Kupno domu było w USA wyznacznikiem prosperity. Amerykanów coraz rzadziej na to stać – to zły sygnał dla Bidena

26-letnia Nikayla Jefferson czuje się opuszczona przez rząd i nie wyklucza, że odpuści sobie listopadowe wybory prezydenckie. „Jestem z Kalifornii, więc mój głos nic nie znaczy, tu i tak wygra Biden” – mówi „Tygodnikowi”. Gorzej dla Bidena, jeśli do urn nie pójdą młodzi ludzie z tych stanów, w których wynik nie jest oczywisty.
Czyta się kilka minut
Również w półmilionowej Atlancie, stolicy stanu Georgia (na zdjęciu), rosną dziś ceny nieruchomości. Wcześniej problem dotyczył głównie metropolii, dziś jest tak w całych Stanach. Wrzesień 2023 r. // Elijah Nouvelage / Bloomberg / Getty Images
Również w półmilionowej Atlancie, stolicy stanu Georgia (na zdjęciu), rosną dziś ceny nieruchomości. Wcześniej problem dotyczył głównie metropolii, dziś jest tak w całych Stanach. Wrzesień 2023 r. // Elijah Nouvelage / Bloomberg / Getty Images

Katie Gillespie, 42-latka z Austin, nie zdążyła się przebrać. Gdy rozmawiamy wczesnym popołudniem, ciągle ma na sobie turkusową koszulkę z logo sieci supermarketów H-E-B, popularnej wśród Teksańczyków.

Jako pracownica stoiska z pieczywem i ciastami, Katie zaczyna swój długi, niekiedy 12-godzinny dzień pracy o czwartej rano. Mija się z mężem Derekiem, też piekarzem, który po nocnej zmianie wraca do domu około piątej. Wybrali taki grafik, aby mieć większy udział w wychowaniu swoich dziesięcioletnich bliźniaczek. Nawet jeśli Derek rano śpi, to dziewczynki, szykując się do szkoły, zawsze mogą go obudzić i poprosić o pomoc.

Małżeństwu nie brakuje w życiu determinacji. Podobnie jak i pecha.

Katie Gillespie // Archiwum prywatne

PRZED I PO PANDEMII | Cofnijmy się parę o lat. Jest początek roku 2020, gdy Katie i Derek przymierzają się do kupna domu. Mają 50 tys. dolarów wkładu własnego i czystą historię kredytową. Chcą wziąć pożyczkę hipoteczną, zakontraktowali już agenta nieruchomości i rozglądają się za ofertami.

Ich plany niszczy pandemia: Ameryka pogrąża się w lockdownie, Katie traci pracę i ląduje na zasiłku. W takiej sytuacji żaden bank nie da im pożyczki, nawet jeśli Derek dalej pracuje. Małżeństwo zostaje więc z oszczędnościami, które tracą na wartości wraz z inflacją, oraz z szybującymi cenami nieruchomości.

Katie mówi dziś w rozmowie z „Tygodnikiem”, że za nieduży dom w południowej części ich miasta, którą upatrzyli sobie cztery lata temu, musieliby teraz zapłacić ponad 400 tys. dolarów. Przed pandemią za taką kwotę kupiliby prawie dwa domy.

W Austin, uznawanym za jedno z najdroższych miast do życia w Stanach, wzrosły też ceny najmu. Katie wylicza, że jej rodzinę stać na zamieszkanie jedynie na wschodnich przedmieściach, gdzie jest wysypisko, kilka zakładów recyklingu i piszczy bieda. Wynajem małego domu w tej lokalizacji kosztowałby 2,5 tys. dolarów miesięcznie.

ŻYJEMY SKROMNIE | Aby uniknąć takich wydatków, od kilku lat pomieszkują w wymagającym remontu domu, który należy do jej ojca. – Tata kupił go w latach 80. XX wieku za 60 tys. dolarów. To niewiele więcej, niż zaoszczędziliśmy na wkład własny. Teraz, aby wziąć kredyt hipoteczny, musielibyśmy mieć na starcie 100 tys. dolarów – wylicza Katie.

Czasem myśli, że jedynym sposobem na zdobycie własnego kąta będzie kiedyś odziedziczenie tego domu w spadku. – Nie przestajemy oszczędzać na wkład własny: nie jeździmy na wakacje, nie chodzimy do restauracji, nie dajemy sobie drogich prezentów. Żyjemy skromnie – Katie z nostalgią wspomina czasy, gdy przystępne cenowo Austin przyciągało studentów i miłośników muzyki na żywo.

