Kilka słów o wdzięczności

Wdzięczność, która byłaby na miarę posłannictwa i dwudziestopięcioletniej pokojowej służby Jana Pawła II, nie może być ani frazesem, ani sentymentem. Więc dobrze, że nie ma oczekiwanego Nobla.
Czyta się kilka minut

Raz jeszcze potwierdziło się, jak wiele niepotrzebnego zamieszania wnosi podniecenie i gorączka dziennikarska. Wypowiedziano i napisano setki komentarzy, nawet nie za bardzo opatrzonych znakami zapytania, antycypując jako niemal pewne przyznanie Janowi Pawłowi II tegorocznego pokojowego Nobla. Rozległy się nawet zapewnienia, że Papież nagrodę na pewno przyjmie (bo przecież zdarzało się, że wyróżnieni odmawiali). Stąd zaraz po ogłoszeniu norweskiego werdyktu w zmieszaniu i konsternacji próbowano jak najszybciej znaleźć słowa, które by zatarły poczucie niemiłego zaskoczenia, a dla jakże wielu rozczarowania, mogącego zaowocować postawami głęboko negatywnymi.

I tak w tym wszystkim nie sprostano postawie, jaka światu, poszczególnym społecznościom i Kościołowi najbardziej przystoi wobec nastającego oto jubileuszu. Myślę oczywiście o wdzięczności. Najbardziej oczywistej niby, ale jakże narażonej na to, że poszuka sobie wyrazu łatwego i mało kłopotliwego, gdy tak naprawdę winna być przecież bardzo świadomym podejmowaniem odpowiedzialności: za człowieka w świecie współczesnym. A więc także za pokój właśnie, dzisiaj na nowo zagrożony.

Naiwnie wyobraziliśmy sobie, że to właśnie “załatwi" za nas pokojowy Nobel. My co najwyżej podniesiemy radosny okrzyk, a potem skomentujemy. Tymczasem werdykt norweski obnażył słabość nawet tak szczytnych odznaczeń: zawsze są one grą uwikłaną w aktualną politykę, podległą wielorakim wektorom. Stąd ograniczony wymiar pokojowej nagrody Nobla, nawet ten symboliczny. Papieskie trudzenie się o pokój świata, trwające już ćwierć wieku, jest zupełnie niewspółmierne do tego, co roku na nowo adresowanego odznaczenia - nieraz wspomagającego dokonania dobrej woli, ale tylekroć adresowanego do ludzi, których dokonania okazały się chwilowe, albo którym nawet sami dziś zaprzeczają...

Papież, od ćwierćwiecza nauczając o pokoju, przywołuje zasady sprawiedliwości i żąda przemiany serc - ciągle na nowo, w każdym kolejnym konflikcie zwracając się do określonych adresatów, oczekując czegoś, co jest nad wyraz trudne, nigdy nie rezygnując ani z wymagań, ani z wiary w dobrą wolę stron. Ta jego wiara tyle razy została zawiedziona, wystawiona wręcz na szyderstwo. Tyle razy mogła prowokować do zwątpienia w ludzką uczciwość. Ale to nigdy nie miało miejsca. Dziś cierpiącego apostoła i świadka na nowo otacza zaciemniony horyzont i co dzień nowe świadectwa gwałtu, przemocy, nienawiści, grożącej, że pozostanie głucha na głos nawet tak dramatyczny jak jego, coraz słabszy, a zawsze tak samo szarpiący samym wnętrzem człowieka.

Wdzięczność, która byłaby na miarę tego posłannictwa i tej dwudziestopięcioletniej pokojowej służby, nie może być ani frazesem, ani sentymentem. Więc dobrze, że nie ma oczekiwanego Nobla. Możni zadowoliliby się gratulacjami i wygłaszaniem pochwał. Kochający Papieża - rodacy zwłaszcza - mnożeniem czułostkowego gawędzenia i tryumfalnych okrzyków, wśród których dominowałaby nieuprawniona duma z rzekomej partycypacji w tryumfie “polskiego Papieża". A to nie ma nic wspólnego z wdzięcznością należną prorokowi. Sentyment nie zamieni się w przemianę serc. Z anegdot nie wyniknie wola realizowania papieskich wymagań, wędrowania po jego śladach.. Pod wpływem gromkich okrzyków nie znikną ogniska nienawiści, które ciągle się w nas tlą, nie wyparuje bez poważnego wysiłku nasza nieustanna gotowość do różnienia się i poczytywania siebie tylko i swoich za sprawiedliwych.

Powinniśmy mnożyć nie albumy z fotografiami ani książeczki pełne rzewnych wspomnień, lecz kroki uczynione ku pojednaniu, miejsca spotkań z tymi, których już nie uznajemy za wrogów, prace podjęte wspólnie zamiast przeciw sobie. Nie pomniki i tablice pamiątkowe, lecz dzieła ewangelizacyjne. Może kościoły odbudowywane za wschodnią granicą? Ekipy nowych misjonarzy? Domy otwarte dla najmniej sympatycznych “obcych"?

A także oczywiście modlitwę o owoce papieskiej misji - tę, o którą prosi sam Jubilat. Niekoniecznie nagraną w telewizji, niekoniecznie opisaną w gazetach i ozdobioną fotografiami, za to wierną teraz i potem, i zawsze, tak jak Kościół, który został nam powierzony nie dopiero razem z polskim pontyfikatem i który nie przestanie być tak samo nasz w przyszłości, choćby w niczym niepodobnej do dnia dzisiejszego.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Najniższa cena przed promocją 29,90 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

Ilustracja na okładce: Przemysław Gawlas & Michał Kęskiewicz dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru TP 42/2003