Kłopoty z komunikacją

W odróżnieniu od Żydów, Palestyńczycy usłyszeli od Papieża właściwie wszystko, czego oczekiwali. Co nie oznacza, że Benedykt XVI zdecydował się poprzeć jedną stronę konfliktu.

19.05.2009

Czyta się kilka minut

Chyba po raz pierwszy w historii papieskich pielgrzymek można było odnieść wrażenie, że podróż odbywa się pod dwoma różnymi hasłami. "Tu es Petrus" - cytat z Ewangelii, wkomponowany w logo przedstawiające Jezusa i rybaka z Galilei, widniał na plakatach przygotowanych przez chrześcijan zamieszkujących Ziemię Świętą. "W duchu jedności i pokoju" - tym hasłem opatrzono materiały przygotowane przez biuro prasowe pielgrzymki, które organizował izraelski rząd. I nie ma w tym nic zaskakującego. Przecież Papież przyjechał do miejsca, gdzie trudno o jakiekolwiek porozumienie, a wielu widzi i słyszy tylko to, co chce zobaczyć i usłyszeć.

Również dlatego niemal każde wystąpienie Benedykta XVI obrastało w dziesiątki komentarzy, czasem zmieniających jego sens i znaczenie; odrywało się od intencji autora i przesączało przez osobiste doświadczenia i opinie każdego słuchacza.

Śmiech taksówkarza

Sara, gdy widzi zawieszoną na szyi akredytację prasową, od razu chce porozmawiać o pielgrzymce. Mówi płynną niemczyzną, nieskazitelną gramatycznie, choć z hebrajskim akcentem. Ale zanim przejdziemy do Papieża, Sara - jak zresztą wielu Żydów - ma potrzebę opowiedzieć, jak znalazła się w Izraelu.

Jej ojciec wyjechał z Niemiec w 1934 r. Matka uciekła stamtąd trzy lata przed wybuchem wojny. Ale dziadkowie, Otto i Frieda, postanowili zostać. - Za Kaisera byłem żołnierzem, biłem się na froncie. Nie mam się czego bać - powtarzał Otto.

Przez wiele lat rodzina żyła w przekonaniu, że zginął w Birkenau. - Ale to wcale nie była prawda - mówi Sara. - Ordnung muss sein, jak to w Niemczech. Dzięki temu znalazła się lista transportowa z nazwiskiem dziadka. Wiem, pod którym numerem został zarejestrowany, w którym był wagonie i która była godzina, gdy dojechał do Treblinki. Mogę nawet w przybliżeniu obliczyć, kiedy został zamordowany, bo od wjazdu transportu do zagazowania mijały maksymalnie dwie godziny.

Sara ma w centrum Jerozolimy sklep dla dzieci, raz do roku jeździ do Norymbergi na targi zabawek. Czuje się tam dobrze, przyjaźni się z Niemcami, ale historia to historia. Dlatego czekała na przemówienie Papieża w Yad Vashem.

- Chciałam, żeby powiedział coś od siebie, coś o swoich młodych latach. Chciałam usłyszeć, co dziś myśli o tym, że musiał nosić mundur tych, którzy zabijali Żydów - tłumaczy Sara. - Ale nic takiego nie zrobił. Szkoda. Zmarnował okazję.

Innego zdania jest Rashid, Palestyńczyk, ojciec siedmiu córek i pięciu synów, pobłogosławiony przez Allaha dwudziestoma dwoma wnuczętami, z którym okrężną drogą, by ominąć zablokowane przez wojsko i policję ulice, jedziemy do checkpointu przy Betlejem.

Rashid urodził się i mieszka na jerozolimskim Starym Mieście. Miał osiemnaście lat, gdy w 1967 r. izraelscy spadochroniarze, uderzając na Jordańczyków od strony Ogrodu Getsemani, sforsowali Bramę Lwów i odbili Mur Zachodni. Kiedy pytam, jak ocenia wizytę Papieża, zanosi się tubalnym śmiechem. - Ależ się Żydzi zezłościli - cieszy się Rashid. - No, o Papieżu mówię. Nie widziałeś, jak się wkurzyli, gdy dał im popalić w tym Yad Vashem?

A co z historyczną wizytą Benedykta XVI w Kopule na Skale, jednym z najświętszych dla wyznawców islamu miejsc, którego progów nie przekroczył dotąd żaden papież?