Dziś przyciąga firmy technologiczne. W czasie pandemii, uciekając przed wysokimi kosztami życia i podatkami w Kalifornii, swoje biura otworzyli tu najwięksi: Amazon, Apple, Tesla. Miasto przeistoczyło się w plac budowy: projektowano nowe drapacze chmur, centra handlowe i osiedla. Do przeprowadzki do Austin zachęcał też fakt, że na początku pandemii kredyty hipoteczne na 30 lat były nisko oprocentowane, na poziomie 3 procent.

Dziś oscylują wokół 7 procent.  Gdy pod koniec maja spadły wreszcie poniżej tego pułapu, był to powód do zadowolenia. Nie zanosi się jednak na szybkie zmiany. Rezerwa Federalna (odpowiednik NBP w Polsce) już wielokrotnie sygnalizowała, że z obniżką stóp wstrzyma się do czasu, aż inflacja skurczy  się z ponad 3 do 2 procent.

ROSNĄCE KOSZTY | Problem wysokich cen nieruchomości, wcześniej typowy dla dużych liberalnych miast (jak Nowy Jork i San Francisco), dziś dotyczy całych Stanów. Według danych cytowanych przez dziennik „The New York Times”, od końca 2019 r. średnie ceny domów w całym kraju wzrosły o 46 proc., a stawki za wynajem o 22 procent.

Jeśli dodać do tego wyższe ceny żywności i paliwa, a także drogie żłobki, które muszą opłacić młode rodziny z dziećmi, kredyt hipoteczny jest dla wielu nieosiągalny. Cytowana przez telewizję CNN Hana Husković, 36-letnia ekonomistka z urzędu statystycznego w Atlancie, mówiła, że wraz z żoną Michelle nie są w stanie zaoszczędzić na wkład własny. Po urodzeniu ich synka Michelle zrezygnowała z kariery i skupiła się na wychowaniu, bo nie stać je na koszmarnie drogi żłobek.

Na to samo zdecydowało się małżeństwo z Kalifornii: Allison Powell, pielęgniarka, chodzi dalej do pracy, a jej mąż Liam wziął urlop z policji i zajmuje się niespełna roczną córką (opieka w żłobku kosztowałaby aż 2,5 tys. dolarów miesięcznie). Para przyznaje, że już teraz sięga po oszczędności, by pokryć koszty życia. „Czuję, że stać nas będzie na kupno domu dopiero około pięćdziesiątki. Nie mamy szans na spełnienie American dream w takim stopniu, jak moi rodzice w latach 90. XX wieku” – mówiła Allison. Wraz z mężem wynajmują dom od rodziców, po preferencyjnych stawkach – tak jak Katie i Derek z Austin.

KALIFORNIA BOGATYCH | Z kolei młodzi single idą o krok dalej: aby obniżyć koszty życia, wiele osób samotnych wraca do rodzinnego domu. Z analizy Pew Research Center wynika, że robi tak 57 proc. singli w wieku od 18. do 24. roku życia.

Z rodzicami przez pół roku pomieszkiwała też 26-letnia Nikayla Jefferson z San Diego w Kalifornii. Ponieważ, jak mówi „Tygodnikowi”, trudno w takich warunkach uniknąć konfliktów, przeprowadziła się na kilka miesięcy do znajomych w północnej Kalifornii. Podnajmuje u nich pokój za 1,2 tys. dolarów miesięcznie. Jak na ten stan, to i tak tanio. W San Diego za mieszkanie z jedną sypialnią i salonem musiałaby płacić co najmniej 1,9 tys. dolarów. Studentka, która właśnie kończy magisterkę z politologii, nie ma takich pieniędzy.

– Długo wykluczałam wyprowadzkę z Kalifornii – mówi mi Nikayla. – Jednak latem pojadę do znajomych w Minnesocie, aby zobaczyć, jak się tam żyje. Słyszałam, że wynajem przyzwoitego pokoju kosztuje tam do 800 dolarów, a mieszkania do 1400 dolarów – wylicza i ocenia, że nigdy nie będzie jej stać na dom w rodzinnym stanie.

– Kalifornia staje się miejscem tylko dla bogatych, a rządzący nie robią nic, by to zmienić. Nie czuję, że los mojego pokolenia ich obchodzi – podsumowuje Nikayla.

ZASTÓJ NA FLORYDZIE | Mieszkaniowy kryzys widać też w Sarasocie, mieście nad Zatoką Meksykańską na Florydzie. Dorota Świerkowska, pośredniczka z ponad 30-letnim stażem na amerykańskim rynku nieruchomości, mówi „Tygodnikowi”, że wśród jej klientów wymiotło klasę średnią. O pomoc w szukaniu domu zwracają się do niej już tylko majętni emeryci lub ludzie po pięćdziesiątce, którzy po latach pracy np. w Nowym Jorku chcą odpocząć na słonecznej Florydzie.

