Partie polityczne w trakcie kampanii obiecały Polakom zmniejszenie składki zdrowotnej. Zgoda, nie wszystkim: obietnica dotyczy w zasadzie jednej grupy, czyli przedsiębiorców, w których przypadku Polski Ład przyniósł odczuwalny, a w niektórych przypadkach gwałtowny i niekiedy absurdalny wzrost obciążeń. Pomysł, by składką zdrowotną były obciążone przychody np. ze sprzedaży ruchomości, jest przykładem pójścia w poszukiwaniu pieniędzy na zdrowie nie o jeden, ale o wiele mostów za daleko.
Źle zadane pytanie
To jednak nie zmienia faktu, że politykom snu z powiek nie powinno w tej chwili spędzać poszukiwanie odpowiedzi na pytanie, jak i o ile zmniejszyć obciążenia składkowe, ale – skąd wziąć pieniądze na ochronę zdrowia. Bo system, od lat dławiony deficytem finansowania, balansuje na granicy.
Scenariusz, w którym Narodowy Fundusz Zdrowia nie będzie mógł zapewnić dotychczasowego poziomu dostępności do świadczeń, staje się coraz bardziej realny. Zresztą, nikt tego specjalnie nie ukrywa.
Przelewy coraz bardziej spóźnione
Dosłownie kilka dni temu, podczas spotkania ministry zdrowia Izabeli Leszczyny z przedstawicielami samorządów i szpitali samorządowych, dyrektorzy tych placówek usłyszeli, że Fundusz nadal zamierza płacić za świadczenia nielimitowane (m.in. onkologiczne i pediatryczne) według dotychczasowych zasad, natomiast szpitale, decydując się na realizowanie pozostałych świadczeń (czyli tych, w których kontrakt narzuca limit, albo tych, które są ujęte w szpitalnym ryczałcie), muszą przeanalizować swoją sytuację finansową.
Co to oznacza? NFZ, najprawdopodobniej, będzie płacić z jeszcze większymi opóźnieniami i nie całą kwotę, ale jej część. Jeśli w ramach limitu za operację płaci 100 proc., za wykonaną poza limitem zapłaci, na przykład, maksymalnie 40 proc. Biorąc pod uwagę dość powszechnie znany fakt, że duża część świadczeń finansowana jest na granicy lub wręcz poniżej kosztów, łatwo można sobie „dośpiewać”, co będzie dla pacjentów oznaczać realizacja tej zapowiedzi. Szpitale przestaną być zainteresowane wykonywaniem świadczeń, za które będą mogły odzyskać tylko część pieniędzy – kolejki do badań i zabiegów raczej się przez to nie skrócą. Odwrotnie, można się spodziewać ich wydłużenia.
Zwłaszcza że Ministerstwo Zdrowia zapowiada wielką operację transformacji szpitalnictwa. Jest ona wpisana w Krajowy Plan Odbudowy, w którym poprzedni rząd „obiecał” Komisji Europejskiej (może nie wprost, ale sens zapowiedzi był właśnie taki) faktyczną likwidację części nierentownych szpitali. Obecny rząd mówi, że likwidacji nie będzie, będą natomiast takie zmiany, które sprawią, że szpitale staną się rentowne. Jednak przy obecnym poziomie finansowania minister zdrowia musiałby mieć w rękawie asa na miarę Harrego Houdiniego – a nic nie wskazuje, by w ekipie ministerialnej był tej miary iluzjonista. Szpitale będą więc liczyć każdy grosz i będą (jeszcze) mniej skłonne do leczenia pacjentów „na kredyt”.
Unijny parias
Trudno się więc dziwić obawom tych, którzy najlepiej wiedzą (bo widzą), jaka jest sytuacja systemu ochrony zdrowia. Stąd apel ponad dwudziestu organizacji pacjentów oraz Porozumienia Rezydentów OZZL do premiera Donalda Tuska o powrót do dyskusji na temat finansowania ochrony zdrowia i znowelizowania ustawy przychodowej, która w tym momencie „gwarantuje” 7 proc. PKB na zdrowie w 2027 roku. Cudzysłów uzasadnia fakt, że ustawa uchwalona w 2017 roku (w wersji 6 proc.) niczego nie gwarantuje, przede wszystkim dlatego, że odnosi wydatki na zdrowie z bieżącego roku do PKB sprzed dwóch lat.
Dlatego, między innymi, obecnie możemy się cieszyć, patrząc w ustawę, że w 2024 roku poziom wydatków na zdrowie sięga już 6,2 proc. PKB, tymczasem oscyluje on faktycznie na granicy 5,3-5,4 proc. Gdy dodamy, że średnia dla krajów UE wynosi ok. 8 proc. (mowa o wydatkach publicznych), mamy pełny obraz sytuacji i potwierdzenie, że Polska w tym obszarze jest unijnym pariasem. Odstajemy nie tylko od najzamożniejszych krajów „starej Europy”, ale też – o nieustający wstydzie – od Czech, które już zniwelowały dystans i finansują ochronę zdrowia na poziomie średniej unijnej.
Partyjne obietnice
Organizacje pacjentów wyrażają też głęboki niepokój samym faktem, że partie polityczne w ogóle biorą pod uwagę rozwiązania zmierzające do zmniejszenia przychodów ze składki. Nie uspokaja ich – słusznie – mglista zapowiedź, że ewentualny ubytek w budżecie NFZ zrekompensuje budżet państwa. W myśl starego porzekadła z czasów słusznie minionych, gdy rządziła jedna partia (nie, nie PiS): „Jak partia mówi, że nie da, to nie da. A jak mówi że da, to mówi”.
Bo niestety, są wszelkie powody, by myśleć – niezależnie od tego, jaka partia (koalicja) rządzi, że w tej chwili z tą rekompensatą byłoby bardzo podobnie. Choćby dlatego, że za kilka dni – wszystko na to wskazuje – Polska zostanie objęta procedurą nadmiernego deficytu, co w znaczący sposób utrudni transfery z budżetu państwa.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.



