- Nie ma się co dziwić, muzułmanie są bardzo gościnni - objaśnia Rashid. - Nasza religia nakazuje, żeby każdego przybysza podejmować z szacunkiem. Gdybym przyjechał do Rzymu, liczyłbym na podobne przyjęcie - znowu się śmieje, ale po chwili się zasępia. - Szkoda tylko, że potem poszedł pod Ścianę Płaczu. Nie powinien legitymizować okupacji.

"Legitymizować" - dziwnie brzmi to słowo w ustach taksówkarza. Ale akurat w tym regionie świata nawet kierowca zna się na meandrach prawa międzynarodowego, na rezolucjach ONZ i na tym, co Żydom i Palestyńczykom chciał powiedzieć Papież.

Ryzyko Papieża

Rozczarowanie, krytyka, kontrowersje, polemiki, niedopowiedzenia, nieporozumienia, sprostowania, pomyłki, błędy w tłumaczeniu, a na samym końcu nawet łamana angielszczyzna watykańskiego rzecznika. Debata wokół wystąpienia Benedykta XVI w Instytucie Bohaterów i Męczenników Holokaustu Yad Vashem potwierdziła, że ostatnio w Kościele, zwłaszcza w dialogu z Żydami, mamy kłopoty z komunikacją.

Trzeba przyznać, że Papież - zanim zdołał otworzyć usta - znalazł się w położeniu nie do pozazdroszczenia. Lista spraw, których poruszenia oczekiwała żydowska opinia zarówno w Izraelu, jak i diasporze, była długa. Chodziło m.in. o potępienie negacjonizmu głoszonego przez prezydenta Iranu; o prośbę o przebaczenie za antysemityzm i przemoc wobec Żydów, których dopuszczali się katolicy; o wskazanie na związek, niekoniecznie zresztą bezpośredni, między oskarżaniem przez wieki Żydów o śmierć Jezusa a nazistowskim rasizmem; o osobistą refleksję Papieża nad jego młodością w III Rzeszy i nad odpowiedzialnością narodu niemieckiego za Holokaust; o nawiązanie do postaci Piusa XII, którego oskarża się o milczenie w obliczu Shoah.

Było oczywiste, że Benedykt nie może zadośćuczynić wszystkim tym oczekiwaniom. Odpowiadając na krytykę wystąpienia Papieża w Yad Vashem, ks. David Neuhaus, wikariusz generalny Patriarchy Łacińskiego Jerozolimy dla katolików języka hebrajskiego, podkreślił, że w Izraelu "mamy problemy z komunikacją. Ludzie z góry wiedzą, co chcieliby usłyszeć. Kłopot tkwi w tym, że gdy ktoś mówi im coś innego, przestają słuchać".

To jedna strona medalu. Ale jest i druga. Bo wygłaszając w Sali Pamięci przemówienie oparte na biblijnych i teologicznych rozważaniach, Benedykt XVI wiele zaryzykował. Zaproponował bowiem słuchaczom zupełnie inną optykę, a milczeniem pominął niemal wszystkie ich oczekiwania - poza potępieniem negacjonizmu, gdy o ofiarach Zagłady powiedział: "Niech nigdy ich cierpienie nie będzie negowane, dyskredytowane czy zapomniane". Na dodatek zrezygnował z wątków osobistych, przez co siłą rzeczy przemówienie musiało wypaść urzędowo i beznamiętnie.

Papież zaryzykował, ale trudno się oprzeć wrażeniu, że był zaskoczony tak chłodnym, nieraz wręcz niechętnym przyjęciem swoich słów. Następnego dnia do biura prasowego przyjechał rzecznik Watykanu, aby na ad hoc zorganizowanej konferencji odnieść się do stawianych Benedyktowi zarzutów. Ks. Federico Lombardi tłumaczył, że Papież nie widzi sensu w kopiowaniu tego, czego w imieniu Kościoła dokonał Jan Paweł II, a jednocześnie - nie zamierza powtarzać wątków już przez siebie poruszanych. Rzecznik przypomniał, że o problematyce nazizmu, Niemców i Holokaustu Benedykt mówił m.in. podczas wizyty w synagodze w Kolonii w 2005 r. i podczas pielgrzymki do Polski, w Auschwitz-Birkenau. O ofiarach Shoah, potępiając antysemityzm, mówił także tuż po przylocie do Izraela, na lotnisku im. Dawida Ben-Guriona. Ks. Lombardi sugerował, aby zamiast tropić braki - wczytać się w sens przemówienia z Yad Vashem.

