I po co nam to było

Odrzucenie przez europejskich przywódców PiS-owskiego szantażu było zdrowym odruchem. Tyle że to błahostka w porównaniu z przeszkodami, które muszą pokonać, by Unia mogła znaleźć pomysł na dalsze trwanie.

13.03.2017

Czyta się kilka minut

Donald Tusk, stary-nowy przewodniczący Rady Europejskiej. Bruksela, 10 marca 2017 r. / Fot. François Lenoir / AFP / EAST NEWS
Donald Tusk, stary-nowy przewodniczący Rady Europejskiej. Bruksela, 10 marca 2017 r. / Fot. François Lenoir / AFP / EAST NEWS

Europejskie wydanie serwisu Politico, będące niezależnym medium środka, choć powiązanym mentalnie z brukselskim głównym nurtem, ogłosiło właśnie ranking 40 europosłów, którzy będą mieli znaczenie w 2017 r. Jedenaścioro to Niemcy – ale spieszmy uspokoić wyznawców teorii, że cała ta Unia to niemiecki spisek: trend jest spadkowy, rok temu w podobnym zestawieniu było ich szesnaścioro. Francja ma o połowę mniej, Rumunia na równi ze Szwecją i Hiszpanią – troje. Polska – jedną Danutę Hübner, „niezatapialną i nieulegającą wstrząsom”.

Twitter-Wolski

Jak wszystkie rankingi, także i ten ma tylko ograniczoną przydatność, z racji swojej skrótowej syntetycznej formuły, ale z pewnością pokazuje symbolicznie stopień naszego zaangażowania w sprawy Unii – a co za tym idzie: stopień zaznajomienia klasy politycznej z jej mechanizmami.

Jacek Saryusz-Wolski – inna postać o nie gorszym od Hübner rozeznaniu w unijnych realiach – postanowił abdykować z tej pozycji, czego najbardziej przygnębiającym objawem jest to, że komunikuje się od dwóch tygodni wyłącznie za pomocą Twittera, gdzie ogłosił, że rezygnuje ze „starych mediów”. Skoro więc nawet taki znawca zadowala się komunikatami w rodzaju: „Instrumentalne traktowanie przez opoz polskiego czł w UE,używanie go do polityki krajowej, szkodzi człPLwUE,które jakoby popiera, dzieli społ” – to należy się raczej spodziewać, że status Polski we wspólnocie, a także jakość naszej dyskusji o tym będą się raczej pogarszać. Tym bardziej że Jarosław Kaczyński – bo nie widać, by ktokolwiek oprócz niego, np. jak zwykle dyskretny prezydent, miał tu wpływ na taktykę i retorykę – może niekoniecznie prze do rozwodu, ale z pewnością nie zamierza przyłożyć ręki do tego, by Unia była ściślejsza.

Ostatnie przesilenie wokół zatwierdzenia Tuska na drugą kadencję wynikało albo z tej niechęci naczelnika państwa do poprawiania i wzmacniania unijnych instytucji, albo też z głębokiej nieznajomości działań – a zapewne i jednego, i drugiego. Fakt, że cała nasza klasa polityczna o Unii ma pojęcie niewielkie i niespecjalnie jej się opłaca, żebyśmy ją widzieli na europejskim tle, sprawia, że gros energii, jaką czwartkowy wybuch wywołał, poszło w czysto krajowe rozgrywki. Kulminacją tego będzie zapewne sejmowy spektakl wokół wotum nieufności.

Wina Tuska

Ten sam serwis Politico na początku roku ogłosił ranking 38 postaci, które będą w najbliższych miesiącach kształtować i wstrząsać Europą. Powszechnie się w Polsce komentowało, że na czwartym miejscu znalazł się Jarosław Kaczyński, jakoś jednak umknęła nam pozycja czternasta: Jeppe Tranholm-Mikkelsen, sekretarz generalny Rady Europejskiej, Duńczyk, który zdaniem autora notki „ocalił karierę europejską przewodniczącego Rady Donalda Tuska” w chwili, kiedy nasz ekspremier, debiutujący w swojej międzynarodowej roli, naraził się licznym brukselskim graczom i wielu „domagało się jego głowy”. Mniejsza teraz o szczegóły, choć to w sumie smutne, że żaden z coraz mniej licznych polskich korespondentów nie będzie miał motywacji, by uczciwie opisać, jak trudne początki Tuska wyglądały. Trzeba mieć jednak świadomość, że nie był on jakimś eurokratycznym objawieniem. Nawet jeśli nieco przesadne są spekulacje autora „Frankfurter Allgemeine Zeitung”, jakoby Angela Merkel jeszcze niedawno była zdeterminowana pozbyć się Tuska, ale wzięła się za jego obronę, gdy nielubiany PiS ruszył do ataku.

