Jeśli dziś wtorek, to mamy kryzys

Ukraińską niepodległość, która liczy sobie już niemal 18 lat, czeka egzamin dojrzałości. Czy elita polityczna znad Dniepru jest do niego przygotowana?

16.09.2008

Czyta się kilka minut

Jarosław Hrycak jest pesymistą: - Ukraina zbliża się do niebezpiecznej strefy konfliktu. Świat się zmienia, a nasza państwowość nie jest na to przygotowana. Za mało było czasu. Ukraina nie jest jeszcze stabilną, "idiotoodporną" demokracją. Nasi politycy nie potrafią dostrzec zagrożeń - tak znany lwowski historyk komentuje ostatnie wydarzenia na Ukrainie i wokół niej.

Konflikt w Gruzji nie mógł nie wpłynąć na Ukrainę: jego skutkiem była nie tylko zmiana międzynarodowej pozycji kraju i szans na realizację euroatlantyckich aspiracji. Zdawać by się mogło, że w obliczu "nowej zimnej wojny" klasa polityczna dokona wysiłku, by zademonstrować odpowiedzialność. Nic z tego. Trio w składzie Julia Tymoszenko, Wiktor Janukowycz i Wiktor Juszczenko jak gdyby nigdy nic prowadzi walkę od 2004 r. I niezależnie od tego, czyje dziś będzie na wierzchu, nie ma co liczyć na jej rozstrzygnięcie przed wyborami prezydenckimi w 2010 r.

Jakby tego było mało, kryzys wybuchł na początku września - gdy po wakacyjnej przerwie w parlamencie powstał nieformalny sojusz Partii Regionów Janukowycza i Bloku Julii Tymoszenko. Przegłosował on radykalne uszczuplenie kompetencji prezydenta. Popierający Juszczenkę deputowani Naszej Ukrainy opuścili więc koalicję rządową z partią Tymoszenko. Dalej poszło wedle znanego scenariusza: wzajemne oskarżenia Juszczenki i Tymoszenko o zdradę, o rozbijanie jedności pomarańczowych, o konszachty z Moskwą itp. Koalicja oficjalnie dokonała żywota 13 września. Teraz możliwe są dwa wyjścia: nowa koalicja albo wybory.

Konflikt wśród pomarańczowych nie jest nowością, ale wciąż dziwi jego nielogiczność. - Kiedyś popularna była teoria dwóch Ukrain: pomarańczowej i niebieskiej. Teraz przydałaby się nowa: wyjaśniająca, dlaczego są dwie pomarańczowe Ukrainy - mówi Hrycak.

- Sytuacja przypomina konflikt Donalda Tuska z Lechem Kaczyńskim, wywodzącymi się przecież z jednego obozu - próbuje objaśnić Andrij Pawłyszyn, redaktor portalu Zachodnia Grupa Analityczna i były szef "Lwiwskiej Gazety". - Mamy trzy siły: Blok Tymoszenko (BJuT), ugrupowania wspierające prezydenta i Partię Regionów. Ale sytuację komplikuje, że każda z nich ma co najmniej dwa skrzydła. Zatem podmiotów politycznych jest więcej, co dramatycznie zwiększa liczbę możliwych kombinacji.

Granat wrzucony w błocko

Gdy było już jasne, że trzeszcząca od początku koalicja się rozpadnie, część komentatorów przyjęła to jako coś naturalnego. Walerij Kalnysz pisał w tygodniku "Profil": "Pierwsze pytanie, jakie przychodzi na myśl obserwującemu stosunki w koalicji, brzmi: a na co ona potrzebna?". Liczby są bezlitosne: po roku z dwustu ustaw przewidzianych w umowie koalicyjnej przyjęto 11, a tylko co dziesiąta decyzja parlamentu podejmowana była przez koalicję. Zdaniem Kalnysza gdyby doraźna, ale stabilna większość stworzona przez BJuT i Partię Regionów przyjmowała potrzebne ustawy, byłoby to lepsze rozwiązanie.

