No to znów mamy jubileusz. Lubię tę okoliczność, ale już nie pamiętam, kiedy zaczęliśmy ją obchodzić. Koło dwudziestki piątki, trzydziestki? Licząc rozrzutnie, co pięć lat, wychodzi około dwunastu jubileuszy. Ale nie siebie przecież wtedy świętujemy.
Pierwszy numer „Tygodnik Powszechnego” wyszedł 24 marca 1945 r. Wiadomo, że początkowo były nadzieje na wolność słowa, ale się nie spełniły. Zawiłe to były czasy i długo trwały. Dziwnie dziś się czyta niektóre teksty, mierzące w przestrzeń między cenzurą a prawdą. Wiele wiadomo o początkach i o tej nieprzerwanej grze z cenzurą. Jerzy Turowicz szybko został naczelnym redaktorem i był nim aż do śmierci w 1999 r. Wiadomo, więc nie będę przypominał, o wydarzeniach, zakrętach, klęskach i sukcesach „Tygodnika”. Były momenty wspaniałe, mniej wspaniałe i były momenty trudne, jak to w życiu.
Gdybym miał przypomnieć sobie jakieś dla mnie najważniejsze wydarzenia z życia „Tygodnika” (w końcu mam za sobą kilkadziesiąt lat pracy w redakcji), to przychodzą mi na myśl raczej te smutne niż wesołe. Śmierci kolegów: Turowicza, księdza Andrzeja Bardeckiego, Krzysztofa Kozłowskiego, Tadeusza Żychiewicza, Mieczysława Pszona, Józefy Hennelowej i innych. Trudno nawet wyliczać wszystkich. Wielkim radosnym wydarzeniem był niewątpliwie wybór kardynała Wojtyły na papieża. Znaliśmy go wszyscy, ale i on nas znał dobrze. Nieraz miewał z naszego powodu przykrości i kłopoty, ale i (jak sądzę) radości.
Pamiętam pierwsze w moim życiu zebranie redakcyjne. Zaczęło się normalnie: mówił Jerzy Turowicz, mówił sekretarz redakcji Jerzy Kołątaj, potem mówili wszyscy właściwie o wszystkim, nie trzymało się to nijak kupy i w pewnym momencie, nie wiadomo czemu, zebranie się skończyło. W tej materii zrobiliśmy pewne postępy. Zebrania są bardziej zdyscyplinowane, cała redakcja zresztą wydaje się bardzo różna od tej, do której przyszedłem. Wtedy byli w niej ludzie, którzy przeszli wojnę, siedzieli w PRL-owskim więzieniu itd. Stopniowo to się zmieniało. Następowała zmiana pokoleń, a potem – szczęśliwie – zmiana kontekstu politycznego.
Pamiętam dobrze, jak Turowicz tłumaczył nam kiedyś, na czym polega różnica między pismem „tym samym” a „takim samym”. Ostrzegał przed staraniem, by pismo pozostawało wciąż takie samo, bo to oznacza śmierć. „To samo” dotyczy istoty rzeczy, „takie samo” oznacza śmierć pisma, nawet jeśli jeszcze jakimś cudem żyje. Nietrudno zauważyć, że w naszym piśmie jest proporcjonalnie mniej niż dawniej (np. za wczesnych czasów Turowicza) tekstów wyraźnie religijnych, że wiele miejsca poświęcamy sprawom z religią niezwiązanym. Ale przecież tak bardzo zmieniło się miejsce religii i wiary we współczesnym świecie... I cała ewolucja „Tygodnika”, która wyraźnie zaczęła się w latach 80., polegała na tym, że nie był już pismem tylko dla wierzących. Nigdy też nie był pismem kościelnym. Nie możemy odnosić się do czasów, kiedy treści religijne były cenzurowane przez państwo i reglamentowane, dzisiaj jest ich pełno i to w każdej postaci.
Dziś przede wszystkim jesteśmy głodni rzetelnej i wiarygodnej wiedzy o świecie, we wszystkich jego istotnych, mniej lub bardziej przyjemnych wymiarach (oczywiście, o wierze i zbawieniu też, przecież jest najważniejsze). Wiarygodność stała się nadrzędnym dobrem. I o nią głównie staramy się dbać. Naszą marką jest suwerenność: sami odpowiadamy za publikowane tu treści i nikt poza Wami, Czytelnikami, nie ma na nie wpływu.
Na ten jubileusz mam dla Was jeszcze jedną dobrą wiadomość. Szczególnie, jeśli lubicie papier i żałujecie, że z polskiego pejzażu zniknęły kioski. Teraz możecie znaleźć „Tygodnik Powszechny” w najbliższej skrytce InPost. Wystarczy zamówić. Piękny jubileusz.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

















