Kostka stuścienna w zenicie

Oglądam mundial namiętnie i myślę o tym, czego nie widać.
Czyta się kilka minut

Niekoniecznie o sterującym Diego Maradoną Carlosie Bilardo, niekoniecznie o naszych orłach sensu stricto (ci to by dopiero pokazali!) i niekoniecznie o południowoafrykańskich telerealizatorach, w iście hollywoodzkim stylu podkręcających napięcie zwolnionym tempem zbliżeń ust rozgoryczonych piłkarzy wypowiadających we wszystkich możliwych narzeczach wyraz, którego sens można z grubsza streścić tak: "Jaka szkoda, że tym razem mi nie wyszło, ale trudno, tak bywa, to przecież tylko sport, zresztą spróbuję lepiej przylutować następnym razem, wszak kolejna okazja już za cztery lata".

Niekoniecznie myślę o występach redaktora Babiarza, który zaprasza do studia gości po to, aby im natychmiast przerwać, efektownie zdjąć okulary i zaprosić na emocjonujące jutro. Redaktor o tyle ma rację, że jutro tak czy owak będzie emocjonujące, jakoś tak bowiem się składa, że ten mundial po prostu jest frapująco spektakularny, z Babiarzem i choćby mimo Babiarza. To wszystko widać, ale ja myślę o historii podwodnej, o zakulisowym aspekcie widowiska. O garderobach, czyli szatniach, do których (dzięki Bogu) kamer dotąd nie wpuszczono. O funkcjonowaniu zbioru indywiduów bardzo podejrzanej niekiedy proweniencji, o tzw. chemii (bądź jej braku), o ucieraniu się w zespół.

Zespół - oto słowo kluczowe dla widowiska. Monodram pomijam, monodram to wybryk natury, monodram to na boisku wyjątek potwierdzający regułę zespołowości, podobnie jak "ręka Boga" jedynie podkreśla atrakcyjność piłki nożnej. Oglądam mundial i myślę o świecie widowisk, o wszystkich zakulisowych pseudoprzypadkowych drobiazgach, które określają jakość spektaklu - dzieła zbiorowego. Boże igrzysko czy igraszki losu? Kciuk w górę czy w dół? Mam jakże przyjemny obowiązek pouczyć się u najlepszych, nawet uczenie się na błędach jest obłędnie bezbolesne, gdyż są to błędy absolutnie cudze, błędy Fabio Capello czy Marcello Lippiego (żeby wymienić tylko dell’arte). Taka okazja nadarza się raz na cztery lata, więc jest po wielokroć wartościowa, nie da się porównać z cosezonowym terminowaniem u Don José. Do tego dochodzi nostalgicznie widowiskowy element państwowotwórczy ? la starcie cywilizacji. W związku z tym w napięciu wpatruję się w usta graczy podczas grania hymnów. Śpiewa czy nie śpiewa? Co mu w duszy gra? Zna słowa czy tylko onomatopeizuje? Żuje gumę? Znacząco milczy? Recytuje Koran? (Tak, jest taki. Nie, nie z Francji).

Generalnie, piłkarze kopią dla ojczyzny, która jest najważniejsza (zaraz po klubie). Więc patriotyzm. Brawo. Patriotyzm przyciągnął na stadion aktualnego wiceprezydenta i byłego prezydenta USA, choć przecie Obama jest ambitniejszy, nawet na mecz z Ghaną się nie skusił, w związku z czym go nie widać. Ameryka rządzi, ale Południowa. Co z tą Europą? Już wkrótce Sarkozy zaprowadzi w wyeliminowanej szatni Francuzów spokój niby na przedmieściach Paryża, a wyeliminowana telewizja KRL-D przeprowadzi z tego wydarzenia transmisję "na żywo". My na szczęście odpadliśmy w przedbiegach. Zostali Słowacy. Zostali sędziowie. Cuda, cuda ogłaszają. Jabulani, jabulani. Rzut kostką stuścienną. Mundial w zenicie.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Najniższa cena przed promocją 29,90 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

Ilustracja na okładce: Przemysław Gawlas & Michał Kęskiewicz dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru TP 27/2010