Koty wiedzą lepiej

Trzy centymetry na sekundę. Tyle wynosi prędkość głaskania optymalna dla receptorów w ludzkim organizmie ustalona przez czołową specjalistkę w dziedzinie „afektywnego dotyku” z uniwersytetu w Liverpoolu.
Czyta się kilka minut
 / ISTOCK / GETTY IMAGES
/ ISTOCK / GETTY IMAGES

Dowiedziałem się o tym przy okazji myszkowania po tekstach, od których zaroiło się w związku z ogłoszoną przez brytyjski rząd kampanią zwalczania samotności jako choroby społecznej.

Będzie mi brakować wyspiarzy po brexicie z mnóstwa powodów: absurdalnego poczucia humoru, które daje człowiekowi umiarkowanemu schronienie przed solenną nudą własnej przyzwoitości. Swego rodzaju bezczelnej łatwości politycznego działania – bez niej Karol Marks pozostałby tylko kolejnym z łańcucha drętwych mędrków, których się zapomina wraz z piwem wypitym dla uczczenia zaliczonego kolokwium z niemieckiej filozofii idealistycznej. Zabraknie mi też tej anomalii w strukturze władzy: oto rodzina zajmująca przez zasiedzenie posadę głowy państwa zasysa dla siebie cały blichtr – wszyscy poniżej, od premiera w dół, nie aspirują więc do majestatu i żyrandoli, lecz bardziej są skłonni do zarządzania przyziemnością. Czasami nawet aż za bardzo zarządzają, powołując np. ministerstwo do spraw samotności. Takie rzeczy tylko na Wyspach.

Samotność – dotykająca nawet jedną piątą populacji – to zjawisko, jak głosi rząd Theresy May, równie szkodliwe dla zbiorowości, co otyłość dzieci. Od tego roku lekarze pierwszego kontaktu mogą zapisywać udział w grupach terapeutyczno-zajęciowych osobom, u których wykryją samotność. Gotowanie, tańce, chóry, dzierganie... Do wyławiania potencjalnie „chorych” zaangażowano listonoszy, mających lepsze rozeznanie w życiu lokalnej wspólnoty niż policjant czy proboszcz (tego ostatniego przeważnie już nie ma).

Zaraz o swój udział i porcję z 20-milionowego budżetu antysamotniczego odezwali się specjaliści żyjący zawodowo z głaskania. Bo w świecie, który wyrugował jako rzecz bliską niemal molestowania wszelką formę dotyku poza rodziną i związkami intymnymi, przytulanie i głaski stają się przedmiotem biznesu terapeutycznego. Powstało wiele „klinik”, gdzie za odpowiednią opłatą można sobie wybrać z szerokiego menu rodzaj kontaktu i dowiedzieć się, jak bardzo to jest egzystencjalnie ważne, by poczuć na skórze dotyk i ciepło drugiego osobnika.

Wszystko tu jest, jak mi się niefachowo wydaje, powiązane i przypomina ów socjalizm z bon motu Kisiela: bohatersko walczący z problemami, które sam stworzył. A starczyło uważnie obserwować własnego kota. Zwierzę to ma przesadnie dobry PR, jest w istocie oportunistą, leniem, tchórzem, złodziejem i morderczym zbirem o inteligencji ściśle manipulacyjnej, o tyle godnej podziwu, że to my, rzekomy „właściciel”, stanowimy najprostszy przedmiot manipulacji. A co jest naczelnym jej celem? Wcale nie pełna miska, bo jedzenie można zawsze ukraść. Jest coś jeszcze ważniejszego, co kot na nas wymusza: pieszczoty i dotyk. Nawet mając w domu koty w liczbie mnogiej, które zapewniają sobie trochę wzajemnej troski, człowiek bywa regularnie manipulowany, aby je głaskać, smyrać, miętosić i tulić.

Niezależnie od tego, że to po prostu miłe, koniecznie trzeba to robić, bo tylko tak możemy wynagrodzić fakt, że trzymamy zwierzę w niewoli i karmimy czymś obrzydliwym, jeszcze do tego spreparowanym, by podjudzić na te sztuczności apetyt. Ilekroć miałem pomysł, aby opisać obecność któregoś z sześciu kotów w mojej kuchni, to wstyd mnie ogarniał. Każdy z nich miał swoje małe febliki, jeden lubił oliwki, drugi żółty ser, trzeci wylizywał resztki kawy, czwarty wydłubywał groszek z puszki, prawie wszystkie kochały masło, biały ser i tłuszczyk z boczku na patelni. Tylko niektóre wiedziały, co począć z surowym mięsem, a niektóre wręcz się go brzydziły – co nie jest jednak dobrym usprawiedliwieniem dla tych puszek, saszetek, torebek z chrupkami, jakie im przez lata wsypywałem do miski. Z łososiem czy z królikiem? I tak całe ich 15-letnie życie – wybór między dwoma-trzema smakami, równie umownymi jak rzeczywistość, do której trafiła Alicja po wypiciu mikstury. Niektóre „potrawy” najdroższych marek premium przypominają zapachem i smakiem konserwy dla ludzi, ale to nie ja mam tu być arbitrem smaku.

A może one rzeczywiście stoją wyżej od nas na drabinie rozumu i godzą się z marnością żarcia, bacząc jedynie, by uzyskać od nas słuszną ilość dotyku, prawdziwej strawy dla ciała i duszy? Platoniczny dotyk: zadbajmy o niego. Bo znając skuteczność naszego państwa, to może i lepiej, że nigdy nie powoła ministerstwa samotności. ©℗

To wstydliwe, ale przecież każdy próbował karmy dla kota, prawda? Chcąc jednak zjeść pasztet, nie sięgajmy ani po kocią puszkę, ani ludzką, bo można łatwo zrobić swój. O pasztecie z drobiowych wątróbek na sposób toskański już kiedyś pisałem. A oto ciekawy wariant wegetariański: dusimy na oliwie posiekaną szalotkę, dodajemy 250 g oczyszczonych i posiekanych pieczarek, podlewamy 50 ml białego wina, odparowujemy, zmniejszamy ogień, dodajemy sól, pieprz i tymianek, dusimy 10 minut. Po wystudzeniu miksujemy z 40 g orzechów włoskich i 100 g serka typu filadelfia.

A ponadto, na cześć jednego z moich kotów (zjadacza oliwek), jeszcze przypomnienie zielonej tapenady: odciskamy bardzo dokładnie na sicie zielone oliwki bez pestek z ich słoikowej zalewy (jest przykra w smaku), miksujemy je razem ze sporą ilością oliwy (ok. 3 łyżki na 100 g), paroma kaparami, tymiankiem i posiekaną natką pietruszki. Ilość oliwy musi być taka, żeby udało się w miarę gładko to zmiksować, choć ja lubię „szorstką” fakturę smarowidła. Jeśli dla kogoś smak jest za ostry, można przed posmarowaniem kanapek dodać szczyptę cukru pudru.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

Ilustracja na okładce: Przemysław Gawlas & Michał Kęskiewicz dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 48/2018