Jest zatem trochę racji, że Unia postanowiła tak szybko zatwierdzić Tuska nie dla samych jego zalet, ale także i po to, by odegrać się na Warszawie za wszystkie jej występki – szczególnie w kwestii demontażu państwa prawa. Zamiast uruchamiać zawiłe procedury zawieszenia formalnego prawa głosu, przewidziane w traktatach, postanowiono symbolicznie pokazać wszem wobec, że Polska rządzona przez PiS siedzi w oślej ławce, bez realnego prawa głosu. Czwartkowe głosowanie było jak zaoczny wyrok dyscyplinarny.

Jazda Szydło

Czym zaś była w rzeczywistości akcja polskiego rządu, która – trzymając się analizy oficjalnych wypowiedzi – wygląda na parciany szantaż, próbę rozbicia głową muru, czego nie negują nawet życzliwi władzy komentatorzy? Czy była to tylko arcypolska jazda na oślep, tak bezsensowna, że trzeba zaiste w odruchu humanitarnym współczuć jej wykonawcom, skazanym potem na wysłuchiwanie, że odnieśli zwycięstwo i wykazali swoją podmiotowość? Czy rację mają złotouści klakierzy, którzy natychmiast zaczęli udowadniać, że im głupiej to wyglądało, tym większy to dowód, jaki z Kaczyńskiego „genialny strateg”?

Warto stłumić śmiech – fakt, że Kaczyński pomylił Warszawę z Brukselą i naraził swoich posłanników na sławetne lanie, nie oznacza wcale, jakoby nie miał talentów strategicznych, np. w obracaniu na swoją korzyść porażek. O ile bowiem ludzie PiS-u rzeczywiście poruszają się po Brukseli jak nieufni, nic nierozumiejący prowincjusze i dają się wobec tego wpuszczać w rozmaite pułapki, to w kwestii umacniania poparcia i neutralizowania przeciwników na krajowym podwórku są nadal najlepsi.

Nawet jeśli więc przegrana w kwestii wyboru Tuska nie była na zimno zakładanym wynikiem, to 15 minut po niej rozpoczęła się równie zimna kampania dyskontowania korzyści z tej sytuacji. Po pierwsze, PiS dostał ogromny zasób silnych emocjonalnie narzędzi do dalszego obsmarowywania „niemieckiego Tuska” (na wzór dawnego „dziadka w Wehrmachcie”). W dodatku pozostanie on jeszcze długo poza krajem, co ułatwi dorabianie mu gęby, a zarazem oszczędzi władzy szukania realnych dowodów na zarzucane mu przestępstwa, co by było jednak konieczne, gdyby do Polski wrócił i gdyby należało go w obiecywane mu kajdanki zakuć. W obliczu prawdopodobnego starcia o prezydenturę w 2020 r. – sytuacja idealna. Identycznie bowiem jak z prawdą o rzekomym smoleńskim zamachu – w przypadku więzienia dla Tuska nie chodzi o samego króliczka (dowody), tylko o jego gonienie (coraz to nowe obietnice mającej zaraz nastąpić porażającej rewelacji). Władzy opłaca się wbijać elektoratowi przez dwa i pół roku, że „coś tam było” i na pewno „będzie miał zarzuty”, on sam zaś, będąc zajęty swoją brukselską robotą (choćby nawet niezbyt ważną), nie będzie w stanie kontratakować.

Po drugie i istotniejsze: ten wynik oznacza nowy pakiet argumentów dla własnej drużyny i twardego elektoratu w kwestii tego, dlaczego nie należy się w ogóle więcej przejmować Unią i spokojnie asystować przy pogłębianiu się jej rozgardiaszu.