– Przestałam mieć zapytania od osób szukających najtańszych domów. Dziś nawet rodziny, w których dwie osoby zarabiają, mają trudności z utrzymaniem się, nie mówiąc już o wzięciu kredytu hipotecznego. Jednocześnie nie brakuje bogatych Amerykanów, zarabiających po 200 tys. dolarów rocznie. Jeśli ślub wezmą dwie osoby z takimi pensjami, będzie ich stać na dom – ocenia pośredniczka.

W Sarasocie ceny nieruchomości ostatnio wyhamowały. Dorota Świerkowska uważa, że przyczyną jest nie tylko mniejszy popyt, ale też wybory prezydenckie: – To trend, który obserwuję na Florydzie co cztery lata. Ludzie zwlekają z decyzją o kupnie domu, bo nie są pewni, jaką politykę ekonomiczną będzie prowadzić zwycięski kandydat.

Z drugiej strony przybywa właścicieli domów, którzy chcą się z Florydy wyprowadzić. Robią to, bo nie stać ich na opłatę podatku od nieruchomości. Ten poszybował wraz ze wzrostem wartości ich domów. – Niektórzy płacą teraz nawet 4,6 tys. dolarów rocznie. Jeśli dodać do tego wysokie koszty utrzymania, taki wydatek jest dla wielu nie do przeskoczenia – tłumaczy Dorota Świerkowska. Dodaje, że mieszkańcy Florydy przenoszą się głównie do Karoliny Południowej lub Georgii, gdzie kupią tańszy dom i zapłacą niższy podatek.

O takim trendzie mówi mi też Katie Gillespie. Jej teściowa sprzedała dom w modnej dzielnicy Austin i wyprowadziła się do oddalonej o prawie 30 km miejscowości Pflugerville. Powód: jej podatek od nieruchomości wzrósł do 2,3 tys. dolarów rocznie.

BIDEN MA PROBLEM | Wysokie ceny na rynku nieruchomości to efekt topniejącej podaży. W USA od dekad budowano za mało domów w stosunku do tempa, w jakim rosła populacja. Budowę dodatkowo spowolnił kryzys finansowy, który zaczął się rozkręcać w 2007 r., rosnące koszty i narzucane przez władze lokalne restrykcje (np. zakazujące stawiania bloków na osiedlach jednorodzinnych). Problem z dostępnością mieszkań pogłębia też wspomniane wysokie oprocentowanie kredytów.

Trudna sytuacja mieszkaniowa może być jednym z istotnych wątków w kampanii o Biały Dom. Społeczne nastroje odbijają się na ocenie stanu amerykańskiej gospodarki za rządów Joego Bidena. Z kwietniowego sondażu Bloomberg News/Morning Consult, prowadzonego w siedmiu kluczowych dla tych wyborów stanach, wynikało, że aż 70 proc. uważa, iż gospodarka zmierza w złym kierunku. I to pomimo, że bezrobocie jest rekordowe niskie, a płace sukcesywnie rosną.

Nawet po skazaniu Trumpa w procesie karnym, to jemu respondenci bardziej ufają w sprawach gospodarczych (41 vs. 37 proc. według ogólnokrajowego sondażu FT-Michigan Ross).

Frustracja narasta zwłaszcza wśród młodych Amerykanów, w grupie wiekowej do 34. roku życia. Częściej niż inni postrzegają problemy na rynku mieszkaniowym jako te, które mogą wpłynąć na ich decyzje wyborcze. To zły sygnał dla Bidena – w 2020 r. młodzi byli jedną z kluczowych grup elektoratu, która pomogła mu zdobyć prezydenturę.

RUCHY W KAMPANII | Cytowany przez agencję Associated Press ekonomista Mark Zandi do wyborczej układanki dokłada też wysokość rat kredytów hipotecznych. „Jeśli oprocentowanie spadnie do poziomu ok. 6 proc., szanse na zwycięstwo Bidena wzrosną. Ale jeśli poszybują do 8 proc., to Trump może mieć szansę na przewagę” – ocenia Zandi.

Może dlatego Biden coraz częściej skupia się w swej kampanii na sytuacji mieszkaniowej. Podczas lutowego orędzia o stanie państwa (corocznego przemówienia, w którym prezydent mówi o ważnych dla kraju sprawach) obiecał ulgi podatkowe dla osób kupujących lub sprzedających swój pierwszy dom. W kwietniu jego administracja zakazała podwyższania czynszu o więcej niż 10 proc. na osiedlach dla najbiedniejszych, które zbudowano przy wsparciu rządu federalnego. Dotyczy to 2,6 mln mieszkań w całym kraju.

