Czwartkowy wieczór w Radomiu miał być tylko kolejną próbą przed największą imprezą lotniczą w kraju. Zamiast tego zakończył się tragedią: polski F-16 runął na ziemię. Zginął siedzący za sterami doświadczony pilot, major Maciej „Slab” Krakowian. Katastrofa wstrząsnęła nie tylko środowiskiem lotniczym – natychmiast wywołała dyskusję, czy w czasie, gdy na Ukrainie trwa wojna, wojsko powinno ryzykować ludzi i maszyny w pokazach lotniczych czy defiladach?
Polskie siły powietrzne po katastrofie w Radomiu
Decyzja była szybka. Dowództwo Generalne uziemiło wszystkie F-16, dopuszczając wyłącznie loty operacyjne, czyli te związane z ochroną granicy i przestrzeni powietrznej NATO. Minister obrony Władysław Kosiniak-Kamysz odwołał Air Show w Radomiu i podjął decyzję o tym, że żołnierze i wojskowy sprzęt nie będą brać udziału w podobnych pokazach.
Fakt, że mimo nieustalenia jeszcze przyczyn katastrofy, polskie F-16 nadal będą dyżurować w obronie polskiego nieba, wynika z tego, że innego wyjścia raczej nie mamy. Dyżury pełnią też wiekowe MiG-29 (choć w gotowości jest ich już tylko garstka), a na polskich lotniskach stacjonują myśliwce z państw sojuszniczych.
Ale to F-16 stanowią najważniejszą tarczę chroniącą Polskę przed zagrożeniami z powietrza. Tarczę dziurawą, co zademonstrował lot rosyjskiego drona, który kilka dni temu eksplodował niedaleko stolicy, ale kluczową. Koreańskie F-50, o zdecydowanie mniejszych możliwościach, do patroli dołączą dopiero w przyszłym roku.
Jednocześnie na miejscu katastrofy pracuje prokuratura, komisja badania wypadków i żandarmeria wojskowa. Przeczesują teren o powierzchni aż 20 ha. Czarnej skrzynki pilota i maszyny nie zbada się szybko, a raport końcowy może powstać dopiero za wiele miesięcy.
„To tragiczny wieczór dla polskich sił powietrznych” – mówił koordynator służb specjalnych Tomasz Siemoniak. A tragedia rodzi pytania nie tylko o to, co zawiodło w tym konkretnym locie, ale i o to, czy do podobnych pokazów powinno w obecnej sytuacji dochodzić.
Pokazy lotnicze: widowisko czy szkolenie?
Pokazy lotnicze z udziałem wojskowych pilotów zawsze balansowały między widowiskiem a szkoleniem. Z jednej strony to atrakcyjna forma promocji armii, okazja do zaprezentowania nowoczesnego sprzętu i umiejętności pilotów, co przydaje się w rekrutacji i promocji sił zbrojnych. Z drugiej, to realne ryzyko: wykonywanie akrobacji na granicy możliwości maszyn, w warunkach publicznej imprezy, gdzie błąd czy awaria mogą mieć tragiczne skutki.
Wojsko podkreśla jednak, że to nie tylko PR, ale także trening. „W wojsku, a szczególnie w lotnictwie, takie ćwiczenia to jest normalne szkolenie” – mówił PAP płk Marek Pawlak, rzecznik prasowy Dowódcy Generalnego Rodzajów Sił Zbrojnych.
Tłumaczył, że manewry wykonywane podczas air shows mogą okazać się niezbędne w realnych warunkach bojowych. Generał Wiesław Kukuła, szef Sztabu Generalnego, przyznał, że początkowo miał wątpliwości, ale sam tragicznie zmarły „Slab” przekonał go, że takie loty, demonstrujące umiejętności pilotów, to także element odstraszania.
Przeciwnicy pytają jednak: czy państwo, które graniczy z objętą wojną Ukrainą, może sobie pozwolić na PR-owe wykorzystanie sprzętu, który na co dzień chroni wschodnią flankę NATO? Polskie F-16 pełnią kluczową rolę w systemie obrony powietrznej, są w ciągłej gotowości bojowej i nie ma ich wiele. Do czwartku mieliśmy ich 48. Każdy stracony egzemplarz to ubytek trudny do uzupełnienia zarówno ze względu na koszty, jak i czas szkolenia pilotów.
Amerykańska debata, polski kontekst
Podobne pytania stawia dziś amerykański Kongres. W Stanach Zjednoczonych, gdzie Blue Angels czy Thunderbirds od dekad są ikonami kultury wojskowej, rozpoczęto analizę: czy kosztowne pokazy lotnicze faktycznie pomagają w rekrutacji, czy to raczej tradycja utrzymywana siłą rozpędu.
Pentagon do 2026 r. ma przedstawić raport o kosztach, efektach i wpływie air shows na gotowość operacyjną. Kongresmeni zwracają uwagę, że tylko Blue Angels pochłaniają 13 mln dolarów rocznie, a jednocześnie brak dowodów, by pokazy znacząco zwiększały liczbę nowych rekrutów.
W Polsce ta dyskusja wydaje się jeszcze pilniejsza, bo odbywa się w cieniu wojny za wschodnią granicą i rosnących zagrożeń wojny hybrydowej. Defilada lotnicza nad Warszawą kilka tygodni temu wywołała zachwyt, ale i pytania o sens angażowania maszyn, które mogłyby w każdej chwili być potrzebne w działaniach operacyjnych. Tragedia w Radomiu sprawiła, że pytania te brzmią jeszcze głośniej.
Argumenty „za” są dobrze znane: pokazy budują morale i więź społeczną, pokazują możliwości techniczne armii, są narzędziem rekrutacji i tradycją sięgającą dziesięcioleci. Argumenty „przeciw” są równie mocne: wysokie koszty, ryzyko tragedii, odciąganie ludzi i maszyn od realnych zadań.
Trudno nie dostrzec symbolicznego wymiaru: polski pilot ginie nie w walce, nie na misji patrolowej, ale podczas próby przed imprezą, której głównym celem było pokazanie społeczeństwu siły i sprawności wojska.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