Unia Kaczyńskiego

Kaczyński w Unię nie wierzy – w sensie jej oficjalnie głoszonych ideałów – co w sumie nie jest niczym dziwnym, bo jest to w istocie twór niedopieczony, w połowie drogi między technokratycznym uzgadnianiem standardów śrubek a ideami paneuropejsko-federacyjnymi. Sami przecież duzi gracze „starej” Unii przez długi czas wydawali się nie wiedzieć, o co w sumie chodzi, poza pilnowaniem coraz bardziej iluzorycznego status quo. Bardzo powoli, nawet w dyskursie elit politycznych w najstarszych i najbardziej oswojonych ze wspólnotowością krajach unijnych przebijała się w ostatnich latach świadomość, że po wielu krokach na drodze do ściślejszej integracji trzeba ją dokończyć (co odważniejsi nie boją się przy tym wymawiać strasznego słowa na „F”).

Co więcej, jest to twór wewnętrznie sprzeczny – z jednej strony szykowany do beatyfikacji ojciec założyciel Schuman (wraz z Adenauerem i De Gasperim – łza się w oku kręci, gdzie się podziali ci wierzący chadecy?), z drugiej mocno obecne wektory laicyzacyjne, czasem w postaci karykaturalnej religii rozumu. Choć rodzimi głosiciele tezy, że Bruksela to nic innego jak gender, aborcja i homolobby, więcej mówią o tym, jaki przeciwnik im się śni, niż o realnym rozkładzie sił ideowych w Unii.
Złośliwym paradoksem jest to, że ludziom PiS-u w Brukseli zdarzało się artykułować skądinąd słuszne uwagi o deficytach przejrzystości procedur i braku reguł chroniących uczestników słabszych – choć wcale nie jest powiedziane, że cywilizowana forma gabinetowych uzgodnień, zwłaszcza w gronie mniej więcej równych graczy, jest koniecznie mniej „sprawiedliwa” od całkowicie otwartego plebiscytu. Tyle że ostatnich popisów podszytej kompleksami arogancji nie sposób uznać za dobre artykułowanie racji krajów, które mają powody czuć się nie dość dowartościowane w procesie decyzyjnym w relacji do swojej wagi gospodarczej czy ludnościowej.

Zaufanie Waszczykowskiego

Kaczyński nie wierzy w Unię także na poziomie znacznie bardziej pragmatycznym, to znaczy jako w źródło długotrwałego napływu gotówki. Stoi za tym pesymistyczna strategia nieangażowania się w nic na wielką skalę, bo przy całej swojej nieufności i nieznajomości świata prezes PiS odbiera z zewnątrz raczej tylko symptomy choroby oraz nadużyć i schyłkowego rozkładu struktur unijnych, a nie odczytuje sygnałów przeciwnych. W jego horyzoncie nie mieści się bowiem idea, że coś może działać właśnie dlatego, że znajduje się w stanie permanentnego kryzysu.

W tej perspektywie im gorzej się brzydka Unia wobec nas zachowała, tym większy mamy powód, żeby dalej „odzyskiwać podmiotowość” – w tłumaczeniu na polski: udawać, jakby nic od Unii w codziennym życiu Polaków nie zależało, nie szukać kompromisów, nie uzgadniać, nie respektować standardów. One przecież wszystkie są „niemieckie”. Stąd słowa ministra Waszczykowskiego o „drastycznym obniżaniu poziomu zaufania i prowadzeniu polityki negatywnej wobec Unii”. Słowa w jednym wymiarze komiczne, bo realnie nie stać naszej dyplomacji i państwa na nic więcej niż bycie okazjonalną psują. W innym zaś wymiarze groźne, zwłaszcza w zestawieniu z intensywnym odgrzewaniem antyniemieckich fobii za pomocą instrumentarium żywcem wziętego z czasów, gdy czterej pancerni stanowili nasz swojski westernowy ideał dla chłopców z karabinem z patyka: pokazuje to, w jakim kierunku i z jaką intensywnością będzie przebiegać masaż mózgów, skuteczny, jak się obawiam, nie tylko w twardym elektoracie.

