Mieszkanie na głowie

Wkład własny do kredytu to pierwsze wymaganie banków. A dla wielu młodych największe wyzwanie pierwszych lat dorosłego życia.

Reklama

Mieszkanie na głowie

Mieszkanie na głowie

10.05.2021
Czyta się kilka minut
Wkład własny do kredytu to pierwsze wymaganie banków. A dla wielu młodych największe wyzwanie pierwszych lat dorosłego życia.
ADAM CHEŁSTOWSKI / FORUM
4

45,1 procent Polaków w wieku od 25 do 34 lat mie­szka z rodzicami, podczas gdy średnia unijna to 28,6. To dwa miliony osób, których nie stać na wyprowadzkę.

Na tysiąc mieszkańców przypada u nas 386 mieszkań. W Niemczech 509, na Węgrzech 456, w sąsiednich Czechach 455. Więcej jest w prawie całej Unii Europejskiej, mniej – jedynie na Słowacji.

Pierwsza opowiada Jagoda. Ma 27 lat i choć mentalnie przeszła wszystkie fazy kredytu hipotecznego, nadal mieszka z ojcem: – To się zaczyna, gdy kończysz studia i idziesz do pracy, ale nadal spotykasz się ze znajomymi ze swojej bańki. Nagle orientujesz się, że wszyscy traktują posiadanie własnego mieszkania jako oczywistość. Niektórzy kupią, by mieszkać, inni chcą wynajmować, ktoś mówi o inwestycji albo zabezpieczeniu na starość, choć ma 25 lat. Ciężko ci się z tego wyrwać, bo wydaje ci się, że to jest tak naturalne jak pójście do...

23701

Dodaj komentarz

Chcesz czytać więcej?

Wykup dostęp »

Załóż bezpłatne konto i zaloguj się, a będziesz mógł za darmo czytać 6 tekstów miesięcznie! 

Wybierz dogodną opcję dostępu płatnego – abonament miesięczny, roczny lub płatność za pojedynczy artykuł.

Tygodnik Powszechny - weź, czytaj!

Więcej informacji: najczęściej zadawane pytania »

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

jest dziś trwalszy niż małżeństwo. Gdyby nie rozwody, nie byłoby tyle atrakcyjnych ofert mieszkaniowych na rynku.

40 lat temu Polska liczyła 40 milionów mieszkańców, w tym duża część młodych, i na okrągło trąbiło się o "problemie mieszkaniowym" - dziś ledwie 38 milionów w tym kilka milionów poza granicami kraju, liczba młodych skurczyła się znacząco, w międzyczasie budowano co roku przez 40 lat nowe domy i mieszkania i co - i dalej problem??... to ciekawe jest

Polska nigdy nie liczyła 40 milionów mieszkańców. Szczytowa wartość ludności kraju to 38,59 milionów z roku 1999. To się nie da tak porównać jeden do jednego: - Na miejsce tych "kilku milionów", którzy wyjechali mamy pracowników min. z Ukrainy - Postępuje urbanizacja a dodatkowo największe ośrodki miejskie przyciągają więcej pracowników. Co z tego, że są mieszkania w Tczewie czy Elblągu, skoro brakuje w Gdańsku? - Mamy inną strukturę ludności, populacja jest starsza. Zmniejszyła się średnia wielkość gospodarstwa domowego. - Zwiększył się minimalny standard mieszkaniowy. W PRL nikt nie myślał, że dzieci powyżej 10 lat powinny mieć oddzielne sypialnie.

Mam własne mieszkanie z lat 60. Wyremontowane wspólnymi siłami z narzeczonym. Za parę lat planujemy dziecko. Mieszkania oczywiście nie kupiłam, dostałam od rodziców, ale mam niesamowite zabezpieczenie, start w dorosłość. Mogę się zająć planowaniem życia, mogę wyjść za mąż, planować dzieci. Na to wszystko nie mogą sobie pozwolić moi starsi znajomi, którzy wynajmują za 2-3 tysiące i czekają. Czekają na cud.