I tu docieramy do sedna. Benedykt XVI, jak przystało na uniwersyteckiego wykładowcę, którym w głębi duszy chyba pozostanie na zawsze, spodziewa się, że jego słowa będą odczytywane w kontekście całego Magisterium, wypowiedzi poprzedników, ze szczególnym uwzględnieniem Jana Pawła II, a także jego własnych wystąpień. Chciałby snuć wysublimowaną narrację i powoli budować wielką bibliotekę kościelnego nauczania. Ale trudno mieć nadzieję, że podobny styl trafi do ofiar i ich potomków.

Poza tym świat zmierza w przeciwnym kierunku - w kierunku wyrazistych cytatów, które można zawrzeć w dziennikarskich headlines; w kierunku reporterskich migawek, które w symbolicznym, kilkusekundowym geście zamkną całą głębię przesłania. Nieprzypadkowo powtarza się, że Benedykt XVI jest papieżem słowa, którego czytać należałoby w skupieniu i po wielokroć, bo w przeciwnym razie zagubi się sens jego wywodu, podczas gdy Jan Paweł II był papieżem gestu, obdarzonym intuicją i charyzmą proroka.

Joseph Ratzinger stara się przywrócić choćby odrobinę blasku z minionych epok namysłu i intelektualnych niuansów. Tymczasem coraz liczniejsza część ludzkości ogranicza czynność czytania i pisania do krótkich wiadomości tekstowych, liczących maksymalnie 160 znaków. Dobrym przykładem nieprzystawalności tych dwóch żywiołów było przemówienie w Ratyzbonie, gdy we wrześniu 2006 r. Papież zacytował słowa cesarza Manuela II Paleologa o Mahomecie. Był przekonany, że wypowiada się na prawach cytatu, który stanowi jedynie błyskotliwy wstęp do właściwego wykładu o relacjach między wiarą i rozumem. Tymczasem w mediach rozpętała się wielomiesięczna debata, czy Benedykt XVI obraził wyznawców islamu.

Oczywiście, nie należy oczekiwać od Papieża, że podda się naciskowi współczesności. Namiestnik Chrystusa może być znakiem sprzeciwu także w kulturowym, a nie tylko w moralnym sensie. Ale trzeba liczyć się z tym, że w konfrontacji ze światem, którego kołem zamachowym są media, Benedykta czeka jeszcze niejedno gorzkie rozczarowanie, zaś na wspólnocie Kościoła spoczywa obowiązek, by papieskie przesłanie głęboko interpretować, cierpliwie wyjaśniać, a gdy zachodzi potrzeba - również uzupełniać.

Pomyłki rzecznika

Na dodatek zwykle dobrze naoliwiona watykańska maszyneria raz po raz się zacina. Do papieskiego wystąpienia w Yad Vashem wkradł się np. błąd z perspektywy chrześcijan może mało istotny, ale dla Żydów bolesny. Benedykt XVI mówił o zabitych (killed), a nie pomordowanych (murdered). Pierwsze słowo pozbawione jest ładunku emocjonalnego, zabitym można być np. w wypadku samochodowym. Murdered niesie ze sobą wiele kluczowych z żydowskiego punktu widzenia domyślnych znaczeń, np. zakłada niewinność ofiary i odpowiedzialność oprawcy. Wprawdzie wielu Izraelczyków uznało, że za tym semantycznym quid pro quo nie kryła się zła wola Papieża, ale komentatorzy zachodzili w głowę, jak watykańscy eksperci mogli to przeoczyć.

Zresztą na niekorzyść Papieża zadziałał także inny błąd, który z kolei wkradł się do tłumaczenia na hebrajski. Kiedy Benedykt mówił o "współczuciu" dla ofiar (compassion), w przekładzie znalazło się hebrajskie słowo oznaczające "żal". Na łamach dziennika "The Jerusalem Post" Yehuda Bauer, historyk zajmujący się tematyką Holokaustu, trafnie wyjaśniał, że współczucie ma przecież większy ciężar znaczeniowy niż żal. Zakłada bowiem próbę współuczestniczenia w cierpieniu bliźniego i nawiązuje do teologii udziału Jezusa Chrystusa w trudnym losie człowieka.