Demonizowana Unia będzie służyć tu za emblemat wszystkiego, co obce i złe – a w podkręcaniu poczucia krzywdy z rąk obcych obecna ekipa okazuje się bardzo sprawna, znając kod symboliczny polskiej ksenofobii i wsobności. Polacy, jak wykazywały niepokojące badania ogłoszone przez Fundację Batorego w październiku, co prawda nadal w 80 proc. deklarują chęć bycia w Unii, ale na poziomie internalizacji szeregu wartości, które to „bycie” konstytuują, jest znacznie słabiej. Być może każdemu politykowi trudno byłoby się oprzeć pokusie, żeby skorzystać z tych trendów, zamiast próbować je z lekka przesuwać – choćby tłumacząc, że za każdym razem, gdy wsiadamy do tramwaju zakupionego z funduszy unijnych, mimowolnie wjeżdżamy w horyzont wartości, które z definicji każą nam myśleć w kategoriach szerszych niż np. poczciwe, oswojone państwo narodowe. Ale to przecież robota perswazyjna na więcej niż pokolenie.

Na marginesie

W perspektywie nie pokolenia, lecz najbliższych wyborów myśli skądinąd również opozycja – warto pamiętać, że kiedy jeszcze była u władzy, zachowała się kunktatorsko w sprawie, która jest bliska wielu czytelnikom „Tygodnika”. Zaczynał się właśnie tzw. kryzys uchodźczy i platformerski rząd dawał wszelkie znaki, że nie chce się w nic angażować. Tylko rychła przegrana w wyborach i zmiana ekipy uchroniła go wówczas przed popełnieniem dalszych haniebnych kroków – w tej kwestii ciężar brudnej roboty wziął już na siebie PiS-owski rząd i jego nieustraszony stróż przedmurza Mariusz Błaszczak.

Wcale nie widać, żeby opozycja miała pomysł, jak sprawić, by przy takich władzach, jakie mamy (i mieć będziemy jeszcze kilka lat), Polska umiała pozostać w różnych kręgach Unii, które zaczną się zapewne wkrótce konsolidować – zamiast radośnie uciekać na jej wschodni margines. Odrzucenie przez grono europejskich przywódców PiS-owskiego szantażu było zdrowym odruchem. Ale to w sumie błahostka w porównaniu z przeszkodami, które muszą pokonać, by Unia mogła znaleźć i wdrożyć pomysł na dalsze trwanie. Nie jest wcale powiedziane, że Polska w tym wszystkim miałaby wiele do powiedzenia, ale od zeszłego tygodnia jest jasne, że nawet nie chce.

Są zresztą życzliwsi słuchacze. Marine Le Pen już deklaruje, że chętnie wesprze Kaczyńskiego w demontażu UE. A minister Waszczykowski reaktywuje działanie polsko-rosyjskiej grupy do spraw trudnych. Jak się wyraził, wręczając nominacje, jej prace „zostały wznowione w sytuacji, w której polityka zagraniczna Rosji została podporządkowana działaniom mającym w swoim założeniu doprowadzić do przebudowy światowego porządku”. Trudno pojąć, że są to słowa tego samego polityka, który za chwilę miał wsiąść w samolot, żeby w imieniu swojego rządu – a poniekąd nas wszystkich – ten światowy porządek, przy wszystkich wadach najkorzystniejszy z możliwych, rozbierać cegła po cegle. ©℗

Dziękujemy, że nas czytasz!

Wykupienie dostępu pozwoli Ci czytać artykuły wysokiej jakości i wspierać niezależne dziennikarstwo w wymagających dla wydawców czasach. Rośnij z nami! Pełna oferta →

Dostęp 10/10

  • 10 dni dostępu - poznaj nas
  • Natychmiastowy dostęp
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Autorskie newslettery premium
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
10,00 zł

Dostęp kwartalny

Kwartalny dostęp do TygodnikPowszechny.pl
  • Natychmiastowy dostęp
  • 92 dni dostępu = aż 13 numerów Tygodnika
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Autorskie newslettery premium
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
79,90 zł
© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]
Zawodu dziennikarskiego uczył się we wczesnych latach 90. u Andrzeja Woyciechowskiego w Radiu Zet, po czym po kilkuletniej przerwie na pracę w Fundacji Batorego powrócił do zawodu – najpierw jako redaktor pierwszego internetowego tygodnika książkowego „… więcej

Artykuł pochodzi z numeru TP 12/2017