Inflacja rośnie, ale rząd już nie mówi o Trybunale Stanu dla prezesa NBP. Ruszając ten temat, musiałby przyznać, że jej nie kontroluje

Usuwając skutki powodzi, rząd wpompuje do gospodarki kilkadziesiąt miliardów, które rozhuśtają inflację jeszcze mocniej. Na razie koalicjanci wolą jednak udawać, że problemu drożyzny nie ma. I niewiele więcej mogą zrobić.
Czyta się kilka minut
Konferencja prasowa Adama Glapińskiego. Warszawa, 6 października 2022 r. // Fot. Kuba Atys / Agencja Wyborcza.pl
Konferencja prasowa Adama Glapińskiego. Warszawa, 6 października 2022 r. // Fot. Kuba Atys / Agencja Wyborcza.pl

Zaskoczenia – jak mawiają bankowi analitycy – nie było. Zgodnie z przewidywaniami, po wakacjach inflacja znów nam o sobie przypomniała. 

Polska droga do inflacji we wrześniu 2024

We wrześniu ceny produktów i usług wzrosły w porównaniu z tym samym miesiącem rok wcześniej aż o 4,9 proc. Ekonomiści się tego spodziewali, bo przecież we wrześniu 2023 roku, na przednówku kampanii wyborczej do parlamentu, ubiegający się o kolejną reelekcję rząd Prawa i Sprawiedliwości obniżył ceny wybranych leków dla młodzieży i osób starszych, podniósł próg zużycia energii elektrycznej chroniący przed nowymi, wyższymi taryfami, a za pośrednictwem kontrolowanego przez państwo Orlenu zdusił tempo wzrostu cen paliw. W ten sposób udało się chwilowo wyhamować inflację, co na papierze uzasadniło z kolei ogłoszenie dwóch obniżek stóp procentowych, które NBP hojnie dorzucił do koszyka przedwyborczych prezentów. 

Bank centralny zlekceważył przy tym liczne głosy ekspertów, którzy ostrzegali, że w gospodarce wolnorynkowej sterowanie cenami rzadko przynosi trwałe rezultaty, a więc i stóp nie warto na razie ruszać. Z dzisiejszej perspektywy tamte przestrogi nie wydają się bynajmniej przesadzone, skoro rok później inflację mamy znów mocno powyżej statutowego celu banku centralnego (2,5-3,5 proc.). Jedyna różnica polega na tym, że Donald Tusk nie zapowiada już „wyciągania” Adama Glapińskiego z NBP i nie straszy prezesa Trybunałem Stanu. Więcej, temat inflacji właściwie wyparował z rządowej agendy.

Kiedy ceny w Polsce zaczną spadać? 

Milczenie władz można uznać za uzasadnione, jeśli wziąć pod uwagę, że między sierpniem a wrześniem tego roku ceny w Polsce wzrosły, jak podał GUS, tylko o 0,1 proc. Inflacja już nie skacze susami, raczej drobi jak gejsza, tym samym zniknęła więc także z radaru najbardziej palących problemów do rozwiązania. Nawet jej nagły wrześniowy wyskok można łatwo tłumaczyć tzw. efektem bazy. Rok temu ceny zwolniły, zatem ich ostatni wzrost stał się bardziej odczuwalny. Rzecz w tym, że to, co w logice rządu może się zdawać sprawą drugorzędną i relatywnie łatwą do ogrania w codziennej komunikacji, dla obywateli może mieć pierwszorzędne znaczenie – i z czasem wybuchnąć władzy w twarz. 

Wyhamowanie inflacji w pierwszych miesiącach tego roku nie sprawiło przecież, że ceny w sklepach zaczęły spadać. Rosną jedynie wolniej niż wcześniej. Najboleśniej odczuwają to oczywiście najubożsi, ale wolno kroczące ceny dają się mocno we znaki także tym, których zarobki nie rosną tak szybko jak inflacja i właściwie co miesiąc czują się przez to gorzej sytuowani. Sytuacja w sklepach pośrednio dotykać może nawet tych, którzy na zakupach nie muszą na razie oszczędzać. Jeśli mają kredyt hipoteczny, zapewne od miesięcy na próżno wyczekują komunikatu NBP o obniżce stóp procentowych i z niepokojem obserwują takie wystrzały inflacji jak odnotowany we wrześniu. 

Tymczasem w październiku może nie być lepiej: zaognienie sytuacji na Bliskim Wschodzie niemal na pewno wyciągnie z powakacyjnego dołka ceny paliw, które z kolei pociągną w górę koszty produkcji. Jeśli chodzi o inflację, mamy więc w Polsce do czynienia z klasyczną sytuacją przedrewolucyjną, czyli z momentem, w którym lud czuje, że w najbliższym czasie nie będzie mu lepiej.

Ciężkie czasy dopiero przed polskim złotym

Rząd ma na głowie usuwanie skutków powodzi i wie, że z tego powodu musi wpompować do gospodarki dodatkowe kilkadziesiąt miliardów złotych, które niemal na pewno rozhuśtają inflację jeszcze mocniej. Na razie jednak robi to, co umie najlepiej, czyli udaje, że problemu nie ma. W gruncie rzeczy niewiele więcej może zrobić. Odbicie banku centralnego z rąk PiS okazało się wizerunkowo na tyle nieopłacalne, a proceduralnie dostatecznie skomplikowane, że koalicjanci, zaangażowani już w walki na odcinku sądownictwa i mediów, woleli nie otwierać jeszcze jednego frontu w NBP. Zwłaszcza że tu przeciwnik walczyłby zapewne jak lew. Rządzony przez Glapińskiego bank centralny pozostał jedną z niewielu redut PiS w strukturach centralnych państwa. I bodaj jedyną, która daje partii Kaczyńskiego realne wpływy oraz listę posad do rozdania – co w obliczu utraty dotacji jest atutem nie do przecenienia. 

Rozdział NBP od władzy może oczywiście wyjść złotemu na zdrowie, o ile bank centralny z Glapińskim za sterami będzie żeglować w stronę optymalną dla naszej waluty, a nie w kierunku, który zapewni polityczny wiatr żaglowi PiS-u. Tymczasem nieliczni członkowie Rady Polityki Pieniężnej, którzy z prezesem NBP są na wojennej ścieżce, w nieoficjalnych rozmowach przyznają, że realne wydaje im się utrzymywanie stóp procentowych na obecnym, dość wysokim poziomie nawet wtedy, kiedy w interesie złotego – a pośrednio polskiej gospodarki – będzie już stymulowanie konsumpcji tańszym kredytem. 

Kadencja Glapińskiego w NBP kończy się w czerwcu 2028 roku. Większość członków RPP, dziś zdominowanej przez prezesa, nominację odebrało podobnie jak on w 2022 roku, żeby przez sześć kolejnych lat również dbać o polityczny interes PiS. Oznacza to, że instytucje postawione przez konstytucję na straży wartości naszej waluty jeszcze przez prawie cztery lata mogą praktycznie bezkarnie odmrażać złotemu uszy – na złość aktualnie rządzącym.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

ilustracja na okładce: Jerzy Skakun dla „TP”