25 lat miałem dość dawno temu - zapewniam Panią, że teraz młodym startuje się o niebo łatwiej, cuda do takich wzlotów nie są potrzebne - ja dla przykładu coś tam owszem dostałem od rodziców, bo u nas zasadą taka była metoda na życie, że dzieci nie dla własnej przyjemności i do pomocy ale obowiązkiem są dla taty i mamy więc harowali i odkładali sobie od ust odbierając zamiast na wczasy jeździć i malucha tankować, ale prócz tego sam zakasałem rękawy i wziąłem się jak wielu rówieśników do roboty ostro, trochę za chlebem po świecie musiałem pojeździć, bez skype'ów i komórek, na nielegalu rzecz jasna, no i żyję i chwale sobie życie, i naprawdę nie mogę zrozumieć tych dzisiejszych młodych narzekaczy - 'głodu i ruskich wszy brakuje', zna Pani takie powiedzenie? [p.s. dług od rodziców zaciągnięty swoim dzieciom z nawiązką spłaciłem]

I choć próbowałam zawsze iść po linii największego oporu (trudniejsze studia,języki, stypendium, wakacyjne praktyki, w końcu niezła praca) do dziś nie miałabym gdzie kołyski wstawić, gdyby nie pomoc rodziców (a czas na kołyskę raczej mi już mija).Niby kończymy właśnie spłacać własną kawalerkę ale: 1. To tylko 34m - zbyt mało na rodzinę z dziećmi 2.Spłacili nam to najemcy - sami musielibyśmy nie jeździć na wakacje (o krajowej agroturystyce myślę), dzieci na zajęcia nie posyłać, chodzić na nogach i jeść wyłącznie najtańsze produkty. Tak się żyje w tym kraju i na lepiej się nie zapowiada- młodzi mają owszem większą niż kiedyś szansę wyjechać, tylko nie wiem czy znajdą później powód żeby wrócić. Nie róbmy z naszych dzieci towaru eksportowego.

kiedy pod koniec lat 80-tych w końcu z paszportem i amerykańską wizą wsiadłem do samolotu do NY, myśli pani, że jak się czułem? że jak towar eksportowy?... no nie, proszę Pani, poczułem się pierwszy raz w życiu jak człowiek prawdziwie w o l n y - byt określa świadomość, proszę Pani, tej wolności raczej nikt z młodych sobie dziś nie ceni z tego co obserwuję, albo się wręcz na nią jak Pani obraża czy próbuje wyśmiewać, "nie czyńmy z naszych dzieci..." - dzieci niech robią co za stosowne uważają, ich życie ich decyzje i odpowiedzialność za nie - ja po saksach wróciłem do Polski i nie żałuję, jest mi tu dobrze i bez wątpienia lepiej niż wielu znajomym co na emigracji zostali, bo dość wcześnie pojąłem, że człowieka zadowolenie z życia mieści się w głowie a nie w garażu czy portfelu, proszę Pani, żeby to zrozumieć owszem pomocna jest perspektywa czasowa, ona także ma wielki wpływ na świadomość, i będzie Pani z pewnością dziwiła się na starość młodym narzekającym na to, co dla Pani wydawało się celem niedoścignionym- [p.s. nic złego w pomocy rodziców dla dzieci, wręcz przeciwnie uważam...]

Nie próbuję wyśmiewać czy obrażać dążenia młodych do wolności czy eksploracji świata ale mam przykrą refleksję, że sposobem zbyt wielu decydentów i zbyt wielu zwykłych obywateli (tu bym widziała pewnie i Pana) jest wzbudzanie aktywności społecznej młodych przez bardzo krótkowzroczne "niech jadą". I nie o kształcenie tu chodzi. A ja mam dzieci i nie uśmiecha mi się ten kurs. Mimo że przygotowuję je do pracy w świecie, wolałabym żeby uniknęły emigracji jako jedynego sposobu ułożenia sobie życia. Połowa mojego podwórka z tego sposobu skorzystała - wyjechali na różnych etapach życia jako wykształceni specjaliści albo tania siła robocza - po ułożeniu życia za granicą nie są już w stanie wrócić. Bezpowrotnie straciliśmy ok połowy wyżu demograficznego lat 80-tych a teraz wprowadzamy lipne programy pro-demograficzne, które nie mają już szansy chwycić. Tymczasem trzeba myśleć jak stworzyć ludziom szanse na życie tutaj - na pracę, na mieszkanie, na żłobek i przedszkole, które mieści się w budżecie młodej rodziny- wtedy pojawią się dzieci. Europa już dawno to zrozumiała i nasze dzieci rodzą się poza granicami Polski. Tymczasem my mamy potencjał, którego używamy przeciwko sobie - szał budownictwa, na które i tak nie stać młodych - najbardziej potrzebujących jest świetnym dowodem. A co do szczęścia, to zrozumienie, że nie leży ono w garażu nie jest szczególnym wyczynem. Warto natomiast powiedzieć, że istnieje pewne minimum zaspokojenia potrzeb, bez którego nie da się żyć w szczęściu, bez poczucia frustracji - osoby startujące w samodzielne życie mogą tu najwięcej powiedzieć, zwłaszcza te które startują z niższego pułapu zamożności rodziców. Opisane przez Pana poczucie wolności przy wyjeździe na Zachód towarzyszyło wtedy wielu emigrantom (i ich rodzinom)- pamiętam wrażenie jakie robiła kolorowa widokówka z Californi kontrastująca z szarością PRL. To był inny świat. Dzisiejsze wyjazdy na plantacje warzywne do Francji czy Niemiec, albo comiesięczne rejsy do Skandynawii, kiedy w domu czekają "drobne dzieci" nie tchną już wolnością. Może młodzi nie cenią wolności bo jej w tym nie ma? Rodzi się natomiast pytanie czy tego kraju nie stać na zagospodarowanie potencjału młodziaka żeby nie musiał wyjeżdżać. Mam wrażenie że od tego właśnie zależy nasza przyszłość jako kraju, od umiejętności stworzenia młodym miejsca do życia.

