Schuschnigga, który szamotał się i próbując ratować kraj przed hitlerowską aneksją, wchodził w alianse z Mussolinim. Roth chciał mu zaproponować restytucję monarchii, która miałaby uchronić Austrię przed Anschlussem. Udało mu się jedynie spotkać z jakimś wysokiej rangi policjantem, który radził szczerze, by żydowski „dyplomata” jak najszybciej opuścił Austrię. Już wkrótce Hitler wystawi list gończy za Habsburgiem, a Schuschnigg stanie się więźniem III Rzeszy.

W tej atmosferze Roth stawał się – paradoksalnie – coraz radykalniejszym „reakcjonistą”. W „Krypcie kapucynów”, jednej z ostatnich swoich powieści, deklaruje to zresztą otwarcie (co prawda jako Słoweniec von Trotta): „Odkąd wróciłem z wojny do tej skurczonej ojczyzny, przestałem wierzyć w jakiekolwiek rządy. Tym bardziej w rządy ludowe. Mam wrażenie, że zbliża się moja ostatnia godzina. W takiej godzinie wolno chyba człowiekowi mówić prawdę. Otóż należę do owego bezsprzecznie zaginionego już świata, w którym jasną rzeczą było, iż lud ma być rządzony. Żaden lud nie może sam sobą rządzić, w przeciwnym razie przestaje być ludem. Nieraz mi mówiono, że jestem »reakcjonistą«. Dobrze. Otóż w moich reakcyjnych uszach słowa »rządy ludowe« brzmiały tak, jak gdyby mi umiłowana kobieta oświadczyła, że jestem jej już niepotrzebny, bo sama sobie pragnie robić dzieci”. Zresztą, jak w „Marszu Radetzky’ego” powtarza hrabia Chojnicki, jeden z ulubionych bohaterów pisarza, „mogą istnieć ludy, ale na pewno nie narody”.

„Krypta kapucynów” jest bowiem swoistym dopełnieniem tej najsłynniejszej książki Rotha. Tam rozkład monarchii dokonywał się niezauważenie, zagłuszany coniedzielnym koncertem orkiestry wojskowej. Tu wszystko już się rozpadło: nad Wiedniem zawisł cień swastyki, a krypta, w której znajduje się trumna dobrego cesarza, została zamknięta.

Samobójstwo rozłożone w czasie

Pod koniec życia Roth zbliżył się również do katolicyzmu. W usta hrabiego Chojnickiego wkłada takie oto słowa: „Kościół rzymski jest w tym próchniejącym świecie jedynym twórcą i zachowawcą form. Co więcej: można powiedzieć, że Kościół obdarza nas formami. (...) Kościół darowuje nam grzechy już przez to samo, że je ustanowił. Kościół po prostu nie toleruje człowieka bez skazy i to jest w nim najbardziej ludzkie”.

Jednocześnie pisarz pozostawał w sposób głęboki Żydem. W Starym Testamencie szukał sprawiedliwości, w Nowym – miłości. Uważał, że sojusz tych dwóch religii to jedyny sposób na powstrzymanie nazizmu. Pozornie coraz bardziej oderwany od realiów, stawiał często zaskakująco odważne, przenikliwe diagnozy.

Jak wtedy, gdy z sarkazmem wypominał wiedeńskiemu środowisku żydowskiemu, że być może potrafiliby zaakceptować Hitlera, gdyby ten zwrócił się wyłącznie przeciw chałaciarzom z galicyjskiej „dziczy”. Albo wtedy, gdy sugerował, że jedynym sposobem, by powstrzymać III Rzeszę, jest wojna prewencyjna.

Paryż wydawał mu się bezpieczną przystanią, ale nie chciał już dalej żyć. Wielu świadków jego ostatnich dni twierdziło potem, że alkohol stał się dla niego środkiem, który wybrał świadomie, by popełnić rozłożone w czasie samobójstwo. 23 maja 1939 r. Roth otrzymał wiadomość o samobójstwie przyjaciela, dramatopisarza Ernsta Tollera, który powiesił się w Nowym Jorku. Tego samego dnia pisarza, u którego stwierdzono zapalenie płuc, odwieziono do szpitala dla ubogich. Zmarł 27 maja w okrutnych męczarniach – w wyniku delirium tremens wywołanego nagłym odstawieniem alkoholu. Już po śmierci Rotha ukazała się jego „Legenda o świętym pijaku”. Na ile autobiograficzna? ©

W 2013 r. krakowskie wydawnictwo Austeria rozpoczęło edycję dzieł Josepha Rotha i komentarzy do nich. Dotąd ukazały się następujące tomy:

* „Samotny wizjoner. Joseph Roth we wspomnieniach przyjaciół, esejach krytycznych i artykułach prasowych” red. Elżbieta Jogałła, przeł. Paweł Krzak, 2013;
* Joseph Roth, „Hiob. Powieść o człowieku prostym” przeł. Józef Wittlin, wstęp Jerzy Pilch, 2014;
* Joseph Roth, „Fałszywa waga” przeł. Aleksander Wat, wstęp Renata Gorczyńska, 2015;
* Joseph Roth, „Krypta kapucynów” przeł. Józef Wittlin, wstęp Adam Zagajewski, 2015;
* Joseph Roth, „Marsz Radetzky’ego” przeł. Wanda Kragen, wstęp Tomasz Fiałkowski, 2015;
* Joseph Roth, „Historia tysiąca i drugiej nocy” przeł. Izydor Berman, 2015.

Wkrótce:
„Z prawa i z lewa”, „Zipper i jego ojciec”, „Spowiedź mordercy”, „Ucieczka bez kresu”, „Hotel Savoy”.

Czytasz ten tekst bezpłatnie, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Autor artykułu

Dziennikarka, historyk i krytyk sztuki. Autorka książki „Sztetl. Śladami żydowskich miasteczek” (2005).

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]