Rząd federalny sygnalizuje też, że będzie naciskać na władze lokalne, by luzowały przepisy, które utrudniają szybką budowę mieszkań i domów. Ale w tej kwestii Biały Dom ma ograniczone pole manewru i głównie może kusić miasta federalnymi grantami na inwestycje.

Michał Kopera // Fot. Emma Thompson / Archiwum prywatne

DOMEK NA DZIAŁCE | Niektórych do reformy przepisów nie trzeba przekonywać. W całym kraju lokalne władze zmniejszają minimalną powierzchnię, na jakiej wolno budować, i zezwalają na stawianie na działkach przybudówek lub małych drewnianych domów. Ich najem może być atrakcyjny dla gorzej zarabiających Amerykanów.

Restrykcje budowlane poluzowały również, po raz pierwszy od 60 lat, władze miasta Boise, stolicy stanu Idaho. Boise zapracowało sobie na miano jednego z najmniej przystępnych cenowo rynków mieszkaniowych. Podobnie jak w teksańskim Austin, to głównie za sprawą uciekających z Kalifornii pracowników branży technologicznej.

Wie coś o tym Michał Kopera, 41-letni naukowiec z wydziału matematyki na Boise State University. Władzom jego uczelni coraz trudniej jest zatrzymać pracowników, których pensje nie nadążają za rosnącymi kosztami życia. Kopera wylicza, że w ostatnich latach na jego wydziale grupa statystyków skurczyła się z pięciu do dwóch osób, a z zaprzyjaźnionego wydziału informatyki odeszło czterech profesorów.

– Trudniej nam też przyciągnąć studentów do pracy przy projektach naukowych. Lukę zapełniają obcokrajowcy, dla których komfort życia ma mniejsze znaczenie, albo miejscowi, którzy nie wyobrażają sobie wyprowadzki z Boise – mówi mi Michał Kopera.

DOBRY MOMENT | Naukowiec ma duże szczęście, bo zdążył z zakupem domu, zanim ceny w Boise wymknęły się spod kontroli. W 2018 r. wraz z żoną Eweliną wzięli kredyt na dom wart 250 tys. dolarów; oprocentowanie wynosiło wtedy ok. 4,5 procenta. Musieli wykupić drogie ubezpieczenie kredytu, bo nie mieli wkładu własnego. Jednak po dwóch latach nie trzeba już było płacić ubezpieczenia, bo wartość domu podskoczyła o 50 tys. dolarów i zakwalifikowano im to jako wkład własny. Dziś ich dom wart jest ok. 440 tys. dolarów.

– Mieszkamy na obrzeżu Boise, ale z dobrym dojazdem do centrum. Dziś moglibyśmy tylko pomarzyć o kupnie domu w tym miejscu. Coraz więcej ludzi wyprowadza się na dalsze przedmieścia i stoi codziennie w korkach, jadąc do pracy – mówi Kopera.

Polak znalazł się w gronie 14 mln pożyczkobiorców w USA, którzy w latach 2020-21 skorzystali na niskich stopach procentowych i refinansowali kredyty hipoteczne. Gdy Biden zaczynał swoją kadencję, średnie oprocentowanie pożyczki na 30 lat wynosiło zaledwie 2,7 procenta. Nic dziwnego, że dziś Ameryka jest wściekła.

PÓJDĄ? NIE PÓJDĄ? | 26-letnia Nikayla Jefferson z San Diego mówi mi, że czuje się opuszczona przez rząd federalny i nie wyklucza, że odpuści sobie głosowanie w listopadowych wyborach prezydenckich. – Jestem z Kalifornii, więc mój głos nic nie znaczy. Tutaj zwycięstwo i tak przypadnie Bidenowi – Nikayla nawiązuje do faktu, że w tym liberalnym stanie głosy elektorskie od dekad zgarniają kandydaci Partii Demokratycznej.

Gorzej dla Bidena, jeśli udział w głosowaniu odpuszczą sobie również ludzie młodzi z tych stanów, w których wynik wyborów nie jest oczywisty; w wielu z nich poparcie dla obu kandydatów jest dziś bardzo wyrównane. Tam też coraz trudniej dogonić American dream.

Autorka jest dziennikarką „Press”.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Najniższa cena przed promocją 29,90 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

Ilustracja na okładce: Przemysław Gawlas & Michał Kęskiewicz dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 27/2024

W druku ukazał się pod tytułem: W pogoni za American dream