musi Pani wybrać co dla Pani najważniejsze - albo ona sama z dziećmi pod ręką, albo wolność i samodzielność dzieci, które sobie losy tak poukładają, jak je rodzice wolności i samodzielności nauczyli, albo wreszcie sytuacja demograficzna kraju - wszystkiego się nie da pogodzić a jak się za dużo do głowy weźmie to i ze spaniem gorzej - no i na koniec rada dobra: kiedy już Pani zaczyna w depresję wpadać przerażona tragicznymi warunkami życia w RP proszę spojrzeć w dół, daleko pod Panią być może uda się dostrzec podstawę piramidy cywilizacyjnej, na której szczycie Pani i Pani dzieci się znajdują - a w niej miliardy, m i l i a r d y proszę Pani... [p.s. a z tą agresją to Pani delikatnie przesadziła... ㋡ ]

Jedynym sensownym rozwiązaniem problemów mieszkaniowch jest wprowadzenie podatku katastralnego, od np 3 nieruchomości. Skończyłoby się kupowanie po 5 mieszkań na kredyt, bo wynajmie się i kredyt sam się będzie spłacał, dla funduszy inwestycyjnych też byłaby mniej interesująca inwestycja przy której trzeba płacić dodatkowy podatek. Teraz mieszkanie traktowane jest jako inwestycja, Ci co mają duże zasoby kupują jeszcze więcej windując ceny tym, co mają mało. Mieszkanie to nie takie samo dobro jak złoto, akcje czy obligacje, każdy gdzieś musi mieszkac. Rozumiem jeszcze sytuację, że ktoś ma 3-4 mieszkania, bo odziedziczył z jednej i drugiej strony, ale jak ktoś posiada kilkadziesiąt mieszkań, które stoją puste (bo zaraz ich cena przez spekulacje wzrosnie o 20-30%) albo przeznaczonych na wynajem krótkoterminowy to zastanawiam się komu ma to służyć, bo na pewno nie służy ogółowi. Centra miast się wyludniają, bo ludzi nie stać na zakup mieszkania tam, przenoszą się na przedmieścia i stoją w tych kilometrowych korkach, a tymczasem turyści mający pełno czasu wolnego, nie związani z miejscem korzystają z wszelkich udogodnień jakie oferuje centrum miasta. Przecież to jest absurd. Pomijam już tu aspekt socjologiczny, budowania społeczności i dabania o otoczenie. A i argument, że koszty podatku katasralnego zostałby by przerzucone na najemców, no gdyby nagle zostały uwolnione te mieszkania, co stoją puste to nie wiem czy byłoby tak dużo chętnych na płacenie wysokiego najmu.

obniżenie popytu ze strony inwestujących w sposób oczywisty zmniejszy podaż, co za tym idzie liczbę mieszkań - a ceny nie mają z tym procesem wiele wspólnego, dyktują je głównie takie czynniki jak koszty budowy, koszty kredytów, oprocentowanie lokat i inflacja, przy ograniczonej podaży ceny najmu musiałyby rzecz jasna także pójść w górę - proszę nie czekać na oklaski od wynajmujących :)

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]