Zdaniem watykanistów, niektóre z takich niepotrzebnych problemów (przypomnijmy także sprawę lefebrystowskiego biskupa Richarda Williamsona) również biorą się ze stylu sprawowania pontyfikatu przez Josepha Ratzingera. Za rządów Karola Wojtyły drzwi Pałacu Apostolskiego i rezydencji w Castel Gandolfo pozostawały szeroko otwarte. Na audiencjach czy przy papieskim stole wciąż zmieniali się goście - z różnych krajów, kultur i środowisk. Jan Paweł II chłonął wiadomości i opinie, a podejmowane decyzje konsultował z wieloma fachowcami. Tymczasem Benedykt woli pracować w samotności, np. podobno większość przemówień pisze od początku do końca sam - a warto dodać, że podczas pielgrzymki do Jordanii, Izraela i Palestyny wygłosił ich niemal trzydzieści.

Gdy mowa o komunikacji, widać również, jak ważną rolę przy Janie Pawle II pełnili jego współpracownicy, np. rzecznik Joaquín Navarro-Valls. W porównaniu z nim ks. Lombardi - człowiek zresztą serdeczny, ujmujący - wypada niezbyt profesjonalnie, zaczynając spotkanie z mediami od przeprosin, że nie radzi sobie z językiem angielskim. I to w sytuacji, gdy ma bronić Papieża przed krytyką, wskazując na subtelne rozróżnienia dotyczące nieraz pojedynczych słów. Zresztą w depeszach po tamtym spotkaniu agencje cytowały głównie jedno jego stwierdzenie: Joseph Ratzinger "nigdy, nigdy, nigdy" nie był w Hitlerjugend. Ks. Lombardi pozwolił sobie przy okazji na przytyk wobec dziennikarzy, którym radził, aby przeczytali autobiograficzne książki Papieża, zanim zaczną pisać o jego życiu.

Kłopot w tym, że np. w "Soli ziemi" kard. Ratzinger wspomina, jak pod przymusem został wcielony... do Hitlerjugend, ale szczęśliwie potrafił unikać udziału w nazistowskich zebraniach.

Słowa muru

Gdyby w drodze na Mszę w Betlejem Papież przekraczał granicę między Izraelem i Autonomią na piechotę, musiałby długo iść wzdłuż betonowego muru, miejscami wysokiego na ponad osiem metrów, otaczającego coraz ściślejszym pierścieniem terytoria palestyńskie. Od strony Jerozolimy mur jest posępnie szary, ale od strony Betlejem - pokryty różnokolorowymi i wielojęzycznymi napisami, graffiti i muralami.

Inwencja autorów, w przeciwieństwie do obu zwalczających się narodów, nie zna granic. Są aforyzmy: "Nadzieja buduje mosty, strach wznosi mury". Refleksje z pogranicza historiozofii: "Izraelu, czyżbyś stał się tym złem, nad którym sam bolejesz". Wyznania miłosne: "Kocham Cię, Fouadzie Hazinehu". Apele polityczne:"Musicie wzniecać zamieszki, musicie protestować, by być usłyszanym przez świat". Hasła hurraoptymistyczne: "Carol M. zburzy ten mur". Nawiązania historyczne: "Ich bin ein Berliner". Odpryski po sporach światopoglądowych: "Ateizm - błyskotliwa alternatywa". Cytaty biblijne: "Jezus zapłakał nad Jerozolimą". I życzenie w kodzie znanym dziś niemal na całym świecie: "Ctrl, Alt, Del".

Bardzo prawdopodobne, że jadąc z Bazyliki Narodzenia w odwiedziny do szpitala dziecięcego Caritas, Benedykt XVI zobaczył natomiast dwa najsłynniejsze betlejemskie murale wymalowane na budynkach. Pierwszy przedstawia osły, białego i czarnego, niosące na swoich grzbietach dwie części miasta. Zwierzęta mają splątane ogony, ale każdy ciągnie w innym kierunku. Na drugim rysunku w powietrze wzlatuje ubrany w kamizelkę kuloodporną gołąbek pokoju, a na nim widać czerwoną kropkę - znak, że izraelscy snajperzy czuwają przy laserowych celownikach.

By skomplikować ocenę sytuacji, trzeba wspomnieć o innych napisach i malunkach, np. Izraela przedstawionego jako krwiożercza bestia z symbolem dolara i szybu naftowego. Albo o pokojowym rysunku przedstawiającym jedną dłoń z pięcioma palcami reprezentującymi buddyzm, hinduizm, islam, judaizm i chrześcijaństwo - tyle że żydowski palec zabazgrano i dopisano: "Pieprzyć Izraelczyków".