Ale Julii Tymoszenko nie spieszy się do koalicji z Janukowyczem. O ile dla niego obecna sytuacja oznacza come back po miesiącach uśpienia w opozycji, to dla wyborców "Lady Ju" taki sojusz jest trudny do zaakceptowania. Dotąd Tymoszenko nazywała Janukowycza wrogiem, a Juszczenkę oskarżała o konszachty z niebieskimi. To zwolennicy prezydenta, którzy przerzucili na nią głosy w obawie przed porozumieniem Juszczenko-Janukowycz, dali jej przed rokiem świetny wynik. Dlatego od początku konfliktu pani premier mówiła, że widzi możliwość ponownego porozumienia z Juszczenką, a w ostatni weekend jej partia zorganizowała w pomarańczowym Lwowie festyn pod hasłem: "Tak dla demokratycznej koalicji!". O tym, że Tymoszenko nie jest winna rozpadu obozu pomarańczowych, miały przekonać lwowian występujące (nie za darmo) na Prospekcie Swobody gwiazdki pop. Ale festyn skończył się burdą między zwolennikami pani premier i prezydenta.

- Tymoszenko zbliża się do Partii Regionów, a część tej formacji, na czele z oligarchą Rinatem Achmetowem, porozumiewa się z Juszczenką. Te procesy będą postępować w miarę zbliżania się wyborów prezydenckich. Dlatego jestem sceptyczny co do jedności pomarańczowych - uważa Hrycak.

Głosując wespół z Janukowyczem nad odebraniem Juszczence uprawnień, Julia chciała także umocnić swą pozycję na wschodniej Ukrainie. Jak dotąd tylko ona umie zdobywać poparcie po obu stronach Dniepru. Janukowycz okopał się we wschodnich i południowych obłastiach. Bez porozumienia z kimś z pomarańczowych skazywało go to na opozycję i na bycie bezużytecznym dla biznesu, orientującego się na władzę. Stąd konszachty Achmetowa z prezydentem.

Obecny konflikt miał efekt granatu rzuconego do zatęchłego stawu: nagle pozycje wszystkich graczy się zmieniły. Nawet Juszczenko, którego notowania pikowały, dostał szansę: może oskarżać "piękną Julię" o wiarołomstwo, a jej wstrzemięźliwe wobec Rosji zachowanie w czasie wojny w Gruzji dało mu okazję do oskarżeń, że Tymoszenko "chodzi na pasku Kremla". - Tymoszenko powtarza stanowisko UE - broni jej Pawłyszyn. - Poza tym zgodnie z konstytucją to prezydent i jego minister spraw zagranicznych odpowiadają za politykę międzynarodową. Gdyby Tymoszenko potępiła Rosję, a potem wybrała się do Moskwy na rozmowy o cenach gazu, wróciłaby z kwitkiem. I wszyscy mieliby do niej o to pretensje.

Kunktatorstwo Tymoszenko nie odbiegało zbytnio od opinii Ukraińców, z których spora część za winowajcę konfliktu uznała gruzińskiego prezydenta: według badań Centrum Razunkowa 30 proc. za agresora uznało Gruzję, a 25 proc. Rosję. Prorosyjskość na Ukrainie nie musi być odbierana jako polityczna ślepota. - Tym bardziej że Europa odcina się od nas - uważa Pawłyszyn. - Przywódcy Unii uśmiechają się, ale nasi politycy potrzebują konkretu. Widząc, że Europa nie robi nic, zwracają się do Rosji, z którą jakoś się zżyli. Może to iluzja, ale uważają, że znają Rosjan i w razie czego ich przechytrzą.

Ale Tymoszenko musi uważać. Siergiej Liowkin, wytrawny polityczny doradca, bliski Janukowyczowi, tak mówił w wywiadzie dla pisma "Fokus": "Z naszych danych wynika, że Tymoszenko traci wyborców z dwóch powodów: jej postawy wobec Gruzji i spekulacji na temat wpływów Rosji na politykę jej partii".