Ale mimo że przebiegała w cieniu muru, cierpienia i śmierci, wizyta w Betlejem okazała się najbardziej udanym dniem pielgrzymki Benedykta XVI. Zamiast serii formalnych spotkań odbyła się m.in. Msza na Placu Żłóbka przy wiwatującym na cześć Papieża tłumie, który zgromadził się pod samym ołtarzem. Benedykt odwiedził także obóz dla uchodźców Aida, co dla milionów Palestyńczyków rozproszonych po Bliskim Wschodzie miało znaczenie trudne do przecenienia.

Papież nadspodziewanie jasno nawiązywał do bieżących wydarzeń, a Palestyńczycy usłyszeli właściwie wszystko, czego mogli oczekiwać. Papież poparł powstanie ich niepodległego państwa. Pozdrawiając czterdziestu ośmiu pielgrzymów ze Strefy Gazy, prosił ich "o przekazanie, gdy wrócicie, swym rodzinom i swym wspólnotom, mych gorących pozdrowień i mego smutku z powodu strat, udręk i cierpień, które musieliście znieść. Proszę was, abyście byli pewni mojej solidarności z wami w wielkim dziele odbudowy, które musicie podjąć, oraz moich modlitw o jak najszybsze zniesienie embarga". Wyraził nadzieję na "większą swobodę ruchu, zwłaszcza gdy chodzi o kontakty między członkami rodzin i o dostęp do miejsc świętych", a także, że mur otaczający Autonomię podzieli los muru berlińskiego.

W Palestynie zobaczyliśmy inne oblicze Papieża niż w Izraelu. Ale myli się ten, kto wyciąga z tego prosty wniosek, że tym samym Benedykt XVI zdecydował się poprzeć jedną stronę konfliktu.

***

Bo Papież chciał przemierzyć Ziemię Świętą nie jako polityk, mediator czy Niemiec dźwigający jarzmo historii własnego narodu, ale jako pielgrzym pokoju.

Był moment, gdy nawet krytycy nie mieli wątpliwości, że taki właśnie miał cel. W przedostatni dzień pielgrzymki, w Nazarecie, na zakończenie spotkania z przywódcami religijnymi Galilei - spotkania, któremu przypisywano znaczenie trzeciorzędne - do mównicy podszedł rabin Alon Goshen-Gottstein. Powiedział, że trzy religie nie mają wspólnego tekstu modlitwy, ale na potrzeby tego spotkania skomponowano prosty psalm: "Szalom, salam; Lord, grant us peace; Da pacem Domine". Zaproponował, by wspólnie śpiewać albo zamknąć oczy i modlić się w ciszy serca. Po chwili dostojnicy, z Papieżem po środku, wstali z miejsc, chwycili się za dłonie i wysoko unieśli ręce ponad głowy. Benedykt na początku nieśmiało poruszał wargami, ale potem uśmiechnął się i śpiewał wraz z rabinem.

W biurze prasowym w Jerozolimie dziennikarze zaczęli bić brawo, niektórzy zerwali się z miejsc. - Nareszcie coś się wydarzyło! - krzyczał ktoś za mną, a w jego głosie słychać było ulgę.

I nie ma się co dziwić. Bo Papież przemówił językiem, który rozumieją dzieci naszego wieku.

Dziękujemy, że nas czytasz!

Wykupienie dostępu pozwoli Ci czytać artykuły wysokiej jakości i wspierać niezależne dziennikarstwo w wymagających dla wydawców czasach. Rośnij z nami! Pełna oferta →

Dostęp 10/10

  • 10 dni dostępu - poznaj nas
  • Natychmiastowy dostęp
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Autorskie newslettery premium
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
10,00 zł

Dostęp kwartalny

Kwartalny dostęp do TygodnikPowszechny.pl
  • Natychmiastowy dostęp
  • 92 dni dostępu = aż 13 numerów Tygodnika
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Autorskie newslettery premium
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
79,90 zł
© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]
Były dziennikarz, publicysta i felietonista „Tygodnika Powszechnego”, gdzie zdobywał pierwsze dziennikarskie szlify i pracował w latach 2000-2007 (od 2005 r. jako kierownik działu Wiara). Znawca tematyki kościelnej, autor książek i ekspert ds. mediów. Od roku… więcej

Artykuł pochodzi z numeru TP 21/2009