Dziękujemy, odejdźcie!

Detonator konfliktu - głosowanie nad kompetencjami głowy państwa - to powtórka sytuacji sprzed roku. Wtedy Janukowycz, podebrawszy prezydentowi posłów, zebrał większość zdolną sprowadzić prezydenta do pozycji angielskiej królowej, a Juszczenko w odpowiedzi rozwiązał parlament. Ale głosy za zbliżeniem systemu politycznego do bardziej rozpowszechnionego w Europie modelu parlamentarnego nie są pozbawione racji. Silne kompetencje prezydenta na terytorium b. ZSRR nie sprzyjają demokracji; przykładem Białoruś i Rosja.

- Zmiana politycznej formy bez zmiany treści nic nie da - uważa jednak Hrycak. - Nieważne, czy system będzie prezydencki, czy parlamentarno-prezydencki, sytuacja nie ulegnie zmianie, jeśli nie zostanie osiągnięty kompromis w trzech sprawach: języka, pamięci historycznej i orientacji międzynarodowej. Nie chodzi o to, czy wygra opcja pomarańczowa, czy niebieska, ale o kompromis.

A tego brak. Partia Regionów jest za zrównaniem rosyjskiego z ukraińskim, historia ukraińskiego nacjonalizmu dla niej równa się historii faszyzmu, a w sprawach międzynarodowych uważa, że należy uznać Osetię i Abchazję. Juszczenko plasuje się na biegunie przeciwnym, Tymoszenko lawiruje.

Tymczasem zdaniem Hrycaka kompromis jest niezbędny, bo kraj na gwałt potrzebuje czegoś, co go zjednoczy: - W państwach wychodzących z totalitaryzmu nie ma zaufania do instytucji. Na Ukrainie przynajmniej ufano liderom, ale ich zachowanie sprawiło, że ludzie zaczynają mieć ich dość. Kryzys zaufania oznacza społeczną anemię, a to anarchizację. Ukrainie nie zagrażają separatyzmy, ale to, co dzieje się w jej centrum. Dobrze, gdyby dotychczasowych liderów zastąpili inni, potrafiący wyartykułować społeczne niezadowolenie.

- Dla dobra państwa ta trójka powinna zejść ze sceny - zgadza się Pawłyszyn.

Z badania, które kilka dni temu opublikował tygodnik "Korrespondent", wynika, że 60 procent Ukraińców chciałoby w polityce zobaczyć nowe twarze.

ANDRZEJ BRZEZIECKI jest redaktorem naczelnym dwumiesięcznika "Nowa Europa Wschodnia" (www.new.org.pl). Stale współpracuje z "TP".

Dziękujemy, że nas czytasz!

Wykupienie dostępu pozwoli Ci czytać artykuły wysokiej jakości i wspierać niezależne dziennikarstwo w wymagających dla wydawców czasach. Rośnij z nami! Pełna oferta →

Dostęp 10/10

  • 10 dni dostępu - poznaj nas
  • Natychmiastowy dostęp
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Autorskie newslettery premium
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
10,00 zł

Dostęp kwartalny

Kwartalny dostęp do TygodnikPowszechny.pl
  • Natychmiastowy dostęp
  • 92 dni dostępu = aż 13 numerów Tygodnika
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Autorskie newslettery premium
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
79,90 zł
© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]
Publicysta, dziennikarz, historyk, ekspert w tematyce wschodniej, redaktor naczelny „Nowej Europy Wschodniej”. Wieloletni dziennikarz „Tygodnika”. Autor i współautor książek: „Przed Bogiem” (2005), „Białoruś - kartofle i dżinsy” (2007), „Ograbiony naród ‒… więcej

Artykuł pochodzi z numeru TP 38/2008